Dziurawy marketing polityczny

Autor: eleazar
Okładka publicystyki dla Dziurawy marketing polityczny z kategorii Brak kategorii

 

Stale malejąca frekwencja w wyborach samorządowych (i nie tylko) z jednej strony niepokoi, z drugiej daje podstawy, by wątpić w pełnię legitymizacji władzy do „władania”. Z przykrością powinniśmy przyjąć do wiadomości, że pokolenie, które nie walczyło o wolność, nie docenia i nie potrafi korzystać z przywilejów głosowania, wolnych mediów i wolności myśli. Nie użyję tu z grzeczności mocniejszej frazy…

Coś, co mamy od zawsze, „z przypisania”, co jest stałym elementem naszego życia, jest z natury bagatelizowane. Zakłada się, że remedium na tę ignorancję jest pakowanie w młode głowy historycznych kontekstów, przekonując, że „to młodzież jest przyszłością” i „wasi ojcowie walczyli o to, co macie”. To jednak półśrodek. Bo jak bardzo niedoświadczona i naiwna nie byłaby młodzież, w końcu dochodzi ona do wniosku, że to wszystko puste słowa.

Przekonywanie o „byciu przyszłością” jest zbywane pustym śmiechem - zwłaszcza w obliczu „tych starych”, z uporem maniaka trzymających się władzy. Młody człowiek szybko pojmuje, że jest potrzebny tylko jako „mięso wyborcze”, które swoją „wolą” usankcjonuje kolejną kadencję przy korycie. Skutkiem tego – w ogóle nie głosuje, w głębokim poważaniu ma organizację społeczną państwa, a wszystkie jej organy traktuje jako wroga.

W efekcie tworzy się zamknięte koło, a „starzy”, nawet gdyby chcieli, nie mogą już odejść bo nie ma ich kto zastąpić.

Z jednej strony to niezaprzeczalna wina polityków, którzy przez lata nie dopuszczali do naturalnej rotacji i politycznego „dorastania” potencjalnych sukcesorów, z drugiej - marazm młodych, z góry zakładających, że to „bagno” i nie będą się w nim "babrać".

Ostatecznie, "MY" i "ONI" to zamknięte grupy, co doprowadza, jak to w genetyce, do wynaturzeń po każdej ze stron.

Choć wielu zacnych myślicieli zwraca uwagę na kreującą siłę „apetitus societas” i „kolektywną mądrość” społeczeństw, to mamy dziś chyba do czynienia z letargiem tych wspaniałych idei. Społeczeństwo pragnie świętego spokoju i wymaga od polityków, żeby po prostu mu „nie przeszkadzali”.

Nie można liczyć, że „Naród nasz jak lawa” się ocknie i swym żarem odnowi scenę polityczną. Partykularyzmy, które stanowią o indywidualnej tożsamości istotnie wypierają „interes wspólny”, który stanowi o generalnej sprawności społeczeństwa.

Tylko siły polityczne mają możliwość zmiany istniejącej sytuacji. Faktycznie konieczna jest odnowa, nie tylko personalna, ale ideologiczna. W rzeczywistości należy w końcu „ideologię” zastąpić „ideami”, tudzież - konkretnymi pomysłami.

Siła „ducha” Narodu i patriotyzmu została wyczerpana ciągiem afer, zburzeniem autorytetu władzy i warcholstwem „wyższych sfer”. Teraz, niestety, konieczne jest, by potrafić „sprzedać” swój program, swoje pomysły, siebie. „Wzniosłość” została zastapiona przez „atrakcyjność”.

Niestety, jak to bywa w sprzedaży, częstokroć wciska się nam kicz. To jednak naturalna reakcja rynku na mało wymagającego i naiwnego klienta.
Pierwszy ruch należy więc do polityków – powinni stworzyć dobry produkt, a potem dobrze go sprzedać, by elektorat nauczył się „wybierać”, a nie „grymasić”. Na razie cały potencjał jest kierowany na kreację „ładnych opakowań”, które w środku mają, za przeproszeniem, gówno. Jak wspomniałem, społeczeństwo - choć zmęczone - nie trzaśnie ręką w stół, ale popadnie w dalsze odrętwienie i cynizm.

Elita po to jest elitą by kreować gusta, potrzeby, a potem je zaspokajać z miną zbawcy. To fakt i osobiście nie mam nic przeciwko takiemu UKŁADOWI – ale niech to, co jest kreowane wreszcie ma sens – bo pewnego dnia zostanie tylko maksyma „z pustego i Salomon nie naleje”… a w Irlandii już powoli mają nas dość.

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy