Magia w muzyce i gdzie ona się ukrywa

Autor: Mateusz Węgrzyn
Okładka publicystyki dla Magia w muzyce i gdzie ona się ukrywa z kategorii Brak kategorii

Kiedy spotykają się ludzie i przynoszą ze sobą instrumenty, znaczy, że coś się będzie działo. Oj, będzie się działo! W momencie, kiedy zaczynają grać, dochodzi do konfrontacji myśli, idei, poglądów, uczuć. Na oczach słuchaczy toczy się dramat, komedia, tragedia, farsa, która nie zawsze jest do końca zrozumiała, ale przyjemna (lub nie) dla ludzi postronnych – słuchaczy. Język, jakim się posługują muzycy, nie opiera się na wyrazach, zdaniach i wyobrażeniach o nim budowanych, nie jest tak obrazkowy jak np. język polski, hiszpański. Tutaj zasada komunikacji opiera się na ekspresji. Myślę, że tak ja, jak i Ty, drogi Czytelniku, nie będziemy mieć problemów z interpretacją zdania, wymawianego przez zrozpaczone japońskie dziecko (któremu dla przykładu zepsuł się pies-robocik) i pomimo bariery językowej zrozumiemy, że jest mu źle, tak samo jak zinterpretujemy poprawnie, nie rozumiejąc języka mongolskiego, wiązankę zdenerwowanego Mongoła, który właśnie dowiedział się, że jego kobieta dawała połowie wioski w zamian za spirytus...
Tak samo słuchając muzyki, gdzie kolejne dźwięki budują nam w wyobraźni pejzaż, a słuchacz nie wie wcale, że została zagrana skala frygijska w kolejności za całotonową na tle dominanty wtrąconej poprzedzonej substytutem trytonowym [ależ się wykazałem znajomością fachowej terminologii!]. Po prostu taka wiedza nie jest w ogóle potrzebna do właściwego odbioru dzieła. Tutaj liczy się efekt, wrażenie. I nie zaprzeczy nikt, że nie zdarzyło mu się to, że po wysłuchaniu utworu poczuł się jakby przejechany przez walec, albo miał ochotę przerzucić dla siebie pętlę przez drzewo, ewentualnie postanowił się oświadczyć...
To jest właśnie ta magia, zawarta w  kilku dźwiękach, które „akademiccy klasycy” chcą sprowadzić do jednego wzoru, z różnym skutkiem. Nie można zaprzeczyć, że da się rozpisać utwór, rozbić na czynniki pierwsze wszystkie składniki, dokonać niemalże strukturalnej analizy wszystkiego. Częściowo się to udaje, są niektóre pewne „przepisy na klimat”, uwiecznione w mądrych książkach, problem polega na tym, że tylko częściowo, poza tym twórca analizowanego dzieła, (który, żeby był wielki, już dawno umarł) często nie miał bladego pojęcia o tym, że właśnie ogrywa pasażem zmniejszonym subdominantę tylko po to, żeby później zagrać skalę molharmoniczną. Muzyka, jaką przedstawiał, była na tyle spontaniczna, żeby o tym nie myśleć w czasie grania czy komponowania. Jak to się zwykło mówić: ”just feel the music”.
Jakiś czas temu usiadłem ze starym dobrym kumplem na werandzie jego domu nad jeziorem, rozmawialiśmy jak zwykle o całym otaczającym nas świecie, kawą popijaliśmy mieszankę bimbru z jakimś sokiem, spowijała nas mgiełka aromatycznego tytoniu. Noc była w pełni, wraz z nią pojawił się księżyc, zasłaniany raz po raz chmurami, z których kropił deszcz, wiatr szumiał... Była odpowiednia pora żeby złapać instrumenty. Stworzyliśmy duet standardowy jak na nasze towarzystwo: gitara + harmonijka ustna. W rękach trzymałem starą, powykrzywianą gitarę o wartości drewna opałowego, mój „wspaniały” sprzęt został daleko w domu, cała elektronika, kunsztowne dzieło lutników pewnej dobrej firmy. Byłem zdany na siebie i wyobraźnię muzyczną. I oto właśnie przy pierwszych dźwiękach zostaliśmy porwani przez wiatr w daleką podróż, mijaliśmy deltę Missisipi i Missouri, plantacje bawełny, Chicago, Nashville, byliśmy nad morzem, w Indiach, jechaliśmy pociągiem, wreszcie byliśmy deszczem i wiatrem... I tak wsłuchani w siebie i w wiatr, i deszcz, trwaliśmy w tym muzycznym letargu nieprzerwanie jak się później okazało - 3 godziny. Przyznam, że nie wiem, jakie wtedy grałem akordy, jakie skale, w jakim metrum, jakie progresji i ile taktów zostawialiśmy sobie na improwizację, ten cały światek został za plecami, bo był nieistotny. Następnego dnia (wyszły mi odciski na palcach), gdy znowu siedzieliśmy na werandzie i rozmawialiśmy o wszystkim, padł temat ewentualnego nagrania naszych poczynań i trudno mi będzie wyrazić moje uczucia, które wówczas we mnie się kotłowały. Wiedziałem po prostu, że kiedy usiądziemy w studiu, za szklaną szybą, w idealnie wytłumionym pomieszczeniu, kiedy będzie jeszcze „ten obcy” stał za konsolą i przepuści brzmienie naszych instrumentów przez filtry i programy, to już nie będziemy słyszeli wiatru i deszczu, pewnie i byśmy podróżowali do Missisipi, Chicago i Indii, ale byłaby to podróż na pokładzie samolotu odrzutowego przy ogromnej wysokości i prędkości, przez co widziany przez nas obraz byłby zbytnio zamazany...
I to jest przyczyną tego, że np. jakiś muzyk nagrywa jeden album z godzinnym materiałem przez 2 lata, albo organizuje swoje domowe studio w domu czy barce...
        I powiem wam, gdzie znajduje się ta „magia” w muzyce, o której pisałem w tytule. Magia jest tam, gdzie pięciolinia nie dosięga, a zaczynają się marzenia czy wyobraźnia i wielką sztuką jest właśnie umiejętność przeniesienia tego wszystkiego na dowolny nośnik. Wszak nie każdy z nas może zostać alchemikiem-magiem i wytwarzać tajemne mikstury okraszane różnymi zaklęciami. Tajemna wiedza nie jest uwieczniona w księgach i dostępna dla każdego, tylko ci wybrani zdolni są poznać przepisy na rozmaite specyfiki i, w zależności od potrzeb, umiejętnie je stosować.


1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy
Recenzje miesiąca
Sankofa. Nie zmarnuj życia
Tomasz Gaj OP, Magdalena Pajkowska
Okładka książki - Sankofa. Nie zmarnuj życia
Elementarz dla rodziców
Jacek Mycielski
Okładka książki - Elementarz dla rodziców
Pensjonat pod Świerkiem
praca zbiorowa
Okładka książki - Pensjonat pod Świerkiem
Frida Kahlo prywatnie
Suzanne Barbezat
Okładka książki - Frida Kahlo prywatnie
Detektyw Bzik
Anna Paszkiewicz
Okładka książki - Detektyw Bzik
Pokaż wszystkie recenzje