Suita na piłę

Autor: renhoelder
w. 
Pozostali westchnęli z zawodem. Nie ma czego dzielić. Boże, błagam, niech oni sobie pójdą. Jednak ciągle miałem przed sobą lufę wiatrówki Spankyego. W jego oczach dostrzegłem chorą zawziętość. Myślałem, że mam zwidy, ale on z każdą chwilą był bliżej i bliżej... 
- Chłopaki, nie macie ochoty trochę się zabawić? Nasz cichy przyjaciel nikomu nie powie, prawda?  Spanky zaśmiał się obleśnie, łapiąc mnie za włosy. 
- Eeee... bo ja wiem...  Jo Jo najwyraźniej chciał szybko wracać do domu.  ja tam se już użyłem...  spojrzał na Mary Ann, bladą jak duch siedzącej w kucki na drodze. 
- Dobra, to ja pierwszy. Jak sobie popatrzysz, to najdzie cię ochota. Poczułem, że młody Turner boleśnie wykręca mi ramiona do tyłu. Związał mi nadgarstki swoim pasem, po czym kopnął w zgięcie kolan. Nie miałem wyboru, musiałem klęczeć. Boże, błagam, niech to się jak najszybciej skończy, błagam, ześlij na nich Swoje gromy... 
Nic takiego jednak się nie stało. Miałem natomiast okazję zauważyć, że do szyi mam przystawiony nóż. Turner syknął mi do ucha: A teraz powoli kiwnij głową, jeśli w ogóle rozumiesz, co się do ciebie mówi. Oddalił nóż odrobinę. Nie chciałem go jeszcze bardziej rozwścieczać. Choć do tej pory nie wiem, czym sobie wtedy zasłużyłem. Skinąłem głową. Dobrze, szmato. A teraz dobra rada - lepiej się rozluźnij Zaczął rechotać. Włosy oblepiały mi twarz, poza tym, robiło się coraz ciemniej. Prawie nic nie widziałem. Chciałem odpłynąć w błogą nieświadomość, gdy Spanky majstrował najpierw przy moich, potem własnych spodniach. Chciałem znaleźć się gdzieś daleko stamtąd, chociażby duchem, żeby nie widzieć i nie czuć na twarzy, w ustach tego, co ze swoich spodni wyciągnął. W końcu, chciałem umrzeć, gdy TO rozrywało mi trzewia, poruszając się szybkimi, mocnymi suwami. Byłem jednak przytomny i skrępowany. To się nie dzieje, to się nie dzieje, krzyczałem z nożem ciągle przystawionym do gardła. Choć krzyczałem i krzyczałem, jakoś nikt mnie nie słyszał. 
Gdy Spanky skończył, Turner na chwilę pozwolił mojej głowie opaść. Sprawdził, czy jestem przytomny i wydał z siebie westchnienie ulgi. Nie jestem nekrofilem, tak stwierdził. Było mi do tego stopnia wszystko jedno, że wyrzygałem się prosto na jego wyglansowane trzewiki. Zaraz potem trzewiki kopnęły mnie prosto w żołądek. Zachłysnąłem się i poczułem, że wreszcie tracę przytomność, ale niestety, Jo Jo zaraz usłużnie oblał mi głowę zimną wodą z poidła dla krów. Boże, wybacz mi, ale czułem nienawiść. Boże, wybacz mi, naprawdę chciałem umrzeć. Chciałem pociągnąć ich wszystkich za sobą do piekła. 
Po Turnerze byłem tak obolały, że gdzieś zatraciłem granicę, było mi wszystko jedno. Jo Jo był przynajmniej szybki, prawie mi się udało sobie wmówić, że tak naprawdę mnie tam nie ma, że to wszystko chore majaki. Spanky przewrócił mnie na bok i gdzieś poszedł. Kątem oka dostrzegłem, że coś albo ktoś do mnie podpełza. Zobaczyłem wystraszone oczy w mroku. To Mary Ann. Rozglądała się wokół, czy nie ma w pobliżu jej brata. Delikatnie podciągnęła mi spodnie i nakryła kurtką. Widziałem jej oczy jeszcze przez chwilę. Świeciły się, jakby płakała. Słyszałem, jak Jacob biję ją w twarz i woła resztę. Poczułem czyjś but, odwracający moje bezwładne ciało. Byłem jak sparaliżowany. Parszywa gęba Spankyego nachyliła się nade mną. Wyglądał jak sam diabeł, księżyc akurat wynurzył się zza chmur. Zaczął się śmiać. 
- Nie taka zła z ciebie dziwka, masz tu na zachętę. 
Coś uderzyło mnie w policzek. Był to nieduży woreczek, a w nim kilka monet. 

V. Gavotte I 

Kobiecy głos: Boże, zmiłuj się nad tym biednym dzieckiem. Najpierw, matka, potem ojciec, a teraz jeszcze to... 
Męski głos: Ależ uspokój się, Ruth. Jemu nie pomogą twoje jęki. On teraz potrzebuje naszej opieki. Nie

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy