SZczeniak o imieniu Moni

Autor: Mimoza

 

Warszawa 1996r.

Za oknem jesień pod rękę z babim latem rozsiadła się na trawniku przed domem. Barokowe wino wspinało się po starej kamienicy zaglądając do okien. Anna dwudziestoletnie dziewczyna, o filigranowych kształtach, długich blond włosach i szafirowych oczach, mieszkała razem ze swoją babcią Katarzyną od chwili śmierci swoich rodziców, którzy zginęli w wypadku samochodowym pod Warszawą. Było to osiem lat temu, Anka dobrze pamięta ten dzień 21 XI 1998r. Była w szkole kiedy babcia przyszła po nią, nie rozumiała wtedy dlaczego, nagle jej świat runął. Bardzo kochała swojego ojca Wojtka, to z nim zawsze chodziła do kina, na wystawy do galerii, pamięta jak ostatnio kupowali razem jej czerwony płaszczyk taki bardzo elegancki. Z matką nie miała tyle wspólnego, z zawodu ekonomistka zaganiana w pracy, nie poświęcała jej wiele czasu. Pogrzeb przeżyła, bo musiała. Babcia zabrała ją do siebie na Stalową, gdzie zajmowały mały pokoik z kuchnią na poddaszu, bez wygód, jednak było tam bardzo przytulnie i ciepło. Później okazało się, że majątek rodziców jest zadłużony i we władaniu banku. Dziewczynka nie umiała odnaleźć się w realnym świecie, zaczęła opuszczać szkołę, babcia była tylko bo musiała, bunt przerodził się w agresję. Anna ukończyła tylko szkołę podstawową. Nie miała chęci do nauki, za to lubiła towarzystwo mężczyzn i to nie koniecznie rówieśników (interesowali ją starsi panowie). Babcia miała z nią przeważnie same kłopoty, często nie wracała na noce, wnuczka bawiła się i to było jej odwetem za krzywdę. Mijały tygodnie za oknem zrobiło się ponuro, a deszcz spływał po szybach w takt „deszczowej piosenki”. Do kamienicy przy ul Stalowej 5 wprowadzili się nowi lokatorzy, małżeństwo z wieloletnim stażem i dwójką dorosłych dzieci 25letniej córki Edyty i 30 letniego syna Jurka. Zajęli przestronne trzypokojowe mieszkanie na parterze. Ania wracała do domu coraz rzadziej, gdyż mieszkała u nowo poznanego mężczyzny starszego od o dwadzieścia pięć lat, mógłby być jej ojcem. Szukała bezpieczeństwa i stabilizacji, czuła, że jest kochana i sama też kochała. Jednak kiedy dowiedziała się całej prawdy o swoim partnerze, o jego rodzinie - kolejny raz poczuła się jak zerwany kwiat, przypomniała sobie słowa babci, która ją przestrzegała. Poprosiła swojego „znajomego” jeszcze tylko o jedną przysługę, żeby zawiózł ją na Stalową do babci, a było to w wigilię Bożego Narodzenia. Podjechała pod kamienicę na Stalową piękną limuzyną, wystrojona i z wielką paczką dla babci, ciekawskie twarze sąsiadów poprzyklejane do szyb, niczym kwiaty malowane ręką szronu, towarzyszyły każdemu jej ruchowi.

Anka prędko wbiegła po schodach na drugie piętro. Zatrzymała się przez chwilę przy drzwiach, gdzie mieszkały razem z babcią, zapukała, jednak nikt nie odpowiadał. Kiedy ponownie zapukała, sąsiadka z naprzeciwka otworzyła drzwi swojego mieszkania i opowiedziała dziewczynie o chorobie jej babci, i to że od trzech tygodni leży w Szpitalu Przemienienia na Pradze. Anka zostawiła paczki przed drzwiami i prędko zbiegła na dół ,przed kamienicą czekała na nią limuzyna. Szybko do niej wsiadła i odjechali.

 

 

Na oddziale wewnętrznym były wyjątkowe luzy, jak to w Wigilię jedna pielęgniarka patrzyła co chwilę niecierpliwie na zegarek jak by to miało przyśpieszyć jej zmianę.

Kazimiera Kowalska leżała w czteroosobowej sali. Miała podłączoną kroplówkę, wyglądem przypominała przemarznięte pisklę zimorodka, nie odczuwała nawet żadnego bólu, była nieobecnym świadkiem bezsilności.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy