Wspomnienia "Harcerza Orlego" z Zagłębia

Autor: Prof. Włodzimierz Wójcik
Okładka publicystyki dla Wspomnienia

Niniejszy tekst ma bardzo osobisty, dokumentacyjno-wspomnieniowy charakter. Ukończyłem już siedemdziesiąt cztery lata, a przecież niemal codziennie brzmią mi w uszach dawne harcerskie pieśni. Siedzę sobie przy kominku, niczym przy niegdysiejszej watrze, i nucę bliskie sercu melodie. Oto nasza harcerska modlitwa:

 

O Panie Boże, Ojcze nasz

W opiece swej  nas miej!

Harcerskich serc Ty drgnienia znasz

Nam pomóc zawsze chciej…

 

Oczywiście słynne Płonie ognisko w lesie zawsze było i jest nadal bliskie mojemu  sercu. W okresie powojennym świeżą siłę miała natomiast  harcerska pieśń powstańcza Pałacyk Michla. Wszystko to wypełnia moje serce ciepłem miłości do tej wielkiej Ojczyzny oraz tej naszej, śląsko-zagłębiowskiej  „najbliższej Ojczyzny”.

 

Do polskiego skautingu wkraczałem tuż przed wojną przez udział w ruchu zuchowym.  Jako sześcio-siedmiolatek pod wpływem moich wujków brałem czynny udział w licznych imprezach harcerskich. Doskonale pamiętam świętojańską noc 1939 roku.  Wówczas harcerze udawali się z kajakami nad Czarną Przemszę.   Na tak zwanej „Zielonej” – w lasku między Łagiszą a Dąbrową Górniczą – palili watry i skakali przez buchające płomienie dokumentując z dumą swoją  sprawność fizyczną.  Nasze koleżanki-druhny puszczały w wodę wielokwiatowe wianki z zapalonymi świeczkami. Tym cudownym obrzędom towarzyszyły pieśni harcerskie, tańce oraz recytacje Pieśni Świętojańskiej o sobótce  Jana z Czarnolasu:

 

Gdy słońce Raka zagrzewa,

A słowik  więcej  nie śpiewa

Sobótkę jako czas niesie,

Zapalono w Czarnym Lesie.

 

Tam goście,  i tam domowi,

Sypali się ku ogniowi;

Bąki  za raz troje grały

A sady się sprzeciwiały.

 

Te cudowne majowe, czerwcowe i lipcowe „dnie i noce” skończyły się pierwszego września 1939 roku, gdy wybuchła wojna;  kiedy do naszej rodzinnej Łagiszy wkroczyli na koniach butni niemieccy żołnierze. Zanim to nastąpiło czyniliśmy przygotowania do działań wojennych. My, dzieciaki, rozprowadzaliśmy pośród sąsiadów skromne maseczki przeciwgazowe oraz oklejaliśmy szyby okienne papierowymi paskami, aby w razie nalotu  pękające szkło nie rozpryskiwało się w sposób niekontrolowany i nie raniło nas.                      

 

 Drugiego dnia wojny zabraliśmy się z falą uchodźców ze Śląska, zdążających w kierunku wschodnim, na „naszą” tułaczkę. Wlekliśmy się furką sąsiada dnie i noce. Przed Skałą, w Dolinie Prądnika, niemieccy żołnierze zawrócili nas. Po tygodniu wróciliśmy do domu zmęczeni i przygnębieni. Dobił wszystkich  moralnie pożar bożnicy w Będzinie. Tam po prostu Niemcy palili Żydów. Takiej rzeczywistości jeszcze nie znaliśmy. Tymczasem należało w niej żyć. Nie było większego wyboru.

 

W takim już świecie poszliśmy w 1940  – po rocznej przerwie – do szkoły podstawowej: Lagischa, kreis Bendsburg. Niby to była polska szkoła, ale z okrojonym programem nauczania. Był język polski, ale nie pracowaliśmy na książkach, nie czytaliśmy dzieł naszych wielkich mistrzów pióra. Co parę dni przychodziły z powiatu powielane na prostym spirytusowym powielaczu czytanki. Za jedną kartkę płaciliśmy pięć fenigów. Tematem tych „dzieł” był opis jakiegoś krajobrazu, niekiedy praca, jakieś przygody, podróże. My „podludzie” musieliśmy się  nauczyć tylko czytać i pisać. Nic więcej. Nie było historii, geografii. W programie mieliśmy roboty i robótki ręczne, śpiew, jakąś tam gimnastykę. Wakacje okazywały się całkiem „urozmaicone”. Na zasadzie nakazu władz Trzeciej Rzeszy musieliśmy zbierać parę razy w tygodniu zioła: kwiat lipy, brzozowe liście, podbiał, liść babki, skrzyp, liście jeżyn. Suszyliśmy owe zioła na poddaszu domu gminnego, a następnie worki z towarem szły do niemieckich fabryk farmaceutycznych. W ten sposób wyzyskiwano nas; za pracę nie płacono. Były jednak zyski ideowe. Oto bowiem po każdych zajęciach nasi nauczyciele zbierali nas na wypoczynek i „przy okazji” wykładali to, czego nie mogli zrobić oficjalnie na lekcjach szkolnych. Nieśli nam  prawdziwą wiedzę o Polsce Niepodległej.

 

W ciemną noc okupacji, kiedy nie było prasy polskiej, a radioodbiorniki Niemcy skonfiskowali, pragnęliśmy – polscy druhowie – stworzyć sobie taki świat, który by przypominał nam w jakiejś mierze dawną PRZEDWOJENNOŚĆ. Pod  Górą Świętej Doroty, czyli słynną Dorotką, u której stóp urodziłem się, formowaliśmy sobie czarowny świat naszego dzieciństwa i okupacyjnej młodości. Jest to nieprawdopodobne, ale prawdziwe. Najwyższe wzniesienie w Zagłębiu Dąbrowskim, które obrosło wieloma legendami, wiosną i latem po prostu płonęło bielą kwiatów tarniny. Jesienią pociągało ciemno-fioletową barwą drobnych śliweczek, które po pierwszych przymrozkach nadawały się do jedzenia. To właśnie tutaj wśród zagonów, krzewów, kawałków łąki i małych pastwisk urządzaliśmy nasze „harce”. Każdy z nas miał misję wprowadzenia jakiegoś oryginalnego ćwiczenia. Każdy? To znaczy: mój brat cioteczny Janusz Dyja, Romek Płaza, Rysio Wyględacz i jego kuzyni – Jerzyk i Dudek Drożdżowie, Janek Sibielak, Bronek Sobczyk, Stefan Majchrzak… Wokoło szalał terror,  a my recytowaliśmy znany patriotyczny wiersz Ignacego Krasickiego. Z uwagi na jego treści zaczęliśmy wydawać na swoje potrzeby skromne pisemko pod wiele mówiącym tytułem „Święta miłości kochanej Ojczyzny”… Parę egzemplarzy pisanych drukiem przez kalkę. Drukarek laserowych wówczas nie było.

 

Nie zawsze był to świat sielski.  Bywało, że zaczepiani przez gówniarzy z Hitler Jugend po prostu walczyliśmy  z nimi bijąc ich kijami, darnią, niekiedy kamieniami. Oczywiście – z ukrycia.

 

Działalność harcerstwa w Łagiszy, którego początki sięgają 1924 roku, zaczęła się odradzać już wiosną 1945. Reaktywował ją Kazimierz Szymczyk, po nim przyszedł Stanisław Bania. Pierwszy obóz harcerski w wyzwolonej Polsce zorganizowaliśmy na Łysej  Górze koło Siewierza. To była dopiero frajda. Mieszkaliśmy w namiotach wojskowych podarowanych nam przez Amerykę. Prycze do spania robiliśmy sami. Przed namiotami powstawały kwietne rabatki. Było dużo barwnych proporczyków i rozmaitych symboli, które formowaliśmy z tu i tam znajdowanych rozłożystych korzeni wyrwanych przez częste  burze drzew. Te wakacje były znaczone wolnością, zabawą, nieskrępowaną przygodą. Nie musieliśmy już zbierać obowiązkowo ziół dla niemieckiego okupanta. Teraz zdobywaliśmy sprawności harcerskie. Każdemu z nas zależało na tym, aby na rękawie było jak najwięcej czarodziejskich krążków,  zaświadczających nasze rozległe praktyczne umiejętności. Te były rzeczywiście przydatne nie tylko dla nas. Pewnego dnia na przyległym pastwisku rozjuszona krowa poraniła swoją gospodynię. Po prostu rozwścieczyły ją  „zmierzłe” bąki. To właśnie my, sprawnościowcy z dziedziny pierwszej pomocy, rzetelnie ją opatrzyliśmy.

 

Tu w Łysej Górze szczególnie silnie byliśmy zafascynowani puszczańskim życiem. Po wielokrotnej lekturze Lata leśnych ludzi Marii  Rodziewiczówny, staraliśmy się upodobnić do niektórych bohaterów książki. Przy zdobywaniu odznaki „trzy pióra” należało przez trzy doby zaszyć się w lesie lub na rozległych polach; należało wszystko widzieć, ale nie być widzianym. Trzeba  być głodnym, albo żywić  się wyłącznie darami natury. Ja oczywiście po dary natury sięgnąłem ochoczo. Najadłem się czarnych jagód zwanych łochiniami. Skutki były tragiczne. Wyglądałem jak stary alkoholik na tak zwanym katzu…

 

W okresie powojennym ze szczególnym sercem pracowaliśmy przy budowie nowego kościoła parafialnego. Duszą tej inicjatywy był nasz katecheta oraz proboszcz parafii Łagisza ksiądz Leon Stasiński. Zwykle wyczekiwaliśmy Świąt Wielkanocnych. Wiadomo, że wcześniej przygotowywało się grób umęczonego Chrystusa, by od piątku stać w mundurze harcerskim wraz ze strażakami na warcie. Był to niesamowity zaszczyt.

 

Dbaliśmy o groby naszych zmarłych kolegów, nauczycieli lub osób zapomnianych przez rodziny. Na święto zmarłych udawaliśmy się na cmentarz łagiski z pochodniami. Nam, chłopcom towarzyszyły zwykle druhny: Jadzia Karczówna, Basia Ziętkówna, Irena Drożdżówna, Jadzia Targowska, Basia Kulawikówna, Wanda Rutka. Jeszcze wiele innych.

 

***

Wielkim przeżyciem duchowym był dla mnie Katowicki  Ogólnopolski Zlot Związku Harcerstwa Polskiego w roku 1946. Przygotowywaliśmy się do tego historycznego wydarzenia przez wiele miesięcy. Ważną sprawą było uzupełnienie umundurowania oraz sprzętu. Z tym było krucho. Ale pomysły mamy i ciotek dały rezultaty przednie. Z różnych kawałków materiału uformowały odzienie harcerskie „pierwszej klasy”.

 

Liczne rozmowy z druhami z Warszawy bardzo wzbogaciły naszą wiedzę o Powstaniu Warszawskim. Wymiana adresów pomiędzy delegatami z różnych regionów Kraju wpłynęła na okrzepnięcie duchowe polskiego ruchu skautowego. Młodzi powstańcy Warszawy śpiewali w dumą „Pałacyk Michla, Żytnia, Wola…”  a my, harcerze z południa Polski, dodawaliśmy coś dowcipnego:

 

Podhalańska idzie wiara

Z piosenką wesołą przez świat.

Z okien patrzy oczu para

I buzia jak maków kwiat.

 

 

Pomiędzy Łagiszą a Siewierzem  mieliśmy  Kuźnicę Warężyńską. Piszę to w czasie przeszłym, gdyż obecnie miejsca, dokąd zwykle często robiliśmy trzy czy czterodniowe wypady, zmieniły swój wygląd na skutek nowego formowania systemu jezior Pogoria. W drugiej połowie lat czterdziestych płynęła tu spokojnie Czarna Przemsza, nad którą zwykle biwakowaliśmy. Przemsza miała przymiotnik „Czarna”, a w rzeczywistości miała przeczystą krystaliczną wodę na herbatę, kawę, grochówkę. Gdzież są tamte czasy? Gdzież są tamte ruczaje i ich wody?

 

22 lipca 1948 roku na obozie w  Brennej-Leśnicy odwiedzali nas rodzice oraz koleżanki z żeńskiej drużyny harcerskiej, które w owym czasie pozostawały w Łagiszy. Dzień był piękny, niezwykle świeży,  ponieważ nie tak dawno mieliśmy burzę z piorunami i obfitą ulewą. Rwąca rzeka podniosła poziom wody, a niektóre namioty były od spodu podmoczone. Mimo to paliliśmy watry, częstowaliśmy gości słynną grochówką oraz pachnącą kawą zbożową ze skondensowanym mlekiem z puszek. Jakaś grupa harcerzy śpiewała:

 

W Tyrolu, gdym na warcie stał

I o swym szczęściu śnił,

Wiatr z południowej strony nam wiał

Wiatr ten ojczysty był.

 

Druga zaś „wyskakiwała z nieco innej beczki” na zasadzie swoistej konkurencji:

Czemu serce tak mocno ci bije,

Gdy medalik zakładasz na szyję?

 

Wtedy też mieliśmy sprawdzian sprawnościowy na stopień wywiadowcy. Odbył się górski marsz z Brennej-Leśnicy do Wisły przez Równicę. Pośród różnych egzaminów jeden był szczególnie trudny. Chodziło o przesyłanie i odbieranie meldunków przy pomocy alfabetu Morsea. Jakoś wszystko  dobrze się skończyło.

 

Po zdaniu wszelkich egzaminów harcerskich zeszliśmy do Wisły, aby w miejscowym basenie wykąpać się. W drodze powrotnej znów szliśmy na Równicę. Po drodze, spragnieni, piliśmy krystaliczną wodę w ocembrowanym źródle. Nie przeszkadzało nam to, że po dnie spacerowały sobie raszki; jak kto woli: jaszczurki. Już wówczas hasło koegzystencji wchodziło w  życie. Z tego czasu, z tego dnia pozostała mi na zawsze pamiątka; widok fenomenalny: zachodzące olbrzymie, rozlewające się na horyzoncie – SŁOŃCE.

 

Wakacje roku 1949 znaczone były bardzo wyczekiwanym  „dalekim” wyjazdem łagiskich harcerzy, bo aż w okolice Nysy. Utworzyliśmy nasze obozowisko – pod komendą Zenona Hanaka -  na rozległych łąkach pośród tu i tam pojawiających się lasków iglastych, brzozowych i olszyn.   Było to obrzeże miasta; pamiętam, że po główne zakupy chodziliśmy do jego centrum, w którym ślady wojny wciąż jeszcze  manifestowały tragizm minionych lat okupacyjnych. Byliśmy zagospodarowani w  zakolach kilku strumyków, z których czerpaliśmy krystalicznie czystą wodę na herbatę i do gotowania posiłków. Zwiedzaliśmy te nasze „ziemie odzyskane” stwierdzając, że w istocie są niemal takie same, jak nasze zagłębiowskie, swojskie zakątki…

 

 

***

Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych skończyły się „moje” harcerskie lata. Wydawało mi się, że harcerstwo nowej fazy historii Polski odchodziło od tradycyjnych cnót rycerskich, od samodzielności w kształceniu charakteru, od autentycznego życia puszczańskiego, od  formowania zaradności poszczególnej jednostki. Byłem przyzwyczajony do tego, że na obozie posiłki przygotowują druhowie-kucharze i kuchciki, a nie panie w białych fartuchach. Niańki nie były nam potrzebne.  Ideologiczne pogadanki były nie do zniesienia. Symbolami naszej młodości był Zawisza Czarny i „Dziadek” Piłsudski, a nie współcześni politycy.

 

Jednak idea skautingu żyła w moim sercu i w sercu moich kolegów, dawnych weteranów harcerskich. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych   - kiedy po studiach polonistycznych UJ pracowałem w średnim szkolnictwie nowohuckim -   przekazywałem mojej córce, druhnie  Beacie,    idee dawnego, prawdziwego harcerstwa. W tym też duchu wychowywałem syna Andrzeja. Odwiedzając go na obozie w Jaroszowcu,  tam gdzie bierze swój początek Biała Przemsza, przypominałem sobie to wielkie bogactwo przeżyć, jakie dała mi przynależność do ZHP w czasie mojej młodości.  Niezapomniane wschody i zachody słońca nad Babią Górą, nad Leskowcem, Czantorią, Baranią Górą.   Małe oberwanie chmury nad Brenną Leśnicą,  z perspektywy lat nie było nieszczęściem, ale romantyczną przygodą; podobnie jak marsz piechotą z Łagiszy do Siewierza  ze sprzętem harcerskim na plecach.                   

 

Od połowy lat siedemdziesiątych sprawy harcerskie znów pojawiały się bezustannie w rozmowach z przyjaciółmi.  Po przejściu z Uniwersytetu Jagiellońskiego  na Uniwersytet Śląski zamieszkałem w Sosnowcu przy ulicy Brzozowej w tak zwanym „domku profesorskim”. Tutaj poznałem ojca mojego przyjaciela   Renka, Józefa Opackiego, wybitnego przed wojną  działacza skautowego z Kresów Wschodnich, z Czortkowa; legendarnego „Mohorta”, męża równie legendarnej działaczki kresowego podziemia, „Oleńki”.  Przez wiele lat w naszych  przydomowych ogródkach płonęły watry harcerzy-seniorów. Ważne jest to, że w tych spotkaniach brały udział nasze dzieci, a także wielu asystentów, adiunktów, studentów. Był tu mój syn, Andrzej; Krysia Opacka z późniejszym mężem, Januszem Arabskim; Danusia Opacka z przyszłym mężem Wacławem Walaskiem; także Dorota Opacka. Śpiewaliśmy pieśni harcerskie, przygotowywaliśmy harcerskie potrawy. Poprzez nasze wspomnienia z czasów przedwojennych wchodziliśmy po prostu w jakiś nierzeczywisty, bajeczny  świat wolności. Gdyby nie marzenia mojego pokolenia o prawdziwie wolnej Polsce, gdyby nie czyny niepodległościowe w postaci kształcenia setek humanistów-pariotów, nie byłoby dzisiejszej Polski. Może ona jest niedoskonała, ale z pewnością jest NIEPODLEGŁA…

 

***

STRESZCZENIE

Niniejszy esej ma charakter osobistego wspomnienia i jednocześnie zawiera pierwiastki dokumentacji historycznej. Mówi o formowaniu się ruchu skautowego na ziemi zagłębiowskiej; przede wszystkim w Łagiszy, miejscowości, z którą przez trzy czwarte stulecia jest związany autor szkicu. Przywołuje się tutaj rzeczywistość międzywojenną, lata okupacji, czasy powojenne, wreszcie Polskę idącą ku niepodległości i ku związkom ze strukturami wspólnoty europejskiej. Wspomnienie pokazuje świat zagłębiowski najpierw oczyma narratora-dziecka, osoby dorosłej, wreszcie oczyma starszego już człowieka, profesora uniwersytetu. W tekście zawarty jest duży ładunek emocji, jakich autorowi dostarczyła przynależność do Związku Harcerstwa Polskiego.

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy