Zołza - cz.1

Autor: annakowalczak

Biegła na przełaj, przez ziemniaczane pole. Nie zważała na piasek w butach, który się wkuwał niemiłosiernie w jej gołe stopy oraz pot, zalewający niemal całą twarz. Biegła tak szybko, jakby goniło za nią stado wygłodniałych wilków. Kiedy pokonała przerzuconą przez rzeczkę, prowizoryczną kładkę – trochę odetchnęła. Zdjęła z nóg obuwie i wytrzepując piasek, postukała jednym o drugi. Rozejrzała się po zielonej łące, wciągając w nozdrza powietrze, żeby na zawsze zachować w pamięci zapach stokrotek oraz świeżo ściętej trawy. Jeszcze raz pociągnęła nosem, otarła palcami spocone czoło i znowuż ruszyła przed siebie. W przelocie zerknęła na zegarek; pozostało najwyżej dziesięć minut. Nagle do jej uszu dobiegł z dość daleka, jakby gwizd lokomotywy. – To niemożliwe – szepnęła i zwiększyła tempo. Teraz biegło jej się znacznie lepiej, droga prowadziła przez las. Było całkiem przyjemnie i nieco chłodniej. Gdy wybiegła z lasu, chciała, chociaż chwilę odsapnąć, ale nie było czasu. Nie patrząc na zegarek, usłyszała całkiem wyraźnie, głośny stukot zbliżającego się pociągu. – Muszę zdążyć, muszę koniecznie zdążyć - powtarzała, dodając sobie otuchy. Wbiegła na stację równocześnie z lokomotywą, która ciągnęła za sobą szereg wagonów. Zadyszana, nie mogąc złapać tchu – stanęła przed konduktorem i sapiąc głośno – mówiła urywanym głosem:

- Nie mam… Nie zdążyłam…

Zrobił gest dłonią, żeby wsiadła.

- Proszę ze spokojem odetchnąć, potem przyjdę pobrać opłatę za bilet – powiedział spokojnie, zamykając za nią drzwi.

 W pociągu nie było tłoku, przedziały świeciły pustką. Zajęła miejsce przy oknie, bagaż postawiła obok siebie. Nie była to walizka, ani torba turystyczna. Jej cały dobytek mieścił się w dość mocnej reklamówce, którą kiedyś przyniosła z zakupami; chyba z ’’Biedronki’’. Zamknęła oczy, oddychało jej się ciężko, a serce biło jak rozdzwoniony dzwon. Wyjęła chusteczkę, wytarła oblaną potem i zarazem pokrytą kurzem twarz. Nie obchodziło ją, że była nieco brudna, ale czuła się wolna jak ptak.Gdy zauważą jej nieobecność, ona będzie, już bardzo daleko. Wszedł konduktor – uśmiechnął się do niej przyjaźnie.

- Dokąd wypisać bilet? – spytał nie przestając się uśmiechać.

-Poproszę bilet donikąd – odpowiedziała trzymając w dłoni małą, zdobioną kolorowymi koralikami portmonetkę.

- Słucham? Dokąd się pani udaje? – konduktor nie ukrywał zdziwienia.

- Donikąd. Po prostu donikąd – powtórzyła.

- Nie bardzo panią rozumiem. Co znaczy donikąd?

Widząc jego ogromne zdziwienie – wyjaśniła:

- Jeszcze nie wiem, na której stacji wysiądę. Mogę swoją podróż zakończyć na półmetku lub pojechać do ostatniej stacji. Teraz pan zrozumiał?

- Niezupełnie. Postaram się jednak pojąć, o co pani chodzi. Ten pospieszny pociąg podąża do Słupska, po drodze zatrzymuje się na kilku większych stacjach. Wobec tego wypiszę bilet do stacji docelowej. Natomiast pani, międzyczasie się zastanowi, na której stacji wysiądzie. Odpowiada pani taka opcja?

- Najzupełniej – przytaknęła, podając mu stuzłotowy banknot.

Podał jej bilet oraz resztę gotówki.

- Trzydzieści lat pracuję w swoim zawodzie, ale pierwszy raz usłyszałem, o podróży donikąd – zrobił gest oczami i dodał: - Życzę, aby ta podróż nie prowadziła donikąd, tylko żeby pani odnalazła cel swojej wędrówki.

Uśmiechnęła się do niego i przytaknęła oczami. Gdy opuścił przedział i zamknął za sobą drzwi. Wtedy usadowiła się wygodnie na siedzeniu, patrząc w okno jadącego pociągu – poddała się rozmyślaniom. Sama nie potrafiła zrozumieć, skąd się wzięła nagła decyzja wyjazdu. Dosłownie, to było z dnia na dzień. Można nawet powiedzieć, że z godziny na godzinę. Ale będzie zdziwienie, kiedy zostanie odkryta jej ucieczka. Prawdę mówiąc: nie do końca ucieczka, przecież przedwczoraj ukończyła osiemnaście lat. Jednego była pewna, że wioska będzie huczeć od plotek. Córka pani wójtowej, opuściła dom rodzinny.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy