Suita na piłę

Autor: renhoelder
daj po sobie poznać, jak bardzo jesteś załamana. Pamiętasz? Tak przykazał doktor Lawrence. 
Damski głos (coraz bardziej histerycznie): Ależ, Martin! I o ciebie się martwię, nie rozumiesz? Ludzie mówią różne rzeczy! Po lesie grasuje ten straszliwy niedźwiedź, a do tego... oh, Boże, mężu drogi, czy to naprawdę człowiek jest winien takiego bestialstwa?! 
Męski głos: Wrócę niebawem. Moja droga, rozumiesz, że muszę się udać na kongres, to dla nas wielka szansa. Biorę ze sobą najlepszych parafian, nie masz się czego obawiać. Barnabas Turner zaoferował po wczorajszym nabożeństwie, że weźmie dwóch starszych synów i zwołają zaufaną eskortę. Żaden grizzli nam nie straszny. Ani rozbójnicy. Bóg czuwa nad nami, słońce ty moje. 
Oddalające się kroki w korytarzu. 
Damski głos (szepcząc): Czyż to nie niesprawiedliwe z twojej strony? Sugerujesz, że nad tą biedną owieczką Bóg nasz Ojciec nie czuwał tamtej nocy? Wybacz mój drogi, taka jestem wstrząśnięta! 
Ręce pachnące lawendą delikatnie gładzą moje posłanie. 
Damski głos (spokojniejszy): Tak, tak, Turnerowie to tacy dobrzy ludzie. 
Zerwałem się gwałtownie. Turner... Turner... Czyli TO się jeszcze nie skończyło?! 
- Ależ, dziecko drogie! Uważaj na siebie, doktor Lawrence mówił, że możesz pozrywać szwy!
Ból pojawił się jak na zawołanie. Opadając na poduszki rozejrzałem się wokół. Tak, to pastorowa Martinowa Cooper. Poczułem łzy toczące się po policzkach. Czasami to straszne przekleństwo, nie móc wykrzyczeć bólu, opowiedzieć prawdy. Mógłbym spróbować, ale byłem przekonany, że nie dadzą mi papieru ani ołówka. Mógłbym napisać... mógłbym... Nie. Lepiej załatwić to po swojemu. Nie mieszać do tego tej dobrej kobiety. Ma dobrotliwe, naiwne oczy, wąskie, świątobliwe usta i wielki, nakrochmalony czepiec. Jej dłonie są szczupłe, na pewno dużo grają na pianinie. Może nawet na organach. Patrzy na mnie ze szczerym żalem. Delikatnie wyciera mi twarz haftowaną w gołębie chusteczką. 
- Powoli kiwnij głową, jeśli cokolwiek rozumiesz, skarbie.  prosi, a we mnie wywracają się wnętrzności. To nie jest Turner, ona nie chciała... musiałem przekonać zbolałą jaźń. Przytaknąłem niemo w jej kierunku. 
- Dobrze, chłopcze, możemy się razem pomodlić. 
Zimna, lecz życzliwa dłoń pastorowej nie wypuszczała mojej, podrapanej dłoni. Gdy tylko chciała się oddalić, ściskałem ją i budziłem się natychmiast, szukając jej wzrokiem. Minęło wiele dni, raz byłem przytomny, raz zapadałem w sen... Sny były straszne. Było w nich za każdym razem wiele słomy i ziemi. Pojawiały też obrzydliwe, obłe, pulsujące narządy, rozrywające mnie na nowo. Budziłem się zlany potem. Ona zawsze siedziała przy mnie. Raz przyszedł także doktor Lawrence. Miałem szczerą ochotę zatopić pazury w jego mądrej twarzy i orać, orać. Zadał mi cholernie dużo bólu. Pastorowa wołała gospodynię i parobka do pomocy, tak się miotałem, gdy doktor miał zdejmować szwy. Nie mogli uwierzyć, że taka marna chudzina ma tyle siły. Ja jestem jednak przekonany, że to Boża siła. Przepełnia mnie niezmiernie od tamtego okropnego czasu. Nadszedł dzień, gdy Ruth Cooper, patrząc przez okno, zastanawiała się, jak radzi sobie wielebny Martin, podpora jej żywota. Mówiła bardziej do siebie, niż do mnie. Przywykłem do tego. Ludzie zawsze uważali, że jestem niedorozwinięty, tylko dlatego, że nie mówię. Ja natomiast umiem i pisać i czytać. Rysuję też podobno nieźle. Kiedy matka zobaczyła moje nieśmiałe próby, jeszcze jako dwulatka, zaczęła drzeć się niemożliwie, że mnie szatan opętał. Sama w to uwierzyła. W końcu ją zabrali, bo ojciec stanął sam na granicy zdrowych zmysłów od tego jej wrzasku. Czytać nauczyłem się sam. Wybacz, Panie, tę pychę. Oczywiście Ty mnie prowadziłeś. Obdarzyłeś mnie pamięcią, bym na przykładzi

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy