Zmierzch Cywilizacji część 1

Autor: lordziknedzik
obiegające z ulicy. Turkot wózków ręcznych, odgłos kroków dziesiątek idących we wszystkich kierunkach ludzi, pojedyncze słowa wypowiadane obojętnie, bez większej wiary w to, co się mówi. Życzyli sobie ”dzień dobry”, tylko dlatego, że wypadało tak mówić. Powtarzali ten zwrot codziennie, za każdym razem, gdy się widzieli, gdy mijali na chłodnej ulicy. Robili to tak często, iż pozdrawianie innych stało się nawykiem, czymś podobnym do drapania po głowie, gdy swędziała skóra, lub zakrywaniem ust podczas ziewania. Czymś, co jest, ale tak naprawdę od dawna nie ma żadnego znaczenia. Mijali się, mówili to proste „dzień dobry” i każdy odchodził w swoją stronę, do obowiązków, pracy i zmartwień. Tysiąca problemów, z którymi mało kto umiał sobie poradzić.
 Zamknęła okno, nie mogąc znieść tych odgłosów. Przynajmniej nie dzisiaj, nie w tym stanie. Normalnie lubiła ludzi i chętnie słuchała tego, co mówią, nawet jeśli były to tylko puste słowa, wypowiadane bez najmniejszej wiary w ich treść. Zawsze stanowiło to jakąś formę kontaktu z drugim człowiekiem, coś, co sprawiało, że idąc ulicą, nie czuła się tak przeraźliwie samotna. Bo tak naprawdę, to była całkiem sama na tym ogromnym, szarym świecie. Nie miała przyjaciół, rodziny, ani nawet lepszych znajomych, którzy wiedzieliby, że ma na imię Anetella. Dla wszystkich ludzi, jakich widywała, na co dzień, pozostawała tylko „tą dziewczyną o długich włosach i szarych oczach, tą która się uśmiecha tak smutno”. Nie znali jej, ani ona nie znała ich. Miałą swoje problemy, tak jak każdy. Jednak gdy mówili to proste „dzień dobry”, albo wymieniali parę zdań o pogodzie, zbliżali się do siebie odrobinę. Nawet nie wierząc w słowa, albo będąc całkowicie obojętnymi na ich treść, wypowiadając je, stawali się kimś dla drugiej osoby. Nadal każdy był sam, ale chociaż przez chwilę, dzięki tej prostej rozmowie, stawali się samotnymi ludźmi w grupie innych samotnych ludzi. 
 Może właśnie dla tego złudnego wrażenia łączności z innymi, czuli się odrobinę lepiej i ulice nie były tak całkiem ciche? Rzadko ktoś się odzywał, ale idąc wzdłuż dowolnej drogi, można było usłyszeć przynajmniej kilkanaście rozmów. Nawet ta drobna ilość wystarczyła, by pamiętać, że dookoła są inni. Dzięki temu było jej odrobinę lepiej i pozostali pewnie również tak to postrzegali.
 Po ubraniu się, gdy już przestała drżeć z zimna, zjadła skromne śniadanie. Miała jeszcze trochę chleba z kolacji, który zostawiła, nauczona doświadczeniem, że lepiej zjeść skromniej przed snem i zostawić trochę na później. Wieczorami rzadko bywała naprawdę głodna, za to rano zawsze chciało się jej jeść. Gdy nie miała, co wziąć do ust na śniadanie, czuła się źle przez cały dzień, miała mdłości i zawroty głowy. W nocy, poza tym, zawsze mogła usnąć i w ten sposób uciec od przykrego ssania w żołądku. W ciągu dnia, niestety, nie miała tej możliwości i przez wiele godzin musiała się zmagać ze złym samopoczuciem.
 W smaku chleba wyczuła starość, ale i tak przełknęła go z apetytem. Dostała go sześć dni temu, jako zapłatę za pracę, i oszczędzała, jak tylko mogła. Wiedziała, że prędzej czy później ten skromny zapas „na czarną godzinę” się skończy, ale i tak zrobiło się jej przykro, gdy dojadała ostatnie okruszki. Przyzwyczaiła się, że widmo głodu prześladowało ją niemal codziennie, ale do tego nigdy ne można sę przyzwyczaić. Mając choćby odrobinę jedzenia schowanego gdzieś w domu, mogła zawsze liczyć na to, że gdyby nie udało się jej zdobyć nic nowego, to w domu czeka ją jeszcze jeden posiłek. Skromny, bo skromny, ale zawsze. Teraz była zdana wyłącznie na łut szczęścia. Jeśli uda się jej zdobyć coś do jedzenia, to dobrze. Jeśli nie, położy się spać głodna i jutro będzie musiała szukać od nowa.
 Założyła stary płaszcz, o wiele dla niej za duży. Wyglądała w nim jak w worku, ale był ciepły i chronił dobrze przed wiatrem. Znalazła go kiedyś przypadkiem na ulicy i od tej pory stanowił jeden z jej najwi

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy