Facebook i społeczne konstrukcje narcyzmu (o tożsamości zamkniętej w celi wizerunku)

Autor: prof. Zbyszko Melosik
Okładka publicystyki dla Facebook i społeczne konstrukcje narcyzmu (o tożsamości zamkniętej w celi wizerunku) z kategorii Brak kategorii

Klimat rywalizacji typowy dla współczesnego neoliberalnego społeczeństwa przekłada się na coraz bardziej zdecydowaną walkę nie tylko o dochód i pozycję oraz dostęp do władzy w ramach makrostruktury społecznej, ale także o status na poziomie mikro – w codziennych relacjach. W tym drugim kontekście istotne są zarówno realna pozycja jednostki, jak i jej poczucie swojego znaczenia w interakcjach z innymi ludźmi. Można się w tym miejscu odwołać do teorii rang społecznych (social rank theory). Zakłada się w niej między innymi, że u wielu ludzi poczucie niskiej pozycji społecznej wynika z przekonania o braku akceptacji ze strony innych lub z przeświadczenia, iż inni nie dostrzegają u nich żadnych wartościowych cech lub uzdolnień. Paul Gilbert pisze, że to z kolei jest źródłem poczucia małej atrakcyjności, podporządkowania czy bycia outsiderem. Można stwierdzić, że w kulturze współczesnej lęk – jak to ujmuje przywoływany autor – „przed negatywną ewaluacją” ze strony innych odczuwa coraz większa liczba ludzi (Karen Horney napisała już kilka dekad temu: „Jedną z dominujących cech neurotyków w naszych czasach jest ich nadmierna zależność od aprobaty lub uczucia innych osób”. Lęk ten stanowi źródło permanentnego niepokoju, wzrastającej wrażliwości na brak akceptacji, a w rezultacie „różnorodnych negatywnych emocji i stanów nastroju”. Powstałe w konsekwencji poczucie własnej niższości związane jest z poczuciem bycia odrzucanym lub „przeoczanym”. Nawiązując raz jeszcze do teorii P. Gilberta, można stwierdzić, że we współczesnej kulturze konkurencji coraz więcej ludzi nieustannie myśli więc o tym, co inni o nich myślą, co prowadzi do nieustannego monitorowania siebie samego, swojego wyglądu i zachowania, tworząc u jednostki swoisty „niepokój społeczny” o swoją pozycję w mikrośrodowisku. Jednocześnie, jak twierdzi P. Gilbert, „im mniej poczucia bezpieczeństwa i więcej niepewności odczuwają ludzie w odniesieniu do swoich umiejętności, aby wytworzyć pozytywne wrażenia w umysłach innych, tym większe prawdopodobieństwo, że ich relacje z nimi nabiorą charakteru konkurencyjnego”.

 

"Jesteś takim człowiekiem, jak się prezentujesz"

 Trzeba jeszcze dodać, że we współczesnym społeczeństwie jednym z najistotniejszych kryteriów pozycji w mikrośrodowisku społecznym jest atrakcyjny wizerunek – głównie wizualny i „werbalny”. Niekiedy można też odnieść wrażenie, że powszechnie akceptuje się sytuację, w której zewnętrzny wizerunek jednostki nie musi stanowić odzwierciedlenia jej wnętrza, a nawet może mieć niewiele z nim wspólnego (ekstremalnym przypadkiem jest częste w kulturze popularnej redukowanie tożsamości do ciała; tożsamość ciała staje się wówczas ciałem tożsamości). W tym kontekście prymat zdają się zdobywać zasady: „jesteś takim człowiekiem, jakim się prezentujesz” lub „nic nas nie obchodzi, kim jesteś naprawdę, ważne, jak się prezentujesz” (dlatego taktyki autoprezentacji są nagminnie wykorzystywane przez ludzi dla uzyskiwania wpływu w codziennych interakcjach). W ten sposób człowiek może na przykład na Facebooku porzucić nie tylko swoją tożsamość, ale także swoje miejsce w strukturze społecznej, walcząc o wysokie miejsce w systemie wewnętrznej facebookowej „stratyfikacji społecznej”. 

Zgodnie z teorią autoprezentacji „wszyscy jesteśmy aktorami”, którzy w codziennym odgrywaniu ról pragną „zarządzać” postrzeganiem nas samych przez widownię „poprzez konstrukcję wrażeń”. Katherine Karl, Joy Peluchette i Christopher Schlaegel odwołują się w tym kontekście do koncepcji, którą stworzyli Mark R. Leary i Robin M. Kowalski, pisząc, że celem są tu „maksymalizacja nagród materialnych, zwiększenie poczucia własnej wartości i kreowanie pożądanego poczucia własnej tożsamości” przez konstruowanie pożądanych impresji za pomocą wyborów dotyczących różnorodnych „strategii autoprezentacji”. Jednostki pragną, aby inni postrzegali je zgodnie z posiadaną przez nie wizją swojej „idealnej jaźni”. 

 

Dwie strategie autoprezentacji

Na Facebooku istnieją przy tym – jak uważają Junghyun Kim i Jong-Eun Roselyn Lee – dwie strategie autoprezentacji. Pierwsza nich, znacznie rzadziej spotykana, to ostentacyjne „obnażanie się do granic”; druga, którą można uznać za dominującą, polega na idealizacji swojego wizerunku. Orientacja na autoafirmację odwołuje się do idei „społecznie pożądanego wizerunku”. Prowadzi to do permanentnego prezentowania takich swoich cech, które – jak się uznaje – wzbudzą uznanie u innych (Yin Zhang, Leo Shing-Tung Tang i Louis Leung zauważają, że blokowanie ekspresji swojego prawdziwego „ja” na Facebooku przez osoby z wysokim poziomem lęku lub niepokoju może mieć związek z występującym tam brakiem anonimowości).

 

Społecznie pożadany wizerunek

Można spytać, co stanowi istotę owego „społecznie pożądanego wizerunku” na Facebooku. Wydaje się, że występuje tam sprowadzenie do „najniższego wspólnego mianownika” tego, co jest ważne w życiu realnym, jednak nie tyle sferze rodzinnej czy zawodowej, ile na płaszczyźnie kultury popularnej i mass mediów. Integralną częścią wspólnego mianownika jest więc idealne, wspaniale przystrojone ciało (jego posiadaczowi, a tym bardziej posiadaczce, wybacza się wiele wad i przywar). Ponadto społecznie pożądane jest uosabianie wizerunku człowieka sukcesu, mającego wysokie poczucie własnej wartości, biorącego życie w swoje ręce, asertywnego i konkurencyjnego, a także błyskotliwego, przede wszystkim werbalnie, potrafiącego wyrażać swojej myśli w formie efektownych lapidariów (niekiedy ma się wrażenie, że struktura typowa dla SMS-ów stanowi wzór dla całej gamy konwersacji społecznych). W takiej sytuacji poszukiwanie sensu życia (czy jakiekolwiek „filozofowanie”) lub zmaganie się z problemami ze sobą pozostają poza akceptowanym schematem pożądanego popwizerunku (i obniżają atrakcyjność danej osoby). Pozytywna autoprezentacja na Facebooku orientuje się zatem głównie na werbalne i wizualne przedstawianie swojego idealnego (pop)wizerunku, zarówno w kontekście ciała, jak i tożsamości. Jak wykazują badania, pozytywna autoprezentacja ma bezpośredni dodatni wpływ na subiektywne poczucie jakości życia. Poczucie szczęścia wzrasta – jak twierdzą J. Kim, J.-E.R. Lee – w związku z prezentowaniem swojego pozytywnego wizerunku, a facebookowa autoafirmacja stanowi remedium na porażki i problemy życiowe. Autorzy ci przywołują w tym kontekście „teorię pozytywnych iluzji”, która wyjaśnia, w jaki sposób zniekształcona pozytywna percepcja samego siebie „kreuje zdolność do bycia szczęśliwym” (również przez ukrywanie się za „uśmiechniętą maską Facebooka”). Gdy wszyscy widzą, jaka jestem szczęśliwa (szczęśliwy), może to znaczyć tylko jedno – jestem naprawdę szczęśliwy (mamy tu do czynienia z formą „wirtualnego prozacu”).

 

Osoba czy avatar?

Jednak na Facebooku istnieje nie dana osoba w całej swojej okazałości, a jedynie spreparowany, wystylizowany wizualnie i werbalnie tekst o niej. W konsekwencji w przypadku braku sukcesów w realnym życiu może wystąpić narastająca luka między – jak to ujmuje Philip Cushman – „zewnętrzną prezentacją swojej jaźni” a wewnętrznym poczuciem swojego „ja”. Na zewnątrz pokazuje się pewną siebie jaźń, która ukrywa związaną z niskim poczuciem własnej wartości „zastraszoną, ukrytą »prawdziwą jaźń«”. Mogę w związku z tym stwierdzić, że zapewne wielu ludzi wygasza swoje aspiracje w sferze uzyskania sukcesów w realnym życiu i przenosi je do sfery wirtualnej, w której łatwiej jest współzawodniczyć z innymi. Na Facebooku bowiem współzawodnictwo opiera się na konfrontacji nie realnych tożsamości, lecz wystylizowanych autoprezentacji. W rzeczywistości wirtualnej panuje zasada „jestem tym, za kogo się podaję, i nikogo nie obchodzi, kim jestem naprawdę; ważniejsze jest to, za kogo się podaję”. 

W konsekwencji nieustannego idealizowania na Facebooku własnego „ja” za pomocą wystylizowanych środków autoprezentacji oskarża się często ten portal o propagowanie narcyzmu. Warto przytoczyć poglądy, które prezentuje Soraya Mehdizadeh. Uważa ona, że narcyzmowi sprzyjają dwie cechy rzeczywistości online. Pierwsza z nich związana jest z omówionym w tym rozdziale zjawiskiem nawiązywania – jak to ujmuje autorka – „setek powierzchownych relacji”, które są „puste emocjonalnie”, oparte na słowach. Druga, przeanalizowana przeze mnie wcześniej, wynika z posiadania w rzeczywistości online „całkowitej kontroli nad autoprezentacją”. Te dwie cechy wpisują się znakomicie w narcystyczne przekonanie o własnej atrakcyjności fizycznej i psychicznej, jak również inteligencji i posiadaniu władzy. Trywialne i krótkotrwałe interakcje mają potwierdzać sukces, atrakcyjność i status narcyza. Można powiedzieć, że na Facebooku narcyz przegląda się w narcyzie jak w zwierciadle (a prawdziwą tragedią może być dla niego negatywne komentowanie jego wizerunku lub ignorowanie jego profilu). Przeprowadzone badania wskazują zresztą na związek między orientacją narcystyczną a promowaniem się na Facebooku. W przypadku mężczyzn zjawisko to w większym stopniu polegało na przekazywaniu pozytywnych informacji o sobie, a w przypadku kobiet – na zamieszczaniu wyidealizowanych zdjęć. Ponadto stwierdzono, że osoby o orientacji narcystycznej więcej czasu spędzają na Facebooku i korzystają z niego więcej razy dziennie. 

 

Autokreacja i narcyzm

 Warto przywołać te poglądy K. Horney dotyczące „neurotycznej osobowości naszych czasów”, które można odnieść do kreowania tożsamości narcystycznej na Facebooku. I tak autorka twierdzi, że funkcjonowanie wielu osób w dużej mierze opiera się na wyidealizowanym obrazie samego siebie, który u każdej z nich powoduje powstanie poczucia, iż „jest w istocie geniuszem, osobą wybitną”. Człowiek taki jest przekonany o „swojej wewnętrznej doskonałości” lub przynajmniej o tym, że „w rzeczywistości byłby doskonały, gdyby tylko był bardziej stanowczy wobec siebie, bardziej się kontrolował, bardziej uważał i był bardziej czujny”. Niemniej jednak, „jako że w głębi duszy czuje się kruchy i mało znaczący [...], jest zmuszony do poszukiwania czegoś, co podniesie go na duchu, co sprawi, że we własnych oczach stanie się bardziej wartościowy niż inni. „Ponieważ cała ta konstrukcja [wyidealizowanego obrazu samego siebie – Z.M.] składa się z elementów fikcyjnych, jest przede wszystkim bardzo niestabilna. Jest to skarbiec, ale pełen dynamitu, co czyni jednostkę bezbronną wobec ataków z zewnątrz”. W rezultacie osobnik taki „musi unikać sytuacji, w których nie będzie podziwiany lub chwalony”. „Jest całkowicie zdany na to, by inni potwierdzali jego wartość w formie ciągłych pochwał, podziwów i pochlebstw”. 
Nie ulega wątpliwości, że cała „logika Facebooka” wpisuje się w powyższe uwagi, chociaż oczywiście nie w odniesieniu do wszystkich jego użytkowników. Narcystyczny charakter autoprezentacji na Facebooku został zresztą udokumentowany w wielu już badaniach. Jedne z nich dotyczyły sposobu wizualizacji tożsamości przez fotografie. Badacze wyszli od przedstawianego już założenia, że na Facebooku ludzie „prezentują wysoce selektywne wersje samych siebie” (a nawet kreują kilka wersji samych siebie: dla różnych widowni). Fotografie tworzą niezwykle istotny kontekst dla tego zjawiska. Zdaniem Andrew L. Mendelsona i Zizi Papacharissi, tradycyjnie „osobiste fotografie były w wysokim stopniu zrytualizowane i konwencjonalne” – przedstawiały jedynie ważne, niemalże „uświęcone” momenty w życiu. Fotografowanie i fotografie odnosiły się – jak piszą ci autorzy, odwołując się do M. Hirsch – do „pamięci”, „nostalgii”, „kontemplacji”. Z kolei pokaz fotografii, najczęściej w zaciszu domowym, był w wysokim stopniu „zrytualizowany”; zdjęcia oglądały wyłącznie wybrane osoby. Z całą pewnością osobiste fotografie „nie były przeznaczone dla masowej widowni”, stanowiły zwykle chowane w szufladach „uporządkowane kolekcje domowe”. 

 

Banalność fotografii

Fotografia cyfrowa zasadniczo zmieniła tę sytuację: odtąd można już fotografować tysiące codziennych i banalnych wydarzeń z życia. Zmieniła się również forma prezentacji zdjęć: są one ostentacyjnie wystawiane na widok publiczny w celu uzyskania przez ich bohatera maksymalnej widzialności. Jednocześnie celem zarówno treści, jak i sposobu ekspozycji fotografii jest przedstawienie (lub raczej – skonstruowanie) swojego lepszego, najlepszego czy idealnego „ja”. Nowa, stylizowana „fotograficzna tożsamość” uosabia atrakcyjność i sukces („ja na Madagaskarze w otoczeniu tubylców”; „ja we francuskiej restauracji”; „ja na plaży w otoczeniu pięknych kobiet”; „ja wahająca się, czy zakupić torebkę marki Vuitton, Gucci czy Burberry”; „ja prezentująca szczęśliwemu mężowi i dzieciom własnoręcznie upieczony placek wiśniowy”). 

Zdjęcia umieszczane na Facebooku nie przedstawiają zwykle nieprzyjemnych scen z życia człowieka, nie dają też obrazu tożsamości i życia. Ogólnie rzecz biorąc, strategie autoprezentacji przez fotografie na Facebooku odzwierciedlają, zdaniem A.L. Mendelsona i Z. Papacharissi, „kolektywnie odgrywany narcyzm”. Zjawisko to polega na „wyrwaniu” zdjęć z realnej rzeczywistości i stworzeniu dla nich autoreferencyjnego układu odniesienia (odwołującego się jedynie do samego siebie przez nieustanne wzajemne komentowanie). Tak więc, dodam, zdjęcia na Facebooku są wyrwane z kontekstu biograficznego bohatera, a nawet kontekstu sytuacyjnego, a komentowane są bardzo często przez osoby, które mogą je postrzegać jedynie jako „same w sobie”, nie znają bowiem życia i tożsamości ich bohatera. W ten sposób zdjęcia stają się „czystym obrazkiem”, zorientowanym na wzbudzenie aplauzu przez jakiś rodzaj prezentowanej na nich „efektowności”. Zauważmy dość zaskakujący fenomen. Oto na Facebooku prezentacja wizualna zdominowana jest przez zdjęcia, a nie przez filmy, które dają znacznie więcej możliwości (auto)prezentacji. Wyjaśnienie jest proste: nikt nie ma czasu ani ochoty oglądać projekcji z życia innej osoby (chyba że jest to naprawdę ekscytujące show). Zdjęcie zdaje się stanowić esencję tożsamości, na zasadzie: „wystarczy spojrzeć i już się wszystko wie”.

Można podać jeden jeszcze przykład narcystycznego sposobu kreowania tożsamości za pomocą fotografii, między innymi na Facebooku. Służą do tego aplikacje wyszukujące zdjęcia dziesięciu celebrytów, do których podobna jest dana – przesyłająca wirtualnie swoje zdjęcie – osoba. Fotografie tych osób pojawiają się na ekranie komputera użytkownika, a upozorowane podobieństwo do (zwykle upozorowanych) gwiazd jest źródłem narcystycznej przyjemności. 

 

Prawdziwych przyjaciół poznaje się... na Facebooku?

 Kolejny nurt krytyki Facebooka odnosi się do charakteru „facebookowych przyjaźni”. Oto badania przeprowadzone wśród dzieci i nastolatków wykazują, że im większe poczucie samotności odczuwają oni w realnym życiu, tym większe jest ich zaangażowanie w komunikację online. Podobny wynik przyniosły badania wśród studentów amerykańskich koledżów: okazało się, że osoby cechujące się większym poczuciem osamotnienia i lęku w większym stopniu angażowały się emocjonalnie w aktywność na Facebooku. Z kolei kilka badań dotyczących uzależnienia do Internetu dowiodło, że syndrom ten (compulsive internet use) jest skorelowany w dużej mierze z takimi występującymi w psychice tendencjami, jak: cyklicznie obniżony nastrój, poczucie samotności, niskie poczucie własnej wartości oraz niepokój. Uzależnieni od Internetu są też bardziej nieśmiali i mają mniejsze kompetencje w zakresie komunikacji społecznej. 

Obecność na Facebooku ma więc części aktywnych tam osób kompensować brak wartościowych więzi w realnym życiu. W tym kontekście relacje, w które wchodzi się na Facebooku, mają niekiedy stanowić antidotum na poczucie odrzucenia w niewirtualnej codzienności (z całą pewnością poczucie odrzucenia na Facebooku pogłębia alienację w codzienności).

„Facebookowym przyjaźniom” warto poświęcić więcej uwagi. W realnym życiu nawiązywanie i potwierdzanie przyjaźni jest długim procesem, w którym relacje są konstruowane przez wydarzenia. Najistotniejszymi komponentami przyjaźni są lojalność i poleganie na sobie nawzajem, które są weryfikowane podczas różnych trudnych, a niekiedy krytycznych sytuacji. Zastosowanie pojęcia przyjaźni w stosunku do większości nowych znajomości na Facebooku stanowi w tym kontekście formę strategii marketingowej, możemy tu bowiem co najwyżej mówić o zdawkowych wirtualnych znajomościach, a nie o głębszych relacjach. 

Tak czy inaczej jednak, jedną z najważniejszych form aktywności na Facebooku jest, wraz z walką o jak największą liczbę pozytywnych komentarzy, obsesyjne poszukiwanie przyjaciół. W następujący sposób ujmują to Jean M. Twenge i W. Keith Campbell: „Posiadanie dużej liczby przyjaciół jest symbolem statusu i jest to zawstydzające mieć tylko pięciu przyjaciół na Myspace czy Facebooku. W rzeczywistym życiu oczywiście możesz się uważać za bardzo szczęśliwego człowieka, jeśli masz pięciu prawdziwych bliskich przyjaciół”. 

Warto przytoczyć krytyczne poglądy J. Kim i J.-E.R. Lee, którzy stwierdzają: „W świecie Facebooka nie trzeba wielkiego wysiłku, aby się stać »przyjacielem« innych jego użytkowników, a »przyjaźń« raz stworzona nie wymaga nawiązania głębszych relacji”. Według tych badaczy jest przy tym „bardzo prawdopodobne, że im większa jest sieć przyjaciół na Facebooku, tym mniej czasu i wysiłku można zainwestować w każdą jednostkę”. Występuje więc tam tendencja do zwiększania liczby przyjaciół bez zwiększenia wysiłku, aby „przyjaźnie” pogłębiać. 

Niezależnie od tych opinii posiadanie dużej liczby tak zwanych przyjaciół na Facebooku może mieć – jak sugerują J. Kim i J.-E.R. Lee – pozytywny wpływ na „subiektywne poczucie jakości życia”, co wynika ze zwiększenia poczucia własnej wartości jednostki (która czuje się wręcz otoczona przyjaciółmi). Badania wykazują też jednak, że im więcej ktoś ma przyjaciół w tym portalu, w tym mniejszym stopniu oczekuje od nich wsparcia.

 

Społeczeństwo sieci

Konstruując sceptyczne uwagi wobec Facebooka, można wykorzystać poglądy Johna Urry’ego odnoszące się do funkcjonowania jednostki w „społeczeństwie sieci” (autor nie odnosi co prawda swoich komentarzy do Internetu, lecz do nowych form relacji w „rzeczywistej rzeczywistości”, jednak są one bardzo trafne także w stosunku do przestrzeni wirtualnej). I tak J. Urry uważa, że w sieci „istnieją krótkotrwałe, lecz intensywne, zogniskowane, szybkie i przeciążone więzi społeczne”, przy czym owe „słabe więzi” ulegają coraz większemu rozpowszechnieniu (autor przywołuje w tym kontekście kategorię „dwuminutowych rozmów”, które często stają się osią relacji międzyludzkich). Pisze również, że „w towarzyskości umożliwianej przez sieć nie ma prawdziwych »nieznajomych«, jedynie potencjalni członkowie nieustannie rozrastających się sieci ludzkich”. Przy czym, co oczywiste, „z powodu mobilności [ludzi – Z.M.] sieciowa towarzyskość w mniejszym stopniu opiera się na podzielanej wspólnej historii i narracji”. Te wszystkie uwagi można odnieść z całą pewnością do Facebooka.

Tak więc facebookowe relacje między ludźmi do pewnego stopnia przypominają, moim zdaniem, relacje, jakie można obserwować w restauracjach McDonald’s – są szybkie, powierzchowne i puste. Nie tworzą głębszych więzi, są od „punktu do punktu” (można wręcz mówić o przymusie punktowych interakcji). Między kolejnymi interakcjami „nic nie ma”, relacje są poddane anihilacji, po czym następują kolejne wznowienia. Facebook przyczynia się więc do swoistej makdonaldyzacji relacji międzyludzkich. Jednocześnie człowiek wchodzi w spiralę przymusu interakcji, w nawyk powierzchownych spotkań, które nie mają końca i są celem samym w sobie (Jean Baudrillard pisał proroczo o „przyjemnym odurzeniu elektroniczną interakcją, która działa jak narkotyk” i wokół której można „spędzić całe życie bez przerw”).

Trudno przy tym stwierdzić, czy osoby poświęcające się powierzchownym interakcjom w świecie wirtualnym poszukują w realnym życiu „prawdziwych przyjaźni”, czy też Facebook wywołuje u nich tendencje do redukowania relacji w realnym świecie i rekonstruowania ich w taki sposób, aby imitowały to, co ma miejsce w sieci (czyli były coraz bardziej powierzchowne i zdawkowe). Zdaniem J.M. Twenge i W.K. Campbella, dominuje ta druga tendencja, a ludzie zaczynają przedkładać spotkania na Facebooku nad spotkania w rzeczywistości, co powoduje, że ich związki z ludźmi stają się coraz bardziej powierzchowne.

Ponadto, nawiązując raz jeszcze do rozważań J. Urry’ego, można stwierdzić, że Facebook pozbawia interakcje międzyludzkie czynnika dostępu do „oczu innej osoby” (a przecież „kontakt wzrokowy umożliwia i stabilizuje intymność oraz zaufanie, jak również postrzeganie nieszczerości i strachu”). Georg Simmel nazywa kontakt wzrokowy „najbardziej bezpośrednią i »najczystszą« interakcją”, Erving Goffman – „spojrzeniami oko w oko”, a Alfred Schütz mówi o „splatających się spojrzeniach”. Trudno też nie wspomnieć o roli dotyku w relacjach międzyludzkich, który oczywiście na Facebooku nie istnieje. Interakcje na Facebooku są więc wprost wyprane z wielu kluczowych dla relacji międzyludzkich, zmysłowych komponentów. 

 

Życie... na Facebooku?

Trzeba jednak dodać, że niezależnie od specyfiki relacji międzyludzkich na Facebooku aktywność na nim daje wielu ludziom tę znaczącą gratyfikację, jaką jest „psychologiczny status bycia członkiem społeczności” (pojawia się tu nawet pojęcie kolektywnego poczucia własnej wartości), przy czym bezwzględnie trzeba owo zjawisko umieścić w kontekście odpowiedzi na pytanie o to, w jakim stopniu „członkostwo jest ważne dla pojmowania własnej tożsamości”. 

Można również podjąć problem relacji między życiem na Facebooku a życiem w rzeczywistości pozawirtualnej. Bez wątpienia Facebook przyczynia się do upowszechnienia – posłużę się kategorią J. Baudrillarda – kultury upozorowania. Osoby bardzo aktywne na Facebooku czynią to bowiem kosztem swoich działań w „rzeczywistości rzeczywistej”, a to co wirtualne, zaczyna wypierać czy „pożerać” inne sfery ich świadomości lub nawet tożsamości (w konsekwencji Facebook dewaluuje „realne życie”). Życie w kreowanym intencjonalnie za pomocą wirtualnych ruchów labiryncie fikcji jest zwykle łatwiejsze i przyjemniejsze niż „codzienna mitręga” (użyłem wyrazu „labirynt” świadomie – obsesyjne dryfowanie w wirtualnej rzeczywistości może prowadzić do zagubienia się w relacjach ze światem i z samym sobą). Ekran komputera wszystko przyjmie, jest posłuszny i daje użytkownikowi poczucie mocy, którego nigdy nie uzyska on poza Internetem. Wszystko zależy od wyobraźni i zdolności do przebicia swoją wirtualną ofertą współzawodników w walce o atrakcyjność, a w konsekwencji – o wirtualny status (można by zresztą zapytać, czy osoba, która nie potrafi uzyskać sukcesu w codziennym życiu, staje się bardziej konkurencyjna na Facebooku; i odwrotnie – czy osoba, która nie potrafi się przebić na Facebooku, staje się bardziej konkurencyjna w pozawirtualnej codzienności). Nic więc dziwnego, że wielu ludzi cechuje swoisty „amok klawiatury”, a świadomość, iż każdy dźwięk klawisza oznacza wysłanie myśli zrodzonej we własnym umyśle do nieskończonej rzeczywistości i potencjalnie milionów odbiorców, może stanowić źródło absolutnej fascynacji (samym sobą?) oraz poczucia mocy. 

Trudno stwierdzić, czy poczucie mocy uzyskiwane w trakcie manipulacji rzeczywistością i własną tożsamością na Facebooku przekłada się na poczucie wartości i na działania podejmowane w realnym życiu. Można dokonać, tak jak to czynią Cameron Anderson, Oliver P. John i Dacher Keltner, rozróżnienia między „osobistym poczuciem władzy” a „społeczno-strukturalnymi wskaźnikami władzy”. Niekiedy te dwa kryteria nakładają się na siebie – jednostka rzeczywiście może kontrolować pewne sfery rzeczywistości i posiadać wysoki status i wysoką pozycję w oczach innych. Innym razem kryteria owe się rozmijają – poczucie posiadanej pozycji, statusu i władzy może znacznie przewyższać rzeczywisty stan. Przywoływani autorzy twierdzą, że „przekonania jednostek w kwestii ich władzy mogą ukształtować ich rzeczywisty wpływ na innych – ponad i poza ich pozycją społeczno-strukturalną. Osoby, które postrzegają siebie w kontekście pełni władzy, zachowują się w bardziej efektywny sposób, który zwiększa ich rzeczywistą władzę”. 

Jak można odnieść te tezy do funkcjonowania jednostek w rzeczywistości wirtualnej versus realnej, szczególnie w kontekście Facebooka? Punktem wyjścia niech będzie dobry przykład, jakim są interaktywne gry komputerowe, w trakcie których może być konstruowane ogromne subiektywne poczucie mocy. W trakcie gry można budować i niszczyć całe imperia, wygrywać niezliczone potyczki i wyścigi (z innymi użytkownikami lub z komputerem bądź po prostu... z samym sobą). Można tworzyć własne tożsamości lub wyimaginowane tożsamości bohaterów. Granice bohaterstwa i gwiazdorstwa nie istnieją, zawsze można tak manipulować przebiegiem gry, aby odnieść zwycięstwo (choćby przez zmianę parametrów trudności). Logika myślenia wynikająca z rozważań, które prowadzili C. Anderson, O.P. John i D. Keltner, zdaje się sugerować, że moc wirtualna może się magicznie przekształcić w moc w życiu społecznym, zwiększyć poczucie wartości jednostki oraz odwagę w relacjach międzyludzkich (choć oczywiście może się też zdarzyć, że poczucie mocy wirtualnej w zestawieniu z wyzwaniami realnego świata pęknie jak mydlana bańka). 

Warto przytoczyć poglądy Amy L. Gonzales i Jeffreya T. Hancocka. Podają oni wyniki badań, które wskazują, że ludzie przez selektywne prezentowanie samych siebie na Facebooku mogą zwiększyć poczucie własnej wartości oraz swoje zdolności w sferze nawiązywania kontaktów z innymi, także w realnym świecie (w rezultacie otrzymywania pozytywnych reakcji zwrotnych ze strony innych użytkowników). Autorzy ci twierdzą, że digitalne autoprezentacje mogą być integrowane z posiadanym przez jednostkę obrazem samej siebie i pozytywnie niego wpływać, powodując wzrost samooceny. Zjawisko to nazywane jest „przesunięciem tożsamości” (również S. Mehdizadeh pisze o ogromnym wpływie autoprezentacji na Facebooku na tożsamość użytkownika).

 

Między lustrem a Facebookiem

Facebook pozwala na biegunowo odmienny sposób postrzegania siebie niż lustro. To drugie stanowi odzwierciedlenie – fakt, że nic się nie da ukryć przed lustrem, może prowadzić do obniżenia poczucia własnej wartości. Facebook dostarcza, podkreślę raz jeszcze, możliwości selektywnego „edytowania” własnej tożsamości, przy czym – jak wykazały eksperymenty – częste zmiany profilu na Facebooku mają wpływ na wzrost poczucia własnej wartości (na zasadzie: jeśli tyle się u mnie dzieje, to muszę być wspaniały). Oczywiście możliwe na Facebooku „kontrolowanie” własnych wizerunków, zarówno tożsamości, jak i ciała, nigdy nie jest możliwe w realnym życiu. Facebook dostarcza unikatowej możliwości bezbolesnego, natychmiastowego („na życzenie”) zabiegu chirurgii estetycznej w zakresie prezentacji samego siebie. Zmiana wizerunku, podobnie jak w przypadku chirurgii realnej, może przynieść rzeczywiste zmiany w tożsamości. Poczucie mocy uzyskiwane na Facebooku może więc – jak sądzę – mieć wpływ na działania w realnym życiu. 

Można jednak zaproponować odmienną interpretację. Oto rzeczywiście występująca na Facebooku możliwość edytowania życia offline i jego zmiany w wyidealizowane życie online może sprawić, że człowiek czuje się w tym drugim jakby żył pięknej bajce, był superatrakcyjnym bohaterem i „centrum wydarzeń” (na Facebooku zawsze świeci słońce). Jednakże powrót z rzeczywistości wirtualnej do realnej jest nieunikniony, a tam mogą czekać na człowieka przykre niespodzianki, z których najmniejszą jest odbicie w lustrze mało przypominające wystylizowane zdjęcie na Facebooku. To z kolei może wywołać jeszcze większą obsesję w dziedzinie stylizowania swojego wizerunku na Facebooku po to, aby przez efektowną autoprezentację zdobyć wirtualne uznanie, mające stanowić antidotum na problemy z poczuciem własnej wartości i statusem w realnym życiu. 

 

Jak zostać gwiazdą sieci?

Trzeba dodać, że popularność Facebooka i jego potencjalnie duży wpływ na tożsamość sprawiają, iż w rzeczywistości wirtualnej pojawia się bardzo wiele poradników dotyczących zwiększania swojej popularności na Facebooku. Dla autorów jednego z nich nie ulega wątpliwości, że jeśli ktoś pragnie być celebrytą na Facebooku, to musi się bardziej angażować w działania mające na celu „zwiększenie widzialności”. Jednym z podstawowych sposobów jest orientacja na przekazy wizualne – to „zdjęcia przynoszą większą widzialność” i wywołują najbardziej ożywione, prowadzące do interaktywności reakcje innych użytkowników Facebooka. Warto zauważyć (zwracałem już na to uwagę), że w tym i wielu innych „poradnikach facebookowych” proponuje się umieszczanie nie filmów, lecz zdjęć – filmy są zbyt długie, nikt nie ma czasu, aby spędzić dwadzieścia minut na oglądaniu fragmentów cudzego życia. Renesans zdjęć na Facebooku wynika z faktu, że cały „proces poznawania” trwa w ich przypadku tylko sekundę. Kolejna rada dla potencjalnych celebrytów dotyczy stymulowania zainteresowania innych ludzi „własną zawartością”, na przykład przez zaproponowanie dyskusji nad umieszczonymi zdjęciami czy burzy mózgów w związku z jakimś problemem, zadawanie osobistych pytań, które wykażą zainteresowanie innymi, używanie inspirujących cytatów, bycie kreatywnym, lecz przystępnym w komunikacji. 

Warto krótko przeanalizować treść innego poradnika. Jego autorzy proponują w celu zwiększenia popularności na Facebooku przede wszystkim poprawianie swojego profilu, ale tylko wtedy, kiedy „masz coś nieprzeciętnego do dodania” i „masz gwarancję otrzymania »polubień«, bo to właśnie zwiększy twój prestiż”. Charakter rad, z których skorzystanie ma przynieść zwiększenie popularności, jest zdumiewający. Autorzy zalecają: „Uczestnicz w wielu działaniach. Przyłącz się do tak wielu grup zainteresowań, do ilu możesz. Stań się fanem tych wszystkich rzeczy, które lubisz”; „Poszukuj jak największej liczby przyjaciół i dodawaj ich. Dodawaj przyjaciół przyjaciół. Dodawaj członków rodziny”; „Prowadź na Facebooku życie towarzyskie. Pisz do ludzi [...]. Nie wysyłaj im wirtualnych drinków i podarunków [...]. Prowokuj. Komentuj zdjęcia. Praw niezliczone komplementy”; „Przekazuj jak najwięcej informacji o sobie”. Kolejne rady to: „[Pamiętaj – Z.M.], im masz więcej przyjaciół, tym twój wizerunek jest bardziej popularny”, „Wyglądaj dobrze na swoich zdjęciach”, „uśmiechaj się”, „nie stylizuj nadmiernie swoich zdjęć” (ale zalecane jest na przykład wybielanie zębów). Przypomina się też: „najwięcej »polubień« otrzymasz między godzinami 18.00 a 22.00, wówczas ludzie skończyli pracę lub naukę i są na Facebooku”1. Nie trzeba długiej analizy, aby wykazać, że urzeczywistnianie tych rad musi prowadzić do upowszechniania powierzchownych relacji międzyludzkich i do ich banalizacji. Relacje pozbawione zostają treści, stają się „wyścigiem o popularność”, która stanowi główne kryterium „stratyfikacji społecznej” na Facebooku. 

 

Uzależnienie od Facebooka

Drugi typ tekstów internetowych dotyczących Facebooka ma zupełnie inną specyfikę, a jego celem jest ograniczenie podejmowanej tam aktywności. Skierowany jest do osób, które są od Facebooka uzależnione. Pierwszym etapem walki z tym uzależnieniem jest jego rozpoznanie. Autorzy podają jasno określone kryteria. I tak o uzależnieniu można mówić wtedy, kiedy Facebook jest pierwszą rzeczą, którą się sprawdza po obudzeniu się, i ostatnią, którą się sprawdza przed pójściem spać; kiedy ktoś czuje się „pusty bez Facebooka” i „musi tam być”, nawet kosztem zobowiązań zawodowych czy rodzinnych; kiedy nie potrafi przeżyć dnia bez skorzystania z Facebooka i martwi się, że coś ważnego go ominie; kiedy obsesyjnie wraca na Facebooka – ma „kompulsywny przymus” powrotu; kiedy wydaje mu się, że w jego życiu codziennym nie najlepiej się dzieje, a Facebook to „fantastyczna ucieczka”, bo wszystko jest tam łatwe i miłe; kiedy „zarywa noce”, ponieważ obawia się, że przyjaciele mogliby pomyśleć, iż to zaniedbanie z jego strony „nie być na bieżąco”; kiedy ma setki przyjaciół na Facebooku, a ciągle czuje się samotny. 

Trudno opisać w tym miejscu wszystkie strategie wyjścia z uzależnienia od Facebooka, które proponują autorzy przekazu. Koncentrują się one na dążeniu do demistyfikacji znaczenia Facebooka w konstruowaniu relacji międzyludzkich. Pojawiają się pytania kwestionujące jakość facebookowych znajomości: „Czy ten przyjaciel jest prawdziwym przyjacielem?”; „Co przynosi ci podtrzymywanie przyjaźni z osobą, której nigdy nie spotkałeś, a z którą się kontaktujesz tylko dlatego, że jest przyjacielem przyjaciela twojego rzeczywistego przyjaciela?”. W podsumowaniu stwierdza się: „Nie bierz udziału w wyścigu o jak największą liczbę przyjaciół” (pojawia się tu kategoria uzależnienia od zwiększania liczby przyjaciół), „zwracaj uwagę na jakość przyjaźni, a nie na liczbę osób, które określasz mianem przyjaciół”. W ostatecznej konkluzji autorzy przekazu stwierdzają, że Facebook powoduje wzrost poczucia samotności w realnym życiu.

 

Lęk przed przeoczeniem czegoś istotnego

Fenomeny kulturowe typu Facebook można także umieścić w kontekście zjawiska określanego mianem lęku przed przeoczeniem czegoś ważnego (fear of missing out – FOMO). Podstawowe znaczenie tej frazy odnosi się do niekomfortowego oraz bardzo nieprzyjemnego, a przy tym niekiedy wprost „wszechogarniającego” odczucia czy wrażenia jakiejś osoby, że u jej przyjaciół bądź znajomych wydarzyło się coś nadzwyczajnego, o czym ona nie wie lub w czym nie uczestniczyła, albo że nie ma czegoś, co jest „na czasie”. W szerszym kontekście zjawisko to związane jest z nawykiem nieustannego porównywania się z innymi, szczególnie – lecz nie tylko – pod względem edytowanych przez siebie treści na Facebooku oraz w kontekście dostępu do różnorodnych form uczestnictwa w życiu społecznym lub posiadania dóbr materialnych. U człowieka powstaje więc obsesja na punkcie potencjalnego wykluczenia, a może to dotyczyć zarówno udziału w atrakcyjnym party, jak i posiadania określonego „gadżetu”. 

Opisana sytuacja powoduje zwiększenie intensywności nawyku sprawdzania „stanu informacji” na Facebooku i w innych portalach internetowych, co pogłębia uzależnienie od informacji i od samego portalu. Wykorzystywana przez wielu ludzi możliwość otrzymania powiadomienia o nowym wydarzeniu w wirtualnej rzeczywistości dźwiękiem wydawanym przez telefon komórkowy powoduje, że czas od momentu zasygnalizowania wydarzenia do zapoznania się z nim wynosi zero sekund (najprostszym przykładem jest otrzymanie e-maila). 

Jednym z ważnych zjawisk na Facebooku jest wzajemne wzmacnianie przez jego użytkowników lęku przed przeoczeniem czegoś ważnego. Jednostka pragnie wywołać u innych wrażenie, że muszą nieustannie śledzić edytowane przez nią treści, w innym wypadku bowiem coś przegapią i będą z czegoś ważnego wykluczeni. Upowszechnia się w związku z tym poczucie „relatywnej deprywacji”, odnoszące się do – podkreślę raz jeszcze – nieposiadania dostępu do jakiegoś istotnego doświadczenia życiowego (badania wśród młodzieży amerykańskiej i brytyjskiej wykazują silny związek między zaangażowaniem w działania na Facebooku a nasileniem lęku „przed przegapieniem”). Autorzy amerykańskiego raportu poświęconego zjawisku lęku przed przeoczeniem podkreślają krytycznie, że w jego konsekwencji ludzie zamiast uczestniczyć w realnych wydarzeniach, nieustannie sprawdzają, w czym mogliby lub powinni wziąć udział (a także uczestniczą w wydarzeniach, w które czy to z powodu zmęczenia, czy z innych przyczyn absolutnie nie mają ochoty się angażować). Ponadto lęk ten jest potencjalnie paraliżujący w tym sensie, że jedną z jego konsekwencji może być niezdolność do dokonywania wyborów, stan nieustannego „wahania się”. W raporcie stwierdza się również, że omawiane zjawisko znakomicie wpisuje się w marketingowe strategie wzbudzania niepokoju konsumpcyjnego, których celem jest wywołanie u ludzi obawy przed „przegapieniem jakichś doświadczeń, które są udziałem ich rówieśników, frustracji w związku z niemożnością robienia wszystkiego i bycia wszędzie oraz [prowokowanie – Z.M.] walki o utrzymanie obowiązującego tempa życia”. 

Obraz, który wyłania się z powyższej narracji, jest świadomie jednostronny – nie dotyczy on oczywiście wszystkich użytkowników Facebooka. Jednak tak czy inaczej, nie jest on z mojej perspektywy optymistyczny. W konkluzji przytoczę więc prorocze niemalże słowa J. Baudrillarda, które znakomicie krystalizują opisywane wyżej zjawiska: „Koniec z dystansem, pustką, nieobecnością: bez przeszkód wchodzimy do wnętrza ekranu, w wirtualny obraz. Nawet w życie wchodzimy jak w ekran. Własne życie zakładamy na siebie jak cyfrowy kombinezon”. Ten sam autor sformułował tezę, która także niezwykle adekwatnie opisuje konstrukcję facebookowego stylu życia: „Przeznaczenie homo fractalis – ostateczne zrzeczenie się własnej tożsamości i wolności, własnego ego i superego – spełnia się dzisiaj w przestrzeni wielkiej maszynerii Wirtualności i mentalnej diaspory sieci”. Może właśnie dlatego jedna z użytkowniczek Facebooka napisała otwarcie: „czułam się dobrze z moim życiem, dopóki nie otworzyłam konta na Facebooku”.

 

Tekst pochodzi z książki prof. Zbyszko Melosika Kultura popularna i tożsamość młodzieży. W niewoli władzy i wolności, która ukazała się nakładem Oficyny Wydawniczej Impuls.

 

melosik

 

Zbyszko Melosik - socjolog, profesor zwyczajny, doktor habilitowany, kierownik Zakładu Socjologii Edukacji na Wydziale Studiów Edukacyjnych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, członek Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, wykładowca na uniwersytetach amerykańskich (stypendysta Fulbrighta i wizytujący profesor - University of Virginia, Charlottesville).

 

Zajmuje się kulturą popularną, ze szczególnym uwzględnieniem kultury amerykańskiej oraz współczesnymi systemami edukacyjnymi. Autor wielu książek dotyczących tożsamości młodzieży współczesnej, kultury popularnej, społecznych funkcji edukacji oraz szkolnictwa amerykańskiego.

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy