Zmierzch Cywilizacji część 1

Autor: lordziknedzik
W końcu robił tak zawsze, gdy go mijała, a zdarzało się to przynajmniej raz na tydzień. 
 Na samym dole pokłoniła się dawnej właścicielce budynku. Była to stara, zgorzkniała kobieta, która w ciągu ostatnich dwóch lat straciła męża i syna. Nazywała się Erdea Gelbelton, liczyła sobie ponad sześćdziesiąt lat i wiek ten bardzo mocno odbił się na jej wyglądzie. Miała zniszczone, wiecznie potargane włosy, w których niesposób już było wypatrzyć jednej ciemnej nitki, podkrążone oczy, w których dało się z łatwością wyczytać ogromne zmęczenie życiem, i chudą, kościstą twarz. Chodziła powoli, przygarbiona, kulejąc na jedną nogę. Z pewnością jej zdrowie było w bardzo kiepskim stanie, ale starała się nikomu tego nie okazywać. Zawsze też, gdy zauważała, że ktoś jest obok niej, wyprostowywała się, starając się wyglądać pogodnie. Jakby chciała przed wszystkimi ukryć swoją słabość. Anetella słyszała, że kiedyś należała do bogatej rodziny, a jej ojciec wybudował dom, który teraz służył im za mieszkanie. Jednak, niewiadomo czemu, stracili cały majątek i w ciągu lat, pozostała tylko ona, smutna i biedna kobieta z trudem dająca sobie radę ze zdobywaniem jedzenia.  
 - Dzień dobry pani Gelbelton. – Powiedziała dziewczyna, gdy mijała staruszkę na parterze. Stała ona wsparta o ścianę, patrząc na odchodzącą farbę. Ostatnim razem budynek malowano na wiele lat zanim Anet sę tu wprowadziła i teraz w wielu miejscach widać było gołe cegły.
 - Dzień dobry. – Odparła smutno. – Farba odchodzi. 
 - Wiem. – Nic innego nie przychodziło do głowy.
 - Mój mąż ją kładł, dobrych trzydzieści lat temu. Pamiętam to dokładnie. Na zewnątrz był ciepły dzień. Na ulicy jeździły samochody. Do tej pory pamiętam odgłos ich silników. 
 - Nadal czasem je słychać.
 - Tak, czasem. Ty już tego nie pamiętasz, dziecko, ale dawniej samochody jeździły bez przerwy. Całymi dziesiątkami, aż ciężko było przejść na drugą stronę ulicy. Byłam wtedy tak młoda, jak ty.
 Patrząc na pomarszczoną twarz staruszki, Anetelli ciężko było sobie wyobrazić ją w swoim wieku. 
 - Jestem pewna, że to były dobre czasy. – Powiedziała, niepewna, czy w ogóle powinna się odzywać, czy pozostawić kobietę jej własnym rozmyślaniom. W końcu, wspomnienia niemal zawsze były lepsze niż rzeczywistość. Aż za dobrze to rozumiała, gdy tylko zaczynała myśleć o swoim dzisiejszym śnie.
 - Dobre, dziecko. – Szepnęła pani Gelbelton nieobecnym głosem i zapatrzyła się ponownie na odchodzącą farbę. – Bardzo dobre i szczęśliwe. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo. 
 Dziewczyna chciała coś powiedzieć, lecz nie wiedziała co. 
 - Do widzenia. – Skłoniła się i odeszła. Staruszka nawet nie zareagowała. Myślami, była bardzo daleko. Na pewno w innym czasie, a może również w innym miejscu, słysząc głosy ludzi, którzy odeszli już dawno temu.
 Drzwi wyjściowe skrzypiały, gdy metal tarł o siebie w przerdzewiałych zawiasach. Z roku na rok Anetelle trudniej przychodziło je otworzyć, znajdywała dwa wytłumaczenia. Albo wymagało to użycia większej siły, albo z ciągłego braku jedzenia, robi się powoli słabsza. Czy kiedyś też, będę, tak jak pani Gelbelton? Skulona, wątła i kulejąca? Pewnie nie dożyję tego wieku, co ona, ale jeśli jednak, to co wtedy? Kto się mną zaopiekuje? Czy będzie ktokolwiek? Czy może tylko pająk na ścianie?
 Ulica była ponura, śmierdziało tu tysiącem różnych, nieprzyjemnych zapachów. Odór potu, dawno niemytych ciał ludzi, którzy, na co dzień musieli ciężko pracować, pomieszany z wonią smażonych placków ziemniaczanych, kiepskiego piwa, ważonego z różnych zagadkowych substancji, przez ludzi, co nigdy na oczy nie widzieli chmielu. Kiedyś, gdy była młodsza, za namową jakiegoś chłopaka, którego imienia już nie pamiętała, spróbowała tego paskudnego trunku. Wtedy czuła mniej strachu przed nieznajomymi i jakoś łatwiej przychodziło jej zaufać obcym. Dlatego, po paru chwilach rozmowy zdecydowała się przyjąć proponowany

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy