Nagrody, czyli walka o dusze

Autor: mh
Okładka publicystyki dla Nagrody, czyli walka o dusze z kategorii Brak kategorii

Nagród literackich ci w Polsce dostatek. A jednak czuć można swoisty niedosyt. Trudno bowiem mówić o dyskursie, starciu wartości i wizji – zarówno świata, jak i literatury. Instytucja nagrody literackiej częściej niż do promocji wartości sprowadza się do medialnej hucpy lub środowiskowego obrzędu.

    Prosta kwerenda w Internecie (od czasu upowszechnienia wyszukiwarek sieciowych studenci słowo kwerenda zastępują neologizmem „zgooglowanie”) ujawnia prawie 20 nagród literackich. Wymieńmy je szybko dla uświadomienia owej obfitości, a i dla zaspokojenia pasji poznawczej również: Nagroda Bursztynowego Motyla im. Arkadego Fiedlera, a dalej imienia: Kościelskich, Długosza (fundowana przez Kulczyk Holding), Michałka (miesięcznika Kino), Tischnera (Wyd. Znak), Zajdla (jedna z kilku nagród dla literatury science fiction), Zawiszanki (za „najodważniejszy debiut poetycki roku”), Mackiewicza, Makuszyńskiego (za twórczość dla dzieci(, Reymonta, Nautilius (sf), Pruszyńskiego (PEN Club), Srebrnego Globu, Śląkfa (sf), Śląski Wawrzyn Literacki, Złote Pióro Wolnomularza Polskiego (sic!) oraz Nike i Paszport Polityki. W Internecie wszystkiego nie znajdziesz – więc w tym spisie brak mającej długą tradycję nagrody im. Iłłakowiczówny za najlepszy debiut poetycki roku, warszawskich nagród im. Norwida, Słowackiego i Hulewicza, a także płockiego Białego Pióra. Wystarczy, żeby obdzielić legion pisarzy. Jednak o „rząd dusz” odbiorców kultury tak naprawdę walczyć mogą dwie z wymienionych przed chwilą premii, zaś niezwykłą wartość posiadają dwie kolejne. Pozostałe funkcjonują środowiskowo, bądź w mniejszym lub większym stopniu powielają hierarchie ustalone gdzie indziej.

    Zacznijmy od nagrody z największą i najpiękniejszą tradycją, ale równocześnie wskutek samoograniczenia nie pokazującej całej panoramy literatury polskiej. Chodzi o premię szwajcarskiej Fundacji Kościelskich, przyznawaną od roku 1962 roku. Przypomnijmy laureatów z dwóch pierwszych lat: Andrzej Brycht, Andrzej Busza, Sławomir Mrożek, Jan Rostworowski, Zbigniew Herbert, Zygmunt Kubiak, Jan Winczakiewicz. Bez Herberta, Mrożka (ale także bez Brychta) trudno wyobrazić sobie polską literaturę drugiej połowy XX wieku. Ale dziś tylko znawcy poezji emigracyjnej pamiętają o Andrzeju Buszy (grupa „Kontynenty”), jeszcze trudniej jest przypomnieć sobie postać Winczakiewicza. Nagroda im. Kościelskich przeznaczona jest dla pisarzy „przed czterdziestką” i trzeba przyznać, że jej kapituła miała przez dziesięciolecia wyjątkowego nosa, który z laureatów spełni nadzieje i będzie literacką gwiazdą także „po sześćdziesiątce”, choć zdarzali się laureaci twórczo coraz bardziej wyciszeni „po czterdziestce”. Kije (i marchewki) posiadają jednak dwa końce. Kiedy patrzę na spis laureatów Kościelskich w ostatnich jedenastu latach, przypomina mi się dowcip o góralskim weselu, na którym nad ranem rozlega się głos starosty: „Kto jeszcze nie miał panny młodej?”. Więc kto jeszcze nie miał Kościelskich? Tulli, Stasiuk, Świetlicki, Tokarczuk, Czapliński, Podsiadło, Wiedemann, Wencel (gdyby nie on w tym gronie, już bym pomyślał, że nawet w Szwajcarii cenić zaczęli tylko mniej lub bardziej delikatnych lewaków), Sosnowski. Tropy interpretacyjne mogą być dwa: albo kapituła nagrody im. Kościelskich nadal wyłapuje to, co w młodszej literaturze najciekawsze, albo też jej typy niebezpiecznie zaczęły się pokrywać z forsowaną w kraju „główną listą promocyjną” i „środowiskiem przeznaczonym do wyniesienia”. Oba określenia ukuł Karol Maliszewski, który notabene załapał się na „główną listę promocyjną”, ale miał ochotę upomnieć się o takiego poetę jak Marek Czuku chociażby. A dalej wymieńmy jeszcze kilka nazwisk spoza „głównej listy promocyjnej”: Piotr Cielesz, Anna Piwkowska, Mariusz Baryła, Lesław Nowara, Sławomir Matusz. Być może w ostatnich latach nagroda im. Kościelskich odzyskuje własną tożsamość: nagrody dla Dawida Bieńkowskiego, Tomasza Różyckiego, Jacka Dehnela, a zwłaszcza tegoroczna dla Joanny Stefko (jakby nie oceniać ich twórczości) to wyraz bardziej ambicji samostanowienia w układaniu list promocyjnych niż ich powielania. W każdym razie jednak Nagroda im. Kościelskich pokazuje tylko część literackiego krajobrazu, premiuje bardziej zapowiedzi niż w pełni rozwinięte już osobowości i talenty.

    O Nike pisałem już na tych łamach w ostatnim czasie dwukrotnie. Przypomnijmy więc jedynie główną konstatację: to tyleż nagroda, co oręż grupy określanej umownie środowiskiem „Gazety Wyborczej” w ustalaniu własnych hierarchii wartości literackich. Z tym, że są to raczej antywartości, nośniki lewicujących haseł i idei. Sposób na kreowanie literatury według własnych wyobrażeń, często poprzez sprowadzenie jej do postaci karła (bo takiego łatwiej jest utrzymać na linewce). Nie powinna tutaj zmylić „zasłona dymna” – nagrody dla „Pieska przydrożnego” Miłosza, jednej z najlepszych książek Różewicza „Matka odchodzi”, czy neoklasycyzującego tomu Jarosława Marka Rymkiewicza. Te nagrody budowały prestiż Nike, pozwalając „na doczepkę” sprzedawać ludziom wśród pozycji nominowanych książki spełniające światopoglądowe i polityczne zamówienia patronackiego środowiska. W ostatnim roku doszło ono chyba do przekonania, że taki kamuflaż nie jest już potrzebny – stąd Nike dla „Pawia królowej”, „Lubiewo” w finale, impertynencja wobec Szymborskiej.

    Swoistą przeciwwagą „Nike” wydaje się ustanowiona w 2000 roku i wręczana zawsze – cóż za piękny symbol – w dniu 11 listopada nagroda im. Józefa Mackiewicza. Jeżeli przyjmiemy ryzykowne stwierdzenie, iż scenę literacką można dzielić podobnie jak scenę polityczną – to nagrodę Mackiewicza uznać by wypadało prawicową odpowiedź na lewicową Nike. Ale literatury tak dzielić nie należy – stanowi ona całość, mimo iż trwa w niej dyskurs, spór, polemika. W tym wypadku nagroda im. Mackiewicza to nie tyle „kontra”, co propozycja docenienia nieco innych wartości. Pokazanie, że współczesna polska literatura nie zasadza się tylko na postmodernie i antywartościach (kontestacji wartości). Że niekoniecznie trzeba sięgać po Masłowską – powieści pisze też Eustachy Ryski.

    Nagroda im. Mackiewicza przystąpiła do tej swoistej walki o „rząd dusz” czytelników – takich, którzy tyleż co własnym rozeznaniem kierują się w lekturowych wyborach medialnymi rekomendacjami – stojąc na właściwie przegranej pozycji. „Nike” dysponowała niebywałą tubą – sojuszem „Gazety Wyborczej” i telewizji tzw. publicznej, która właściwie była większym sponsorem „Nike” niż firma pani Bochniarz i Agora razem wzięte – jeżeli policzymy czas antenowy poświęcony na promocję książek nominowanych według ideologicznego widzimisię jurorów, nie zauważających chociażby najważniejszych prac z zakresu eseistyki literackiej w latach 2004 i 2005 – „Obławy. Losów pisarzy represjonowanych” Joanny Siedleckiej i „Poety, czyli człowieka zwielokrotnionego” Bohdana Urbankowskiego. Mniejsze też były pieniądze Mackiewicza (8 tys. dolarów w ubiegłym roku), mniejszy oddźwięk medialny. A jednak - stwierdźmy przekornie za mottem tej premii – „tylko prawda jest ciekawa”, więc warto próbować.

    Nagroda im. Mackiewicza jest premią rozszerzoną – mogą się o nią ubiegać również dzieła spoza pola literatury pięknej – na przykład opracowania historyczne. Podobnie zresztą rzecz ma się w przypadku „Nike”, lecz w tym względzie kapituła premii im. Mackiewicza wydaje się bardziej zdeterminowana. Dzięki temu nagrodę Mackiewicza otrzymała fundamentalna, dwutomowa faktograficzna praca Ewy i Władysława Siemaszków „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-45”. Ta niepodległa intelektualnie praca to coś więcej niż dzieło historyczne – to walka o prawdę z premedytacją wykreślaną, wymazywaną i rozcieńczaną przez rodzimych apostołów politycznej poprawności. Ostatnią rzecz, jaką należy się zajmować to urządzanie licytacji typu liczba ofiar przeciw liczbie ofiar. Jednak znaczący jest fakt medialnego rozgłosu „Sąsiadów” Grossa – sto kilkadziesiąt ofiar jednodniowego pogromu zainspirowanego i – wielce prawdopodobne – nadzorowanego przez Niemców z kilkuset tysiącami ofiar trwającej pięć lat planowej i systematycznej eksterminacji Polaków przez oddziały OUN/UPA. Co ciekawe – jak się okazuje Polacy powinni przepraszać zarówno Żydów (za Jedwabne), jak i Ukraińców (za akcję Wisła, a wcześniej i za działanie organów bezpieczeństwa państwa po terrorystycznym zabójstwie ministra Pierackiego). Takie przesłanie można odczytać, próbując wniknąć w przesłanie komentarzy publicystów w rodzaju Pawła Smoleńskiego. Ale nie wychodźmy poza sprawy literackie.

    Nie tylko ma prawach ciekawostki warto wspomnieć istnienie fundowanej przez Związek Rzemiosła Polskiego nagrody im. Władysława Reymonta. Rzemieślnicy – jak widać z mądrością przynależną przedstawicielom tego fachu – potrafią się wznieść ponad polityczne podziały i animozje środowiska podzielonego na dwie organizacje: Związek Literatów Polskich oraz Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Stąd też takie pary laureatów jak ksiądz Jan Twardowski i Wojciech Żukrowski, czy Lesław Bartelski i Włodzimierz Odojewski. Ostatni zaś raz odnosząc się do „Nike”: nie zauważając księdza Twardowskiego dała ostateczny dowód, że Michnik wyposażył ją zamiast w smak literaturoznawczy w cechę Temidy. Niestety, tylko jedną – ślepotę.

    Szkicując krajobraz nagród literackich w Polsce koniecznie wspomnieć trzeba o jednej jeszcze ważnej premii – przyznawanej w Płocku od 1993 roku nagrodzie Białego Pióra im. Dariusza Stolarskiego. Jej laureaci otrzymują rzecz drobną, lecz symboliczną – białe wieczne pióro, najprostszy model Parkera, takie jakim zwykł pisać patron nagrody, śmiertelnie pobity w 1993 roku przez „nieznanych sprawców” młody poeta i zarazem działacz Konfederacji Polski Niepodległej.  Cudzysłów, w jaki zostały wzięte w słowa „nieznani sprawcy” przestaje dziwić, gdy nadmienimy, że Stolarski prowadził biuro interwencji obywatelskich, zbierał materiały na temat „przekrętów” w płockiej Petrochemii (dziś takie działania nazywamy mafią paliwową), zaś wcześniej kilkukrotnie grożono mu. Nagroda Białego Pióra przyznawana jest za „teksty umacniające niepodległość Polski”, zaś jednym pierwszych laureatów był profesor Tadeusz Płużański – filozof i pedagog, żołnierz Armii Krajowej i antysowieckiego podziemia, współpracownik rotmistrza Pileckiego, skazany w 1948 roku przez komunistów na karę śmierci, zamienioną (po 73 dniach spędzonych w celi śmierci) na dożywotnie więzienie. Największą nagrodą jest więc znalezienie się w gronie laureatów, do którego i on został zaliczony (czym szczyci się również autor tego tekstu). Na przestrzeni lat „Białe pióro” otrzymali m.in. Romuald Mieczkowski z Wilna i Jan Pyszko z Zaolzia (za obronę słowem swej ojcowizny), nie żyjący już Jerzy Tomaszkiewicz (autor m.in. przejmującego wiersza o Grudniu 1970 i „Ekshumacji” - pierwszego przemyconego przez sito PRL-owskiej cenzury tekstu poetyckiego o Katyniu), Bohdan Urbankowski, a w latach ostatnich romantyk z Beskidu Kazimierz J. Węgrzyn oraz Jerzy Narbutt. Premia „Białego pióra” w regulaminie swoim podkreśla, iż oprócz walorów artystycznych ważna jest również swoista służebność literatury – bo są rzeczy (to paradygmat romantyczny) ważniejsze niż literatura. Przyglądając się sylwetkom laureatów „Białego pióra” warto zwrócić uwagę geografię tej nagrody – po pierwsze pokazuje, iż do literatury wciąż jeszcze można odnieść słowa Piłsudskiego, że „Polska jest jak obwarzanek” – nagradzani byli twórcy z białostockiego, Beskidów, Wybrzeża i Śląska. Co więcej – ta literacka geografia wybiega poza obecne polityczne granice Rzeczypospolitej – obecność wśród laureatów poetów z Wileńszczyzny i Zaolzia, a także nagroda za wiersze dotykające spraw Lwowa, świadczy, ku pokrzepieniu serc, że tych ziem wciąż nie zabrano nam do końca.

    Zakończmy upieczeniem „doraźnej” refleksji. Najwyższy już czas na wzmocnienie instytucji promujących i nagradzających w literaturze (kulturze) wartości przeciw antywartościom. Literaturze polskiej potrzebna jest premia będąca jej przeciwwagą chociażby dla wciąż silnej Nike. Może to być wzmocnienie istniejącej już nagrody Mackiewicza, może być pojawienie się nowej literackiej premii (na myśl przychodzi oczywisty patronat Zbigniewa Herberta). I jest to zadanie nie tylko dla ludzi kultury, lecz także tych, którzy działają na niwie społecznej i politycznej. Bo jeśli prawdą jest, że tworzenie dobrej literatury trzeba zostawić pisarzom i poetom, to w dzisiejszych czasach (rząd dusz sprawuje ten, kto posiada „przełożenie medialne”) jej promocja, obrona lepszego „pieniądza” (lepszej literatury) przed wypieraniem z rynku przez pieniądz gorszy – wymaga wsparcia pozaliterackiego.

MARCIN HAŁAŚ

Pierwodruk: Gazeta Polska, 15 XI 2006

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy