Widok Miasta [Fragment 1]

Autor: bobx46

Wszedłem  do  środka, zamknąłem  drzwi  i skierowałem się w stronę szynkwasu (był na wprost wejścia).

Oberżysta powitał  mnie  uśmiechem.  Trudno  było  ten uśmiech określić. Nie wyrażał  nic i zarazem wszystko: kłamstwo obok prawdy, radość  obok  smutku, szczerość obok obłudy. Jedno wiem na pewno: właściciel tego uśmiechu był niski, by nie powiedzieć: był karłem.

- Macie wolny pokój? – Zapytałem.

- Tak, mamy  jeden – odrzekł. – I tylko jeden jest. Miasto nie jest zbyt często odwiedzane – dorzucił.

- Wezmę go – zgodziłem się.

Zamówiłem  jeszcze   kolację; o  kontuar  brzęknęło  kilka monet.

Odwróciłem   się,  szukając  wzrokiem  wolnego  miejsca. Mężczyźni wrócili do  przerwanych rozmów i zajęć; nie zwracali  już na mnie   uwagi  lub tylko udawali, że  tego nie robią. Usiadłem  przy jednym ze stołów w rogu, skąd miałem dobry widok  na całe  wnętrze  Gospody. Wcześniej  rzuciłem z ulgą pod stół swój tobołek i zdjąłem gruby płaszcz.

Chleb i wino dodały mi sił.

Jedząc, rozejrzałem się ponownie.

Tak  zaczęła  się  ta historia – historia  poszukiwań i straconych  nadziei. Opowieść  utkana  z  faktów  i  złudzeń.  Dziś wiem  jedno: gdybym  miał wszystko zacząć  od początku  nie zawahałbym się nawet przez chwilę.

To  właśnie   tamtego   wieczora    zobaczyłem  ją  po  raz pierwszy.   Pamiętam   -  wtedy…   potem…  tak  szybko… dziś  –  jej smutne  oczy. Jej długie, czarne  włosy (tak cudownie czarne) mieniły się niebieskim odcieniem ( przynajmniej takie wydawały  się w  tym świetle) Ile  mogła  mieć  lat?   Osiemnaście? dziewiętnaście?  (czyli  jakiś  rok, dwa  mniej  ode mnie). Była piękna. Spojrzała na mnie tylko raz, i to tylko jedno spojrzenie pozostało  we  mnie na zawsze; to za nim goniłem,  chciałem poznać. Wystarczyło. Dziewczyna tak jak nagle się pojawiła, tak samo niespodziewanie zniknęła.

Tymczasem  goście  powoli   opuszczali, w pojedynkę lub grupami,  Gospodę.  W  końcu  pozostaliśmy tylko we trzech: ja,  Oberżysta  i   pochylony  starzec  w  pozie   znamionującej ciężar  życia  i  doświadczenia  przez  los. Stary  człowiek  siedział naprzeciwko mnie  ze  szklanką wina w wychudłej dłoni, wpatrując się martwym wzrokiem przed siebie. Ogień w kominku   ponownie  rozbłysł  efektownym  płomieniem,  kiedy właściciel   dorzucił  drwa. Ile  minęło  czasu?  Straciłem  jego poczucie.  Przyjemne  ciepło  wypitego wina i ciepło kominka rozgrzewały; byłem zmęczony i senny.

Z tego  stanu umysłowego i fizycznego  odrętwienia  wyrwał mnie głos Oberżysty:

- Zamykamy!

Starzec zniknął jak cień.

- Chodźmy,  przybyszu!  –  Wskazał  ręką – Pokażę ci twój pokój.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy