Widok Miasta [Fragment 1]

Autor: bobx46

Do doliny nie prowadziła żadna droga ani trakt. Zmuszony , zacząłem  zsuwać się  łagodnym, kamienistym stokiem w dół, w kierunku  Miasta. Pomimo  jego łagodności droga była męcząca i  zajęła  mi  trochę  czasu (do tego dźwigałem ciężki podróżny worek); byłem też zmęczony długą podróżą.

Pierwsze,   co  odczułem,  wkraczając  w  granicę Miasta - to   dziwność.   Uczucie   to   towarzyszyło  mi   nieprzerwanie  przez  wszystkie  tam spędzone dni. Dziwne było tam wszystko: budynki,  ludzie  i  ulicę, i – nadużywając tego określenia - dziwność  ta  była  wszechobecna, wręcz   namacalna.   I  wyczułem  jeszcze  lekki  zapach  bzu,  chociaż zdawałem sobie sprawę, że nie kwitnie jesienią, on  także   towarzyszył  mi  bezustannie, siedział w mojej głowie.

Długo błądziłem wśród  tego zapachu bzu brukowanymi, wciąż  lekko zamglonymi, ulicami z zapalonymi  jeszcze przed zapadnięciem  ciemności   latarniami,  nie  mijając nikogo  po drodze w tym  bezludnym na pierwszy rzut oka  Mieście, nim dotarłem do Gospody.

Nie pamiętam dzisiaj jej nazwy – jest nieważna. O jej wyjątkowości  zadecydowało  coś  innego, coś nim przestąpiłem jej  próg,  nawet  nie  potrafiłbym   sobie  wyobrazić.  Bo,  czy można  wyobrazić  sobie błękit  nieba,  nim  się  go  ujrzy? czy można   wyobrazić  sobie  szum  morza,  nim  się  go  usłyszy? wreszcie,  czy można wyobrazić sobie smak wody, nim się jej spróbuje? Ale nie  uprzedzajmy  tego, co może być tajemnicą  jednej  tylko  lub  co  najwyżej dwu  osób. Tajemnicą  przekazywaną  z ust  do  ust, szeptem, w  letni,  ciepły  wieczór  pod  konarami   drzewa obsypanego   świeżością   zieleniących  się  liści, w  poświacie  pełnego   lub prawie   pełnego   księżyca, z  cichym    odgłosem   wiatru    chłodzącego    skwar   tak   niedawnego    popołudnia,  w  świecie  nieszczęść  i  łez  przerywanego takimi właśnie chwilami…  Zostawmy to teraz.

Stanąłem     przed    masywnymi,   dębowymi   drzwiami.         Pchnąłem je z trudem: skrzypnięcie, powiew ciepła – otwarły się.  Czułem, ze wchodzę w  baśniowy, ale i też niebezpieczny świat.

Zatrzymałem się w progu i zajrzałem do środka.

Już  wkraczając  po raz  pierwszy  w półmroczne wnętrze Gospody, słabo oświetlane blaskiem, umocowanych na ścianach,  kilku  pochodni,  wiedziałem, że  coś  się  tam  wydarzy (lecz któż  w  to  uwierzy?). Było  to  uczucie  irracjonalne, ale niezwykle   silne.  W  kominku, po  prawej  stronie,  przygasał właśnie ogień. Przy dębowych stołach i na dębowych ławach siedziało  kilku  mężczyzn. Twarze  mieli  zarośnięte,  ponure, spojrzenia  przenikające  do  szpiku  kości  – dzikie. Na chwilę wszystkie  pary  oczu zwróciły  się  w  moją  stronę, cicho poszeptywano. Poczułem dreszcz niepokoju.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy