Twinning Część 3

Autor: Kleve

         Ledwo zdążył zrobić krok na przód, a kapłan najwyraźniej dalej chciał kontynuować swoje przesłuchanie.

         — Nie chcę kłopotów!

         Ksiądz podszedł bliżej i wskazał otwartą dłonią na ołtarz.

         — Nie krzycz synu. Jesteś w kościele. I nikt nie sprawi ci kłopotu. Uwierz mi. Chcę ci pomóc.

         Od ponad dnia błąkający się mężczyzna wzdrygnął się. Po raz pierwszy ktoś zaproponował mu swoją pomoc. Zobaczył przed sobą wyciągnięte ręce. Spoczęły one na jego ramionach.

         — Uklęknij ze mną i pomódlmy się.

         A więc o taką pomoc mu chodziło. Nieznajomy wątpił, żeby modlitwa w czymś tu pomogła. Ale jeśli dzięki temu będzie mógł jeszcze trochę posiedzieć w cieple, to, czemu nie. Osoba duchowna zaprowadziła go do pierwszego rzędu ławek i tam uklękli. Obaj zwrócili swojej intencje do Boga. On prosił o wiedzę, która rozrzedzi mgłę tajemnicy, otaczającą go ze wszystkich stron.  Tylko mógł zgadywać, o co modlił się człowiek w sutannie. Ten zrobił znak krzyża, wciąż będąc na kolanach i zapytał ściszonym głosem:

         — Więc nie wiesz, gdzie mieszkasz?

         — Nie.

         — A jak masz na imię?

         — Tego też nie wiem proszę księdza.

         Ksiądz pochylił wyraźnie głowę przed ołtarzem. Był starszy od niego. Duchowny miał włosy przyprószone lekką siwizną i okulary osadzone na długim, haczykowatym nosie.

         — Powiedz mi szczerze. Ale to szczerze. Jesteś bezdomnym?

         — Chyba…— dodał niepewnie również chyląc głowę.

         — Skąd pochodzisz?

         — Ja…

         — Tego też nie wiesz?

         — Nie, ja po prostu… obudziłem się wczoraj.

         No to po takiej odpowiedzi to na pewno go przegoni teraz na cztery wiatry. Zapewne uznał go za jakiegoś ćpuna albo chorego umysłowo.

         — Wierzę ci. Chodź ze mną.

         Wytwór maszyny spojrzało zaskoczone na duszpasterza. Tego się nie spodziewał. Czując znowu zbierające się łzy, objął ku własnemu zdziwieniu czarny rękaw będący elementem stroju duchownego i zaczął dziękować.

         — Dziękuję! Dziękuję!

         — Nie dziękuj — odpowiedział nieco skrępowany ksiądz. — Po prostu chodź. Porozmawiamy.

         Podążając zanim opuścili duży, pusty kościół i przeszli przez plac. Z tyłu stał mały, zbudowany w starym stylu domek, który, jak podejrzewał pełniło rolę plebanii. Jak tylko tam weszli, ksiądz zaprowadził go do pokoju gościnnego, a sam pomknął do kuchni. Po chwili na tacy przyniósł mu talerz zupy i chleb.

         — Proszę, jedz.

         Nie trzeba było mu tego dwa razy powtarzać. Boże, ale on był głodny! Chwycił kromkę chleba i łyżkę, po czym zaczął jeść. Opróżnił zawartość talerza z prędkością błyskawicy. Jego darczyńca doniósł w międzyczasie filiżankę herbaty i śmiejąc się, ruszył z powrotem do kuchni po dokładkę. Kiedy i ona znalazła się w żołądku gościa, ksiądz wyjął z szafki stertę ubrań i wręczył mu je.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy