Syndrom późnego ojcostwa

Autor: mh
Okładka publicystyki dla Syndrom późnego ojcostwa z kategorii Brak kategorii

Nowością galerii “Kronika” przy bytomskim Rynku jest tzw. “meeting room”, czyli pokój spotkań, w którym odbywają się m.in. promocje książek, projekcje i wykłady. Jego ściany pokrywają nieskładne linie. Wystrój pokoju spotkań (ciekawe jak nazwa “meeting room” ma się do ustawy o ochronie języka polskiego?) zaprojektował znany artysta. Czy jest to jednak sztuka?

Już ponad ćwierć wieku temu Waldemar Łysiak, późniejszy autor monumentalnej “Historii malarstwa białego człowieka” w eseju “Quo vadis, ars?” przytoczył znamienną historyjkę. Oto we Frankfurcie nad Menem pewien krytyk i kolekcjoner sztuki urządził wystawę odkrytej przez niego rewelacyjnej malarki japońskiej. Ekspozycja zyskała dobre recenzje, dzieła “bardzo oryginalnej plastyczki” zostały sprzedane. Wtedy organizator wystawy ujawnił, że autorką wszystkich prac była wypożyczona z cyrku szympansica, której dostarczył jedynie papier i farby. To zdarzenie pozostaje tyleż anegdotyczne, co symboliczne. A pytanie “Quo vadis, ars – Dokąd idziesz, sztuko?” wciąż musimy sobie zadawać obserwując dokonania i eksperymenty wielu współczesnych artystów. Dodajmy zresztą, że eksperymenty te przebrzmiałe już na Zachodzie (pisał o tym zjawisku ostatnio tygodnik “Wprost”) wciąż uprawiane są w Polsce i znajdują tutaj kuratorów, pokazujących je z nabożeństwem.

Meeting room w “Kronice” zaprojektował Grzegorz Sztwiertnia. Na ścianach pomieszczenia odzwierciedlił linie, jakie rysowała jego dwuletnia córka. Oczywiście można taką działalność podbudować ideologią – o powrocie do dziecięcej czystości w postrzeganiu świata, odzwierciedlaniu jego w sposób instynktowny i pierwotny. Ale to tłumaczenie dość miałkie – wszak działalność artystyczna wymaga dojrzałości, bo tylko ona gwarantuje, iż dzieło stanie się metaforą, uogólnieniem świata, w którym będą część siebie (lub swojej wrażliwości) mogli odnaleźć także odbiorcy sztuki. Jeszcze gorzej sprawa wygląda z oryginalnością pomysłu: już kilkanaście lat temu “bazgrołami” malutkiej córeczki zilustrował swój tomik wierszy Jan Paweł Krasnodębski. Zarówno w przypadku książki Krasnodębskiego, jak i meeting roomu Sztwiertni – uznanego przecież artysty – estetyczny pożytek dla widza (odbiorcy, czytelnika) jest żaden. Tłumaczenie pozostaje więc jedno: obaj panowie cierpią na syndrom późnego ojcostwa. I mają prawo do takich – rozczulających w sumie – pomysłów. Natomiast kuratorzy sztuki powinni zadać sobie chyba postawione przez Łysiaka pytanie: Quo vadis, ars?. I drugie: w którym miejscu sztuka współczesna zaczyna traktować odbiorcę jak potencjalnego kabotyna, który ma “wszystko kupić”?

To, że aranżacja Sztwiertni pasuje do architektonicznego charakteru pomieszczenia, w którym mieści się pokój spotkań “Kroniki” jak pięść do nosa albo graffiti do marmuru – to już zupełnie inna, choć też warta zauważenia, sprawa.

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy