Nikt nie pisze o Kaliszu. Wywiad z Anetą Ponomarenko

Autor: zbrodniczesiostr
Okładka publicystyki dla Nikt nie pisze o Kaliszu. Wywiad z Anetą Ponomarenko z kategorii Brak kategorii

Powracasz z kolejnym tomem historii z Kalisza. O czym napisałaś tym razem? Możemy liczyć na morderstwo z zagadką?

Oczywiście! Trup ściele się gęsto, nawet gęściej niż w pierwszej książce, a i zagadek jest więcej niż jedna. Najkrócej mówiąc: w niewyjaśnionych okolicznościach giną mężczyźni, w dodatku każdy w inny sposób. Nie wiadomo nawet, gdzie giną, ponieważ ich ciała są podrzucane w inne miejsca. Jakby tego było mało, ktoś zabija również kobiety, choć w tym przypadku rodzaj zadanej śmierci jest ten sam. Zostaje także uprowadzone dziecko jednego z miejskich notabli. Za każdym razem brakuje śladów oraz motywów, może oprócz porwania, bo tu chodzi jak zwykle o okup, ale sprawa też nie jest taka oczywista, jak się na pozór wydaje.

Czy wiesz, że poza Tobą i Dąbrowską prawie nikt w literaturze polskiej o Kaliszu nie pisał? A może się mylę? 

 Faktycznie, typowych powieści z akcją rozgrywającą się w Kaliszu jest mało. Za to publikacji naukowych jest całkiem sporo, co mnie nieodmiennie cieszy, gdyż mam do czego sięgać, jeśli chcę się czegoś dowiedzieć. Niemniej przede mną Marek Grajek wydał w 2011 r. książkę Garwald Znikąd, której fabuła osadzona jest w średniowiecznym Kaliszu. Poza tym w Kaliszu, choć niekoniecznie o Kaliszu pisze też Arek Pacholski, znany czytelnikom szczególnie z ostatniej powieści Niemra

 

Powieść pojawiła się na rynku zaledwie rok po Strażniku Skarbu. To mordercze tempo pisania. Bo widzę, że ma dobrze ponad trzysta stron. Nie jesteś zmęczona?

 Niespecjalnie, choć bywają takie momenty. Ale któż nie bywa zmęczony? Każdy, kto w jakiś sposób pracuje, nieważne czy fizycznie, czy intelektualnie. Myślę, że to kwestia energii właściwej dla każdego człowieka. Mnie jej nie brakuje, czasem mam jej aż nadmiar, ale rozładowuję ją podczas wielokilometrowych spacerów, choć pewnie bardziej by tu pasowało słowo "marszów". Zwykle chodzę do Parku Skaryszewskiego, gdzie mam "odmierzoną" trasę i wiem, ile kilometrów przeszłam. Uwielbiam te spacery i staram się chodzić na nie codziennie; świetnie oczyszczają umysł - albo przeciwnie, pomagają rozwiązać jakiś problem związany z powieścią, poukładać fabułę, dopracować postać. Tak czy inaczej, mają same pozytywy.

Po Domu śmierci zrobiłam sobie małą przerwę w pisaniu powieści, co nie znaczy, że nic nie pisałam i dzięki temu powiększyłam swój zbiór opowiadań. Kiedyś może je wydam. A teraz już "stukam" trzecią książkę z cyklu Calisia. Jej akcja będzie się rozgrywała na przełomie wieków, w 1900 r. i oczywiście powrócą starzy bohaterowie, znani jeszcze ze Strażnika Skarbu. Nawet dobrze mi się pisze, bo już "przetrawiłam" pomysł, powinno pójść sprawnie. Jedno jest pewne – zbrodni nie zabraknie. 


W swoich utworach nie stronisz od miłości. Nie planujesz napisania powieści erotycznej? A może romansu? To teraz modne.

Wyobraź sobie, że nawet się nad tym zastanawiałam i kto wie, czy w końcu czegoś takiego "nie popełnię". Ale na razie mam w głowie jeszcze dwie książki, nie związane już z cyklem Calisia i chciałabym je przelać na papier, gdy tylko skończę ostatnią część trylogii. 


Co się u Ciebie zmieniło do czasu wydania Strażnika Skarbu? Czego się nauczyłaś? Jak się czujesz na polskim rynku wydawniczym?

Nauczyłam się wielu rzeczy, między innymi tej, żeby nie pokazywać pewnym osobom książki, zanim nie zostanie ona skończona. Niektórzy potrafią zniechęcić do pisania, dlatego drugiego tomu nie wspominam dobrze, choć od początku wiedziałam, że to będzie niezła książka. Moim zdaniem lepsza od Strażnika Skarbu, ale to już zostawiam ocenie czytelników. Bez względu na to, jak ta ocena wypadnie, mam swoje zdanie, bo nie piszę "na zamówienie", piszę tylko to, co chcę.

Nie znoszę, gdy ktoś się do mojej książki wtrąca i próbuje coś "ustawiać" po swojemu. To jest mój świat, przeze mnie stworzony, z takimi, a nie innymi bohaterami, taką, a nie inna fabułą i trupów też będzie tyle, ile ja będę chciała, a nie mniej. Bo akurat nie zdarzyło się jeszcze, żeby ktoś chciał więcej nieboszczyków…

Oczywiście, zawsze chętnie przyjmę konstruktywną krytykę - z naciskiem na "konstruktywną". Życzliwe uwagi też zawsze dokładnie rozpatruję, nie lubię natomiast sugestii. Do licha, jeśli komuś coś nie pasuje albo uważa, że zrobi to lepiej, to niech sam/sama napisze książkę! I to będzie wtedy Twoja książka, Twój świat, Twoi bohaterowie i fabuła. A od moich proszę trzymać się z daleka. Tutaj nie ustąpię ani na jotę, gdyż mam ten "luksus", że nie muszę wydawać książek. Co nie znaczy, że nie będę ich pisać. Po prostu wiem, że z tego w Polsce nie da się wyżyć, chyba że ktoś ma tak już znane nazwisko, że sprzedaje się w stu tysiącach egzemplarzy. Piszę, bo lubię, a nie dlatego, że muszę. To jest moja pośrednia odpowiedź na Twoje pytanie: jak się czuję na rynku wydawniczym. 

Zresztą, mówiąc wprost: w ogóle się nie czuję. Moje nazwisko znane jest głównie w Kaliszu, a poza tym koniec. Poza tym mało kto w Polsce wie – oczywiście z wyjątkiem Zbrodniczych Siostrzyczek i niektórych wrocławian - że coś napisałam. Zobaczymy, może to się zmieni, ale nawet gdyby się nie zmieniło, to rozpaczać na pewno nie będę, pewnie dlatego, że z natury mam pogodne usposobienie, jakie takie poczucie humoru i duży dystans do siebie. To bardzo ułatwia życie, które uwielbiam samo w sobie. Tyle cudownych rzeczy się zdarza codziennie! To są drobiazgi, ale zwykle doceniamy je dopiero, gdy je utracimy lub grozi nam ich utrata. Ja staram się cieszyć tym na co dzień. Zatem, z góry przepraszając wszystkich, którzy chorują na depresję, ja bladego pojęcia nie mam, co to znaczy! Poza tym jest jeszcze jedna dobra rzecz w niewielkiej popularności – nie tracisz prywatności. 


Odkrywasz przed nami świat, którego od dawna nie ma. Z kim konsultujesz szczegóły historyczne? Zdarza Ci się, że ktoś z czytelników protestuje mówiąc: Nie, to nie tak?

Odpukać, ale póki co, jeszcze nikt nie zarzucił mi błędu, szczególnie historycznego. Na szczęście czuwa jeszcze nad tym redaktor, który wyłapuje ewentualne pomyłki, ale też bliscy ludzie, którym się daje utwór do przeczytania. Pamiętam, jak się uśmiałam, gdy kolega zauważył, że w Domu śmierci właśnie, "użyłam" folii aluminiowej do kanapki! I nikt tego nie wyłapał, nawet pierwsza redakcja! Ale ten fragment nie wszedł w ogóle do książki, którą i tak musiałam skracać, bo nie wiązał się bezpośrednio z treścią książki. No cóż, dotyczył kulinariów… Ale, prawdę mówiąc, lubię te dodatkowe "smaczki", które, niestety, nigdy nie wiążą się za mocno z fabułą. Jakoś nie trafiłam jeszcze na redaktora, który by również je lubił. A jeśli jeszcze do tego wydawca tłumaczy, że książka musi być krótsza i przedstawia na to całkiem logiczne i rozsądne (choć głównie ekonomiczne) argumenty, to cóż robić. Trzeba ciąć.

Ale, wracając do naszych szczegółów, na razie błędów merytorycznych nikt mi nie zarzucił, co nie znaczy, że nie mogą się przytrafić - w końcu nie mam wykształcenia historycznego. Zawsze jednak starannie sprawdzam wszystkie szczegóły, co bywa męczące, a przede wszystkim – okropnie czasochłonne. Czasem bywa, że do napisania jednego – dwóch zdań, muszę spędzić kilka godzin na poszukiwaniach. Zdarzało się też nawet, że kilka dni, ale wtedy wiązało się to z koniecznością wizyty w Bibliotece Narodowej, gdzie - jak wiadomo – korzysta się z książek czy czasopism na miejscu. A musiałam przejrzeć kilka pozycji, zanim znalazłam i wynotowałam to, co było mi potrzebne. Ale taki już mam system pracy. Dopóki czegoś nie jestem pewna, nie jestem w stanie tego napisać, bo cały czas w głowie siedzi mi konieczność sprawdzania.

Mój mózg działa lepiej niż najgorszy żandarm i nie ma od niego ucieczki. Ile razy śmieję się sama z siebie, że sen z oczu mi spędza – i to dosłownie! – pewien fikcyjny bądź historyczny problem! Ile razy zamęczałam moich znajomych i przyjaciół pytaniami o rzeczy, które im się wydawały proste i oczywiste. Nie dla mnie! Na przykład coś związanego z budową samochodu… Nie dość, że jestem urodzonym pasażerem (czytaj: nie mam prawa jazdy i nie zamierzam go mieć), to jeszcze takie techniczne kawałki są zupełnie nie dla mnie. Za to całkiem nieźle poruszam się w takich dziedzinach, jak botanika, geografia, niektórych fragmentach medycyny, także sądowej, ale to niejako konieczność przy pisaniu kryminałów. Lubię przestudiować anatomię, działanie mózgu lub niektóre choroby. Pasjonująca lektura!

Poza tym mam wspaniałego kolegę w Kaliszu, który jest tak uprzejmy, że mimo swoich licznych obowiązków, sprawdza mi wszystko, co można "dostać" tylko na miejscu, jak choćby egzemplarze "Kaliszanina". Niestety, nie mogę sobie pozwolić na tak częste wyjazdy, bo zwyczajnie bym zbankrutowała. Nikt mi tych kosztów nie zwraca, poza tym muszę brać urlop itp., itd. A sama dobrze wiesz, jak mało dostaje autor za swoją pracę, choć ludziom się wydaje, że jeśli ktoś opublikował książkę, to "ma kasy jak lodu". Nikt nie może uwierzyć, że autor dostaje zwykle niewiele ponad złotówkę z egzemplarza. No to teraz niech sobie przeliczą, ile tych książek trzeba by sprzedać, żeby zarobić choćby na używany samochód! A jak ma się sprzedawać książka, o której mało kto wie, że w ogóle jest? 

 

A czy nie korci Cię, aby opisać współczesny Kalisz. Miasto, przez które prowadzi droga do Warszawy i gdzie jeszcze niedawno było chyba najwięcej fabryk produktów spożywczych w Polsce?

Pierwsza książka wzięła się właśnie z chęci opisania współczesnego Kalisza. Dawno temu, bo prawie pięć lat wstecz, zaczęłam pisać taką książkę. Wtedy już od wielu lat nie mieszkałam w Kaliszu, więc chciałam coś sprawdzić w Internecie. Przez przypadek natknęłam się na artykuł o parku, który należał kiedyś do najpiękniejszych w Polsce, jeśli nie w Europie. Oczywiście, z rozpędu przeczytałam wszystko, co dało się znaleźć na ten temat. Nie moja wina, że nawet w artykule o parku było sporo historii… No i tak mnie to wciągnęło, że postanowiłam sobie poczytać jeszcze trochę, tym razem już o samym mieście. Wtedy przepadłam z kretesem, zakochałam się w XIX-wiecznym Kaliszu na amen. W ten sposób książka o współczesnym mieście znalazła się w czeluściach szuflady, a liczyła sobie wówczas (i nadal liczy) ok. 30 stron, powstał natomiast Strażnik Skarbu.

Nie, w tej chwili nie ciągnie mnie do napisania powieści o współczesnym Kaliszu, choć w zamyśle miałam kiedyś tom czwarty cyklu Calisia, w którym akcja działaby się współcześnie, lecz w powiązaniu z historią i postaciami z poprzednich tomów. Nie wiem jednak, czy powstanie. 


Dziękuję za rozmowę.

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy