Siedem wysp cz. 1

Autor: Wierzba

Minęła godzina dziewiętnasta. Południowe słońce powoli kierowało się w stronę zachodu, zostawiając przepiękne, żarzące się jego blaskiem odbicie na tafli wody oceanu. Zwierzęta powracały do swych siedlisk, a mieszkańcy Puerto Vento odpoczywali w pobliżu swych domów, spędzając te ostatnie minuty dnia siedząc na werandach, bądź snując się po ulicach miasteczka. W tej spokojnej mieścinie u brzegów Oceanu Atlantyckiego życie nie płynęło zbyt szybko. Nikt tu się nie spieszył, nie gonił, wszyscy którzy potrzebowali od życia trochę więcej wyjechali do pobliskiego miasta. Tutaj zaś oprócz wyczuwalnej pustki pozostawili po sobie spokój. Dzięki niemu miejscowość nabierała swojego klimatu. Posiadała charakter, którego próżno szukać w większych miastach. Każdy tu się znał, wiedział o drugim człowieku tyle co o sobie samym, a czasem nawet i więcej. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, bo nikt nie miał nic do ukrycia, a przynajmniej taka była oficjalna wersja. Społeczeństwo Puerto Vento niczego i nikogo więcej do szczęścia nie potrzebowało. Zadziwiająca była także prostota bytowania tutejszej społeczności – każdy znał swoje miejsce i nie zamieniłby go na nic innego. Ludzie tu wzajemnie się szanowali i uzupełniali zarazem. Piekarz piekł bułki, lekarz chronił od zarazy, a bankier pilnował finansów. Wszyscy byli szczęśliwi, prócz jednej osoby. Właśnie ona przypłynęła na swojej rybackiej łodzi do portu. Podziurawiony kadłub, napęczniałe od wody dno, a także zdarta farba i pokryte porostami burty świadczyły o przeżyciach i służbie tej starej łajby. Na samym jej środku stał wychudzony, wysoki, lecz o zgarbionej postawie siwy rybak. Miał na sobie białą koszulę w niebieskie paski z podartymi tuż za łokciami rękawami i brązowe materiałowe spodnie podwinięte parę razy. W ustach, które okalała długa siwa broda, trzymał rzeźbioną ręcznie drewnianą fajkę, a na nogach miał starte sandały ze skóry. Płynął do brzegu i patrzył. Patrzył tak mądrze, że jego wzrok wystarczył, aby stwierdzić, że zna się na życiu. W jego oczach widać było pełno doświadczenia w większości takiego, o którym chciałby zapomnieć. Nie było w nich blasku. Gdzieś zagubił się po drodze, został utracony. W jego opalonej od promieni słonecznych twarzy nie było radości, nie było także smutku. Widać było obojętność, jedną wielką obojętność i znudzenie. Wcale nie cieszył się tym, że po całym dniu ciężkiej pracy powróci do domu i odpocznie. Wręcz nie chciał wracać. Nie miał takiego zamiaru. Nic go tu nie trzymało i utracił nadzieję, że kiedyś będzie.

 

Na więcej zapraszam tutaj:

https://tuwierzba.wordpress.com

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy