Twinning Część 3

Autor: Kleve

 

TWINNING

Część 3

 

    Kroczył niepewnie w mocno zużytych tenisówkach. Było strasznie zimno nawet w biały dzień, a on błąkał się po ulicach od rana. Jego żołądek domagał się posiłku, ale nie miał pieniędzy, więc przystawał tylko czasami na moment zwabiony zapachami wydobywającymi się z restauracji i sklepów. Nie zatrzymywał się jednak nigdzie na dłużej, bojąc się reakcji innych ludzi. Serce biło mu z trwogi. Czuł się, jak porzucony, bezpański pies i zdał sobie sprawę, że zasilił właśnie liczne grono bezdomnych w tym mieście.

         Samo miasto go urzekło. Wrocław okazał się nie tyle piękny, co wręcz intrygujący. Starając się nie myśleć o jedzeniu, przyglądał się zabytkowej zabudowie starego rynku i licznym mostom okalających stolicę Śląska ze wszystkich stron. Za pięknymi kilkusetletnimi kamienicami w oddali majaczyły sylwetki wielkich biurowców. Mężczyzna bez domu zachwycił się ich widokiem. Cóż za piękne połączenie historii i nowoczesnej architektury. W chodzeniu bez celu przeszkadzały mu niestety liczne patrole policji. Nie raz zauważając charakterystyczne niebieskie kurtki, chował się gdzieś w zaułkach. Czasami, unikając tak umundurowanych funkcjonariuszy zastanawiał się, czy nie lepszym wyjściem byłoby podejście do nich i poproszenie o pomoc, ale jego radar nakazywał mu trzymać się od policji z daleka. Postępując wedle woli tajemniczego głosu, człowiek z komory unikał stróży prawa jak ognia.

         Nie wiedząc, co dalej począć, szedł po prostu przed siebie. Wszyscy bez wyjątku: mężczyźni, ich żony i dzieci schodzili mu z drogi rozstępując się na boki, niczym Morze Czerwone. Samotny przechodził z jednego miejsca w drugie, spoglądając przerażonym wzrokiem na mijających go mieszkańców. Zdawał sobie sprawę, że inne istoty omijają go na kilometr, tak jakby był nosicielem jakieś groźnej, zakaźnej choroby. Mimo faktu, że wszystko, co żywe uciekało od niego na drugą stronę ulicy, nie czuł się urażony. Onieśmielony widokiem tylu ludzi, a zapewne także jego rodaków on sam mimo niepewności i strachu czuł w pewnym sensie radość. Sam nie potrafił sobie tego dokładnie wytłumaczyć. Nie wiedział nic o swoim życiu, ale poza ubraniami nie różnił się niczym od pozostałych. Zatem uznał, że ma prawo do oddychania i mówienia. Chodził w kółko mając nadzieję, że jego wewnętrzny, podarowany przez kogoś głos da o sobie w końcu znać i zaprowadzi go do miejsca, którego szukał.

         Krocząc między zabudowaniami, znalazł wreszcie wolny kąt pod dziurawym prowizo-rycznym daszkiem, który zapewne kiedyś było częścią stoiska. Usiadł po turecku i schował ręce pod przemoczoną koszulę. Zdrętwiałe, zmarznięte kończyny nie chciały się ogrzać, przylegając do jego wychudzonego ciała. Za sobą znalazł kawałek folii i mimo obrzydzenia okrył się nią. Siedział tak spoglądając na szare, zachmurzone niebo.

         Pozostawiony samemu sobie zamyślił się nad sensem swojej dalszej obecności na tym prze-
pełnionym nienawiścią świecie. Wczoraj uciekł z miejsca narodzin i autostopem dojechał tutaj, do Wrocławia. Zaś, od kiedy tu dotarł stał się nikim. Czego on się spodziewał? Przecież nic się nie zmieniło. Czy naprawdę się łudził, że, jak tylko się znajdzie w tym mieście to wszystko zmieni się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Nie spotkał jednak żadnej wróżki pragnącej spełnić jego życzenia. Marzył o kawałku ciepłego kąta, czegoś do jedzenia. Ale przecież nie o to tak naprawdę chodziło. Przecież ten człowiek nie miał żadnej tożsamości! Brak imienia, nazwiska, aktu urodzenia czy adresu zamieszkania. Nadal nie wiedział, kim był.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy