Jestem po prostu sobą - rozmowa z Polą Pane

Autor: Justyna Gul
Okładka publicystyki dla Jestem po prostu sobą - rozmowa z Polą Pane z kategorii Brak kategorii

J.G.: Stephen King twierdzi, że dobra fantasy to taka, w której bohaterowie mieli moce, utracili je, a teraz próbują je odzyskać; natomiast zła jest wówczas, kiedy bohaterowie mają moc i nią wymachują. U Pani bohaterowie mocy nie mają, posiadają natomiast niezwykle sprawne umysły. Skąd taki pomysł?

P.P.: Sprawny umysł to również moc, nawet nie wiem, czy nie potężniejsza od czarów, a przede wszystkim realna – każdy może ją posiąść. Właściwie to jedno z przesłań powieści: wiedza jest ważna, choć istnieją też inne cechy, nie mniej ważne. Skąd taki pomysł? Chyba nie będę oryginalna, jeśli powiem, że z wanny. To dość częste miejsce powstawania nowych idei.


J.G.: Arisjański fiolet. Cisza to Pani debiut pisarski. Czy były przed nim teksty, którymi karmiła Pani szufladę?

P.P.: Niestety, to mój pierwszy tekst, chociaż – patrząc z perspektywy czasu – chyba powinnam nakarmić najpierw szufladę...


J.G.: Kiedy zdała sobie Pani sprawę z tego, że chce się zająć pisaniem i jak wyglądały początki? 

P.P.: Pomysł na napisanie powieści pojawił się, jak wszystkie moje dotychczasowe pomysły, nagle i nieoczekiwanie. Nie planowałam tego, ale gdy oznajmiłam mężowi „Wiesz co, chyba napiszę książkę”, nawet zbytnio się nie zdziwił. No, ale przez lata zdążył się już przyzwyczaić, że jeśli coś postanowię, to nie czekam, aż mi przejdzie, tylko od razu przystępuję do realizacji. Tak było z fotografowaniem, z malowaniem, z grą na gitarze. Potem była jeszcze fascynacja Meksykiem i nauka hiszpańskiego, którą zaczęłam tradycyjnie, czyli od nauczenia się dwóch stron wulgaryzmów, które znalazłam w przewodniku po Meksyku w dziale „słownictwo przydatne”. Piękny język, naprawdę. I mają takie cudne wulgaryzmy… 

Mój mąż twierdzi, że cierpię na nadmiar energii i że mam ADHD twórcze. Ma sporo racji, ale nic na to nie poradzę, że nie znoszę nudy. Myślałam, że z wiekiem mi przejdzie, ale obawiam się, że jest coraz gorzej. Teraz akurat naszło mnie na pisanie. Jaka pasja dopadnie mnie jutro, pojutrze, za miesiąc, za rok? Trudno powiedzieć.

 

J.G.: Czy od początku była Pani nastawiona na fantastykę? 

P.P.: Nie. Nawet nie przeczytałam zbyt wielu książek, należących do tego gatunku. Od początku byłam nastawiona na romans, ale sam romans to za mało, bo wówczas stworzyłabym zwykłego harlequina. Potrzebowałam jakiejś ciekawej „otoczki”. Nie chciałam powielać tego, co już dostępne jest na naszym rynku, i to w nadmiarze, czyli tych wszystkich wampirów, demonów, wilkołaków, upadłych aniołów, nieupadłych aniołów… Musiałam mieć „coś własnego”. Właściwie nie miałam zbyt wielu możliwości, została jedynie obca cywilizacja.

 

J.G.: Przed rozpoczęciem pracy nad Arisjańskim fioletem miała Pani gotowy już zarys całej książki, czy planowała ją na bieżąco?

P.P.: Jeśli coś tworzę, nie potrafię tego robić na bieżąco. Muszę od początku do końca wiedzieć, co chcę zrobić – albo mieć przynajmniej ogólną koncepcję. Później, oczywiście, wprowadzam modyfikacje lub rozwijam niektóre wątki, jednak główny trzon fabuły pozostaje nienaruszony.

 

J.G.: Co było dla Pani ważniejsze: kreacja bohaterów czy świata?

P.P.: Zdecydowanie kreacja bohaterów i budowanie relacji między nimi. Starałam się nadać wszystkim postaciom, nawet tym drugoplanowym, indywidualne cechy. Mam nadzieję, że mi się to udało – to jednak ocenią przede wszystkim czytelnicy. Z kolei tworzenie świata nie wymagało tak wiele pracy z mojej strony. Co prawda, musiał on nosić ślady ingerencji Arisjan w nową rzeczywistość, ale tak naprawdę niewiele odbiega od tego, który doskonale znamy.

 

J.G.: Czytając Pani wypowiedzi w sieci, naszła mnie refleksja, że książka przypomina produkt stworzony dla polskiego czytelnika. Nie boi się Pani tzw. „strzelenia samobója” – wszak autorzy rzadko przyznają, że przyświecają im komercyjne cele, a ich literatura do wzniosłych nie należy.

P.P.: Nie rozumiem, co złego tkwi w przyznaniu, że pisze się dla czytelnika? Według Pani dla kogo powinno się pisać? Dla recenzenta? Dla krytyka? Dla komisji, która przyznaje nagrody Nobla autorom, których na ogół nikt nie czyta albo czyta, bo musi, bo to lektura? Bzdura! Główną postacią w tym wszystkim jest czytelnik i podstawowym zadaniem autora jest przynajmniej podjęcie próby zadbania o jego potrzeby. Podjęłam taką próbę, choć nie wiem jeszcze, z jakim skutkiem. A co do wzniosłości, hmm… Przydałaby się dokładna definicja tego pojęcia lub chociaż parę przykładów wzniosłych dzieł. Sądzę jednak, że to kwestia gustu. Dla jednych Coelho będzie autorem wzniosłej literatury, gdy inni określą go mianem grafomana i twórcy mądrości dla blondynek. 

 

J.G.: Wracając jeszcze do kwestii produktu – jaki był Pani rynek docelowy, a właściwie: do kogo adresowana jest ta powieść? Do młodzieży? Dorosłych? Do wielbicieli literatury fantasy?

P.P.: Z uwagi na kilka opisów scen erotycznych książka adresowana jest do osób powyżej szesnastego roku życia, jednak bez określania górnej granicy wieku. Wydaje mi się, że Arisjański fiolet jest powieścią na tyle uniwersalną, że każdy powinien znaleźć w niej coś dla siebie. Można potraktować ją jak zwykłe „czytadło”, przy którym mile się spędza czas albo doszukać się w książce głębszego przekazu. Bardziej dociekliwych czytelników zachęcam do przyjrzenia się uważnie niektórym imionom i datom – być może uda im się dostrzec ich symboliczne znaczenie.

 

J.G.: W książce Arisjański fiolet ludzie, jako gatunek, nie wypadają najlepiej. Czy Pani celem było zwrócenie uwagi na cechy, które są zarzewiem całego zła na świecie, czy też ta negatywna ocena człowieka jest efektem ubocznym pracy nad tekstem?

P.P.: W tej powieści nie ma efektów ubocznych, wszystko w niej jest zamierzone. To, o co Pani pyta również, choć wyjęte z kontekstu zniekształca przekaz autora. Ludzie jako gatunek wypadają w mojej książce całkiem zwyczajnie. Ani ich nie idealizowałam, ani szczególnie nie demonizowałam. 

 

J.G.: Ciekawi mnie, jak długo powstawała książka – wszak jest słusznych rozmiarów, a to jeszcze nie koniec…

P.P.: Arisjański fiolet powstawał około półtora roku, jednak cały ten czas nie obejmuje tylko i wyłącznie pisania. Należy w ten okres wliczyć również prace nad nagraniem płyty oraz mnóstwo godzin poświęconych na zdobywanie podstawowych umiejętności warsztatowych. Jeśli chodzi zaś o objętość, no, cóż… Z powodu braku wprawy w planowaniu fabuły, historia nie zmieściła się w jednej książce. Podejrzewam, że w dwóch również się nie zmieści. No, ale… może w trzech? 

 

J.G.: Arisjanie są niezwykle rozwinięci technologicznie i posiadają ogromną wiedzę z zakresu przedmiotów ścisłych. Celowo „przemyciła” Pani – jako matematyk – ten wątek?

P.P.: Tak, choć przemyciłam również wiele innych wątków, które nie mają nic wspólnego z matematyką.


J.G.: Czuje się Pani bardziej matematykiem, który napisał książkę, czy pisarką która do momentu publikacji zmuszona była pracować w innym zawodzie?

P.P.: Równie dobrze mogłaby Pani zapytać, czy czuję się bardziej matematykiem, który ugotował obiad, czy kucharką, która z chęcią stałaby przy garach, ale do tej pory zmuszona była pracować w innym zawodzie. Myślę, że najprościej będzie powiedzieć, że bez względu na to, co robię – jestem po prostu sobą. 

 

J.G.: Podczas lektury nie można nie zwrócić uwagi na teksty piosenek zespołu Rayne. Dodawanie płyty z muzyką do powieści to rzadko stosowana praktyka. Nie sposób nie zapytać zarówno o Pani związek z zespołem, jak i o źródło tego pomysłu.

P.P.: Z zespołem Rayne łączą mnie wspólne interesy, a właściwie wspólny projekt. Natomiast sam pomysł dołączenia do powieści płyty zrodził się z miłości do muzyki oraz słabości do gitary.

 

J.G.: Bardzo dziękuję za rozmowę. Czego można Pani jeszcze (oprócz rychłego ukazania się drugiego tomu powieści) życzyć?

P.P.: Chyba jak największej ilości czytelników, którzy po lekturze 408 stron będą pamiętali imiona głównych bohaterów.

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy