Zmierzch bogów III

Autor: Divide

Archer otworzył powoli oczy. Letni deszczyk przemoczył mu doszczętnie poszarpane ubranie robocze. Spróbował się podnieść, jednak ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Im mocniej napinał mięśnie, by ruszyć się choć o centymetr, tym bardziej zapadał się w grząski grunt. Widząc, że chwilowo nic nie wskóra, postarał się przypomnieć sobie, co się tak właściwe stało. Jedynym co utkwiło mu w pamięci, była krwistoczerwona  flaga z dwugłowym, czarnym orłem – symbolem Ezeleji. Z wielkim wysiłkiem uniósł głowę i rozejrzał się wkoło. Gdzie by nie spojrzeć, walały się zwłoki jego wrogów, znajomych, krewnych i bogowie raczą wiedzieć, kogo jeszcze. Nagle, dreszcz przebiegł mu po plecach. A co się stało z Elleną? Co jeśli i ją dopadli rycerze monarchy? Szarpnął się gwałtownie, mając nadzieję, że w ten sposób pobudzi organizm do działania. To był błąd. Usłyszał chlupot błota i wnet stanął przed nim okuty w stal człowiek z obnażonym mieczem w ręku. A więc tak skończę? Gnijąc na środku przeklętej wyspy? W momencie, gdy oręż miał spaść w jego kierunku, przez ciało zbrojnego przebiło się wąskie ostrze. A może Archerowi się tylko zdawało? Po ułamku sekundy, znów stracił przytomność.

Gdy tylko rybak się ocknął, ujrzał klęczącego przed sobą mężczyznę około trzydziestki. Skromne podróżnicze odzienie, przywodzące na myśl strój pirata, przyozdabiała szeroka, materiałowa szarfa okalająca biodra, oraz złota biżuteria. Pociągłą twarz zdobił  zawadiacki wąs i równo przystrzyżona bródka, zaś całości dopełniały zaczesane do tyłu, upięte ozdobną klamrą włosy.

- Wreszcie się obudziłeś. – nieznajomy wyszczerzył zęby.

- Gdzie… gdzie jestem? – zapytał Archer. Każde słowo z trudem cisnęło mu się na usta, jak gdyby mowa była jakimś nadnaturalnym wyczynem.

- W miejscu, do którego nie miałem zamiaru trafić. A, jeśli pytasz o szczegóły, to znajdujemy się w jednym z tych śmierdzących dołów z gliną.

Rybak puścił tą uwagę mimo uszu.

- Masz, jedz. Nie mam zamiaru dalej cię ciągnąć. – wybawca rzucił mu pajdę chleba, podczas gdy sam zaczął zajadać się suszonym mięsem.

Po posiłku, który ciężko byłoby nazwać odżywczym, Archer postanowił dowiedzieć się czegoś o swym współtowarzyszu niedoli. Pod naporem pytań, obcy w końcu ustąpił.

- Nazywam się Delgado. Nie musisz wiedzieć, czym dokładnie się zajmuję, powiem ci jedynie, że to, co robię, stawia mnie codziennie w niebezpieczeństwie.

- Nie wspomniałeś skąd się tu wziąłeś. – zauważył rybak.

- Te świnie, które tu przybyły – tu machnął ręką w kierunku wioski, a raczej tego, co z niej zostało – zatopiły moją łódź.

Wioska… Archer właśnie coś sobie uświadomił. Odkąd odzyskał przytomność, ani razu nie pomyślał o ukochanej. Czyżby w głębi siebie, zdawał sobie sprawę z tego, że najprawdopodobniej jest martwa? A może udało się jej ukryć? Przecież nie może jej spisać na straty. Nie po tym, jak zginał jego najlepszy przyjaciel, o całej kolonii nie wspominając. Poderwał się gwałtownie z mokrej, lepkiej gliny, lecz poczuł, jak silna dłoń łapie go za ramię.

- Nie warto wracać. Znajdziesz tam tylko śmierć i popioły. Zawróć, póki możesz i spróbuj toczyć normalne życie.

Archer wyrwał się gwałtownie mężczyźnie, po czym pognał co sił w nogach ku chatce Elleny. Mimo narastającego przeczucia, nic nie było go w stanie przygotować na tak makabryczny widok. Gdzie nie gdzie, wciąż tliły się dogasające pożary, podsycane suszonymi ziołami. Na progu kwatery leżał Sammael, z rozpłatanym tułowiem i rozciągniętymi wnętrznościami po całym ogrodzie. Rybak poczuł, jak żółć wzbiera ma w ustach, a następnie ląduje z chlupotem na ziemi obryzgując mu stopy. Spodziewając się najgorszego przestąpił ostrożnie nad ciałem karczmarza. Wnętrze domku było niemal doszczętnie spalone. Nie był to jednak efekt ani piorunu, ani pochodni, rzuconej przez któregoś z rycerzy. Musiał to być skutek zapłonu, wręcz wybuchu jednej z mikstur Elleny. Dookoła epicentrum, leżały rozrzucone szczątki uzbrojenia i ciał napastników. W samym zaś środku owej sceny leżała kobieta. Gdyby nie to, że trup był wysuszony na wiór, można by przyjąć, że jedynie śpi. Archer zawył z przerażenia i rzucił się do zwłok ukochanej. Potok łez zalał jego brudną od piachu i pyłu twarz. Klęczał tam, wpatrzony w nieruchome ciało zielarki, póki nie odnalazł go Delgado. Mężczyzna przystanął taktownie tuż przy drzwiach i odczekał, póki rybak nie oderwał wzroku od pogorzeliska.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy