Apetyt na życie. Rozmowa z Agnieszką Kazałą i Haliną Kowalczuk

Autor: Magdalena Galiczek-Krempa
Okładka publicystyki dla Apetyt na życie. Rozmowa z Agnieszką Kazałą i Haliną Kowalczuk z kategorii Brak kategorii

Apetyt na życie to książka napisana przez dwie osoby – Agnieszkę Kazałę i Halinę Kowalczuk. Jak wygląda „wspólna” praca nad książką? Czy każda z autorek pisze własne fragmenty, które następnie wspólnie się „zszywa”?

HK. Istotnie tak było - chociaż nie do końca. Za każdym razem każdy kolejny fragment był przez nas szczegółowo omawiany. Jedna drugiej podpowiadała, razem planowałyśmy kolejne wątki książki.

AK. Kanwę książki stanowią felietony pisane przez nas na potrzeby strony internetowej pewnej nieistniejącej już dziś fundacji. Była to Kartka z podróży. Na początku pełniły one rolę zachęty do pisania dla innych autorów - tak, jak to się mówi, na podpuchę, a potem stały się pasją ☺ Dwa z moich tekstów zostały opublikowane dodatkowo w "Nowej Gazecie Praskiej" i magazynie "Podróże". To było dla mnie wyróżnienie. Jednak felietony mają krótki żywot. Stąd pomysł, aby zebrać je razem i wydać w formie książki. Przerobiłyśmy je więc na gawędy z licznymi dialogami, które ożywiają opowieść. Pisałyśmy po fragmencie i wysyłałyśmy do siebie. Świetna zabawa, a ile dyskusji!

Czy opisane w książce Apetyt na życie spotkanie przyjaciółek – Agnieszki i Haliny – podczas którego bohaterki wymieniają się wspomnieniami z podróży faktycznie miało miejsce? Czy jest to raczej „rama”, w którą wkomponowano opowieści?

HK. Faktycznie widujemy się raz do roku w Warszawie na „Imieninach Jana Kochanowskiego”, imprezie organizowanej przez Bibliotekę Narodową, ale nie ma dnia, abyśmy nie rozmawiały przez telefon.

AK. Tak, odkąd się poznałyśmy, nie ma dnia, żebyśmy nie ucinały pogawędki przez telefon. Czasem zdarza się, że po jakiejś podróży jedna drugiej opowiada: co, gdzie i jakie było. Wtedy telefon się grzeje. I pada westchnienie: „Tak opowiadasz, że mam wrażenie, jakbym tam była” Czemu więc się tymi opowieściami nie podzielić?

 

Bohaterkami Apetytu na życie są Agnieszka i Halina. Kobiety, które tryskają optymizmem i radością życia. Czy te „fikcyjne” postacie mają swoje źródło w autorkach? Ile prawdy ze swojego życia pokazały Panie za sprawą swoich bohaterek?

HK. To nie są fikcyjne postaci, my naprawdę istniejemy, a opisane podróże są jak najbardziej prawdziwe.

AK. Tak, jesteśmy już w kwiecie wieku i nie ma czasu na grymaszenie i wydziwianie. Trzeba łapać to, co daje los, każdą chwilą się cieszyć, każdą dobrą rzeczą, bo smutków jest wiele i same nas znajdą, czy się tego chce, czy nie. Ale nie można się im poddawać. Kiedy dzieci są małe, człowiek poświęca im cały swój czas i siły. Potem przychodzi wiek, że nie chcą już słuchać bajek na dobranoc i najchętniej zostałyby same. To moment, żeby zrobić coś dla siebie. Mąż zaraził mnie podróżami, a skoro muszę się gdzieś ruszyć, to zbieram jak najwięcej wrażeń. Opisy moich podróży są jak najbardziej prawdziwe. No może troszeczkę ubarwione dla poprawienia kolorytu powieści, ale myślę, że niektóre osoby łatwo się w nich rozpoznają.

Jak cieszyć się życiem? W książce robią to Panie bez przerwy!

HK. Odpowiem krótko: omijać szerokim łukiem ludzi głupich i zadufanych w sobie, żyć dla rodziny i z nią, czerpać z życia ile się da, bo to nam się należy.

AK. Nie do końca martwić się tym, „co ludzie powiedzą”. Wstając rano, uśmiechnąć się do swojego odbicia w lustrze. Jeżeli się jest autorem – wyjść ze swoją twórczością do czytelnika, uśmiechać się do innych i nie dać sobie „w kaszę nadmuchać”. W starym pamiętniku ktoś mi napisał: „łap szczęście za nogi i duś jak cytrynkę” Staram się tak robić ☺

Wyprawy, wycieczki i zwiedzanie nowych miejsc to główny wątek książki. Dlaczego akurat podróże tak Panie fascynują? Czy to właśnie one są siłą napędową do pisania kolejnych powieści? Czy książki powstają w trakcie wojaży czy już w domu?

HK. Moje książki istotnie powstają podczas podróży. Wystarczy, że zobaczę piękny zakątek i tam umieszczam akcję książki. Czasami moją uwagę przykuje ciekawa para ludzi i stają się oni bohaterami powieści.

AK. Każda podróż to inne wyzwanie. Najpierw myślę, co chciałabym zobaczyć, a potem staram się to realizować. Marzeniem mojego męża było wspiąć się tam, gdzie Kordian. No to się wybraliśmy. Ja mam lęk wysokości, potworny lęk przed lataniem, ale przezwyciężenie własnego strachu jest jak pokonanie wielkiej góry. Potem człowiek jest z siebie taki dumny. Ale jeżeli się już gdzieś było i tyle zobaczyło, to koniecznie trzeba to opisać - to jest nieodparta pokusa. Notatki robię w trakcie podróży np. wieczorem: data, co się wydarzyło. Czasem bywa to spory fragment opowieści. W samolocie lub podczas jazdy samochodem są momenty, gdy inni zasypiają lub mają dość mojego gadania, wykorzystuję je na pisanie lub robienie szkiców. Tak, jak zostało zauważone w recenzji – ilustracje do Apetytu na życie są szybkimi szkicami, robionymi czasem "na kolanie", czasem na serwetce w restauracji, są chwytaniem wspomnień ☺ W domu wszystko jest czytane i, że tak powiem, "dopieszczane". 

Czy zdarzyło się kiedyś Paniom opisać na kartach książek osoby spotkane podczas podróży? Czy były to postacie tak barwne, że koniecznie musiały znaleźć się w książkach?

HK. Tak, moimi bohaterami stają się ludzie, których napotykam na swojej drodze.

AK. Podpatrywanie ludzi to bardzo ciekawe zajęcie. Mam koleżankę, która mówiła, że jak jej ktoś dokuczy, to go opisze w książce i w ten sposób się zemści. W Apetycie na życie opisuję osoby autentyczne, faktycznie napotkane, chociaż jest tu też kilka postaci zmyślonych, nie mogłam się powstrzymać ☺ Ale nawet w moich bajkach o zwierzętach udaje mi się czasem kogoś, że tak powiem, zmieścić. Mam znajomą o bardzo zaborczym i nieprzychylnym charakterze, zalazła mi za skórę, więc w Kramie z marzeniami przeistoczyła się w złą postać Żmii Renaty. No cóż, ma za swoje, mogła nie dokuczać autorowi bajek. ;)

Czy przygotowanie do podróży przypomina w jakiś sensie przygotowania do pisania kolejnej książki? Co mają ze sobą wspólnego - albo czym też się różnią?

HK. U mnie nie ma to powiązań.

AK. Hmm... U mnie wyglądają podobnie. Zawsze zaczyna się od zastanowienia: co by tu jeszcze można było zobaczyć – napisać. Ustalenie kierunku podróży to jak ustalenie planu książki. Pierwszy szkic, potem działanie, dopracowanie. A na końcu zadowolenie z osiągniętego celu. No i ten chaos przy pakowaniu i robieniu ilustracji – bardzo podobne. Nie ma czasu na zrobienie obiadu ☺

Jak wyglądała najzabawniejsza przygoda jaka Panie spotkała podczas podróży? Czy często je Panie wspominają? A może opowiadają znajomym ku przestrodze?

HK. Nie miałam na tyle zabawnych sytuacji, aby je opowiadać. Raczej są to wątki, które dopiero rozbudowuję, aby stały się zabawne.

AK. W mojej ekipie wycieczkowej utarło się powiedzenie „być od zagdzia”. Ile razy jesteśmy na zapleczu jakieś budowli przypominamy sobie jak szukaliśmy nocą ratusza w Wiedniu, stojąc po jego nieoświetlonej stronie. Przejęzyczenia są śmieszne i zapamiętywalne. Najweselszą sceną było chyba bieganie za Filipinką, która pomagała nam w Paryżu znaleźć drogę pod Łuk Triumfalny. Scena jak ze „Scooby Doo” - ona przodem, my za nią i rozmowa po „chachłacku”, czyli w kilku językach na raz, bo każdy mówił w innym - plus na migi. To po prostu trzeba było opisać. Natomiast ku przestrodze jest opis podróży z Nicei do Cannes. Ja podpowiadam, a każdy może wybrać: za 30 euro ze zniżką dla pary, autostradą czy za 3 euro bez zniżki autobusem miejskim, z podziwianiem Lazurowego Wybrzeża w gratisie. Teraz to jest śmieszne, ale wtedy byłam zła jak osa.

Czy nie myślały Panie o tym, by opublikować tradycyjny przewodnik po ciekawych miejscach Polski bądź Europy? Albo z drugiej strony – przystępną książkę kucharską? Apetyt na życie, mimo opisów podróży i licznych przepisów kulinarnych, należy zaliczyć raczej do beletrystyki…

HK. Nie, ja osobiście o tym nie myślałam. Na rynku jest tyle pozycji o tej tematyce, że jeszcze jedna byłaby zbyteczna.

AK. Zgadzam się z Halinką. Od książek kucharskich są specjaliści, przewodników jest mnóstwo. Często korzystam z różnych w przygotowaniu do wyprawy. Niektóre są zbyt drobiazgowe, niektóre - zbyt ogólne, ale w większości - nader suche. Tam się opisuje fakty. My chciałyśmy pokazać, jak cieszyć się zwiedzaniem, dodać garść informacji, których nie ma w przewodnikach, ocieplić wszystko wrażeniami, pokazać inny kraj przez pryzmat napotkanych ludzi. A przepisy… To tak "na okrasę" ☺

Jak przechowywać wspomnienia z podróży? Czy wystarczy robić tysiące zdjęć, by wszystko uwiecznić? Czy też zapisują Panie swoje przygody w „dzienniczkach z podróży”?

HK. To, co istotne, zapamięta serce, nie robię więc zapisków. Czasami zdjęcie o czymś przypomni i to wystarczy. Zbyt dużo przeżyłam, aby wszystko pamiętać - i chcieć to pamiętać.

AK. Ja uważam, że pamięć jest zawodna. Nawet zdjęcia przeglądane po latach stawiają człowieka przed pytaniem: ale kiedy to było? Gdzie były zrobione? Skleroza i już – dopada każdego. Sama robię mnóstwo zdjęć. Na przykład w czasie lotu - to mój sposób, aby z nerwów nie poobgryzać wszystkich paznokci. Mam całą kolekcję zdjęć chmur robionych przez szyby samolotu, wartość artystyczna większości znikoma, ale niektóre - całkiem-całkiem. Po każdej wycieczce robię w komputerze folder zdjęć z opisem miejsc, w których zostały zrobione, ale również wybieram zdjęcia do zwykłego albumu, którego karty można przerzucać wieczorami, by wyciszyć się po pełnym biegania dniu. W takim albumie obok zdjęć umieszczam zebrane podczas wyprawy pamiątki. Czasem jest to kwiat egzotycznego drzewa, a czasem kapsel z regionalnego piwa, kosztowanego w doborowym towarzystwie. Oglądając taki album, pamięć o zwiedzonych miejscach jest stanowczo bardziej żywa. Ale zdjęcia nie oddadzą przeżyć, stąd potrzeba spisania wszystkiego w formie felietonu czy opowiadania, zawierającego śmieszne szczegóły.

Stare przysłowie mówi: „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Czy zgadzają się z nim Panie? Czy podczas podróży przychodzi taki moment, kiedy zaczyna się tęsknić za domem? A może miały Panie kiedyś chęć, by na zawsze – tak zupełnie spontanicznie – zostać w odwiedzanym właśnie miejscu?

HK. Nie zgadzam się z tym przysłowiem. Zawsze z żalem powracam do domu, który kocham, oczywiście, ale powrót do niego oznacza też powrót do rzeczywistości praca-dom, praca-dom. Moim marzeniem jest zamieszkać w górach z widokiem na majestatyczne Tatry. To marzenie towarzyszy mi od dzieciństwa. A mieszkam... niemal nad morzem.

AK. No cóż, własne łóżko nie ma konkurencji ☺ Ale niektóre odwiedzane miejsca opuszcza się z żalem! Toskania, Minorka – tam mogłabym zamieszkać. Ale też marzy mi się domek nad polskim morzem, tak na klifie, w którym gnieżdżą się jaskółki, gdzie codziennie można byłoby oglądać najpiękniejsze zachody Słońca. Na co dzień mieszkam w wielkim mieście, moim mieście, w Warszawie - i nic tego nie zmieni. Gdziekolwiek będę – jestem stąd i tu właśnie jest mój dom. 

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy