"Ahystokhaci mają charyzmę!" - wywiad z Marią Ulatowską

Autor: Justyna Gul
Okładka publicystyki dla

Justyna Gul: Jest takie powiedzenie „Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”. Odnoszę wrażenie, że pani Eustaszyna samego diabła strąciłaby ze stanowiska. Skąd pomysł na tak „charakterną” a przy tym tak dystyngowaną bohaterkę ostatniej książki - Przypadki pani Eustaszyny?

Maria Ulatowska: Już kilka razy mówiłam, że książki pisze za mnie moja klawiatura. I pani Eustaszyna spłynęła właśnie z tej klawiatury – kiedyś usiadłam i pomyślałam: „a może tak coś innego?”. I zobaczyłam oczami duszy scenkę w przychodni zdrowia, potem w ministerstwie, z panią „Mi…chalską”. A potem to już samo poszło.

 

J.G.: Czytając o przygodach pani Eustaszyny nawet nie śmiałam pomyśleć o niej „starsza pani”. Przytuliłam za to do serca „ciocię Winię” i myślę, że wielu czytelników zrobiłoby to samo. Jaki jest sekret jej charyzmy i kreatywności (bowiem jej pomysły nie mają sobie równych)?

 M.U.: Pani Eustaszyna jest przecież przedwojenną „ahystokhatką”. A „ahystokhaci” mają charyzmę, przedwojenni w szczególności. Ona jest po prostu mało dzisiejsza – dlatego jest taka świetna. Owszem, ma tych parę lat więcej niż ja, Ty czy Ona. Ale co z tego? Da sobie radę ze wszystkim, bo wierzy, że dla chcącego nie ma nic trudnego. To wszystko.

 

J.G.: W książce przedstawiony jest obraz emeryta zupełnie odmienny od tego, który widzimy na co dzień. Tu zarówno ciocia Winia, jak i Oleńka, są pełne planów, marzeń, sprawnie posługują się Facebookiem, a nawet latają samolotami. Czy ukazanie alternatywy dla polskich emerytów było Pani celem, czy te historie niejako „spisały się same”?

 M.U.: Po pierwsze – „spisały się same”. Po drugie – cóż, znam to z autopsji. Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, ja też już parę lat jestem na emeryturze. Po trzecie – chyba już coraz więcej emerytów potrafi posługiwać się komputerem i woli latać samolotem. Czasy już takie…
 

 

J.G.: Czy miłość do Adama Małysza i Jarmarku Dominikańskiego to Pani osobiste fascynacje odbijające się w osobie cioci Wini?

 M.U.: Absolutnie i po stokroć TAK (czyli: yes, yes, yes!).

 

J.G.: Również Pani życie pokazuje, że nigdy nie jest za późno na realizację marzeń. Przekornie nie zapytam, dlaczego specjalistka od prawa dewizowego zaczęła pisać. Interesuje mnie natomiast to, dlaczego właścicielka tak plastycznego pióra i twórczyni tak sugestywnych opisów została specjalistką od prawa i wykładowcą. Nie ma Pani poczucia straty i żalu, że to ogromne zainteresowanie Pani książkami mogło zdarzyć się wcześniej?

 M.U.: TERAZ mam poczucie straty. Ale – niestety – wcześniej nie miałam pojęcia, że potrafię napisać książkę. Wiedziałam, że potrafię napisać list, służbowe pismo, projekt ustawy, wykładnię każdego przepisu dewizowego – ba, nawet coś takiego, jak Prawo dewizowe. Komentarz, które ukazało się nakładem wydawnictwa TWIGGER w 2000 r. (dzieło 5 autorów, w tym i moje). No i życie jest przecież tak ekscytujące. Kto ma czas na inne sprawy?

Pewnie, że teraz żałuję, może byłabym już właścicielką jakiegoś domku nad morzem (z tych honorariów i tantiem, phi!). A to, że przez ostatnie 15 lat zawodowego życia zajmowałam się prawem dewizowym, to też „palec boży”. Przedtem pracowałam w „Modzie Polskiej”, którą przemiany dziejowe zmiotły z rynku. I ten sam wiatr historii „wdmuchnął” mnie do Centrali NBP, osadzając w Departamencie Dewizowym.

 

J.G.: Z Pani książek, tak z Pensjonatu..., jak i z  Przypadków... przebija miłość do przyrody. I to niezależnie od tego, czy są to Towiany, czy domek Marceliny w Dziekanowie. Czy właśnie na łonie natury najlepiej Pani wypoczywa?

 M.U.: Mieszkam w samym sercu Warszawy – Świętokrzyska, róg z Marszałkowską. Nie można chyba być dalej od łona natury. Jasne więc, że najchętniej uciekam do tych „pagórków leśnych, do tych pól zielonych…” – gdzieś, gdzie ryby, grzyby, las, woda, ptaki i szum drzew. Żadne tam Paryże, Londyny, Nowe Jorki itd. „Morza szum, ptaków śpiew, leśna droga pośród drzew”, czy jakoś tak – oto moja ucieczka od codzienności. Choć – ostatnio – moja klawiatura nie chce mnie puszczać samej na urlopy. Jeździ za mną!

 

J.G.: W Przypadkach pani Eustaszyny spotykamy Annę Towiańską. Czy spotkanie właścicielki pensjonatu z Marceliną było zamierzone, czy też w pewnym momencie pisania ma Pani wrażenie, że traci kontrolę nad swoimi bohaterami, a oni zaczynają żyć swoim własnym życiem i… na przykład spotykają się?

 M.U.: Chronologicznie jest tak, że w Pensjonacie Sosnówka najpierw – jeszcze przed oficjalnym otwarciem pensjonatu – pojawia się Marcelina. Dopisałam ten wątek w ostatniej chwili, po pierwszej redakcji Pensjonatu..., pisząc Przypadki pani Eustaszyny. W cyklu produkcyjnym książki już tak jest – pisze się następną, wydaje poprzednią, akurat zbiegły się te dwie i mogłam przepleść losy bohaterek. A chciałam to zrobić, bo chciałam wrócić do Anny i pana Dyzia, nie potrafię się z nimi rozstać. Nie wykluczam, że jeszcze kiedyś się w moich książkach pojawią. A co do utraty kontroli nad bohaterami, to oczywiście zdarza mi się ona dość często, może dlatego, że moi bohaterowie są dość wyraziści i potrafią „stanąć okoniem”.


J.G.: Pracuje Pani nad kolejną książką, która – o ile wiem – ukaże się jeszcze w tym roku. Czy może Pani uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić co nas czeka? 

M.U.: Książka, która miała się ukazać jesienią, jest już od dawna napisana i leży w wydawnictwie. Ale – zdecydowałam, w porozumieniu z wydawcą, że jednak jesienią ukaże się inna książka – ta, którą teraz właśnie piszę i która miała się ukazać w późniejszym terminie. Książka o mieszkańcach pewnej kamienicy w Śródmieściu, kamienicy, która „zaistniała” już w „Sosnowym dziedzictwie”, w wątku powstańczym. Krucza 46 – to adres tej kamienicy i to tytuł tej książki. Dom ów istniał naprawdę, przetrwał całą wojnę i zburzono go dopiero w 1960 roku, w ramach poszerzania i odbudowy ulicy Kruczej. 

W domu tym mieszkał naprawdę pewien mój czytelnik, pan dzisiaj już ponad osiemdziesięcioletni, który odszukał mnie po przeczytaniu książki i uparł się, że „musi” opowiedzieć mi dzieje niektórych mieszkańców Kruczej 46. Spotkałam się z nim, wstyd przyznać, początkowo tak dla świętego spokoju – a okazało się, że historie, którymi mnie uraczył, są tak fascynujące, iż powstaje z nich książka. Oczywiście, za zgodą tego pana, który nie może się wręcz doczekać wydania tej powieści. Dlatego więc „Krucza 46” ukaże się jesienią – o ile, oczywiście, spodoba się wydawcy…

Historia zaczyna się w 1937 r. i biegnie poprzez wojnę, okupację, powstanie warszawskie, trudne lata powojenne – do końca lat osiemdziesiątych. Nie jest to jednak powieść historyczna, tych było już tak wiele – jest to książka o zwykłych ludziach, którym przyszło żyć w tych trudnych historycznie czasach. 

 

J.G.: Wiernych czytelników już Pani ma. Czego zatem można Pani życzyć na przyszłość?

M.U.: Cóż – powodzenia i weny. Wielu pomysłów i siły na ich spisanie. Oraz tego, aby grono moich czytelników nie zmalało, ale… rosło.

 

J.G.: Bardzo dziękuję za poświęcony 6czas i przekazuje pozdrowienia od czytelników wortalu Granice.pl zarówno dla Pani, jak i dla… cioci Wini!

M.U.: Dziękuję pięknie – w imieniu swoim oraz cioci Wini i pani Oleńki (obraziłaby się, gdyby o niej zapomnieć).

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy