Nie chciałam zostać drugim Sienkiewiczem. Wywiad z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla Nie chciałam zostać drugim Sienkiewiczem. Wywiad z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk z kategorii Brak kategorii

Chciałaś zostać współczesnym Sienkiewiczem?

Zawsze chciałam być tylko i wyłącznie sobą. 

A jednak trochę tak wyszło - bo w "Fortunie i namiętności" jest i "ku pokrzepieniu serc", jest i o naszych narodowych przywarach, jest i odrobina stylizacji - jednak nie na tyle, by zniechęcić mniej wyrobionego czytelnika. Są też postaci jakby żywcem wzięte z Sienkiewicza - na przykład Hadziewicz jako lustrzane odbicie Kmicica. No i jest autentycznie wciągająca fabuła jako "wabik".

Te wszystkie stwierdzenia traktuję jako komplement. Ale – być może – tak się właśnie pisze powieść historyczną?

Swoją drogą: jeśli chodzi o "Trylogię" Sienkiewicza, przeczytałam jedynie Pana Wołodyjowskiego. Oczywiście, znam Potop i Ogniem i mieczem z filmów. Jeśli natomiast są pewne podobieństwa między bohaterami moimi i Sienkiewicza, to chyba po prostu takie wymieszanie wad i zalet, jakie przydarzyło się na przykład Hadziewiczowi i Kmicicowi, jest kuszące dla autora.

Być może. Ale jednak jeszcze przez chwilę pozostałbym przy autorze "Trylogii", bo i skojarzenia same się nasuwać muszą. Sienkiewicz, można powiedzieć, miał łatwiej, pisząc o sprawach nie aż tak w gruncie rzeczy mu odległych. W Twoim przypadku musiało być trudniej, bo w Fortunie i namiętnościach cofamy się w czasie o prawie 300 lat. 

Niekoniecznie. Ja mam łatwiejszy dostęp do źródeł. 

Właśnie: jak wygląda research podczas pisania tego rodzaju książki? Lektura powieści z epoki? Publikacji popularnonaukowych? Skąd wiedza o ówczesnej obyczajowości, o sposobie myślenia ówczesnej szlachty? 

Powieści z epoki saskiej nie ma. Pierwsza polska powieść to Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki Ignacego Krasickiego, która powstała czterdzieści lat po omawianych wydarzeniach. Są jeszcze powieści pisane nieco później, a dotyczące czasów saskich, na przykład dzieła Kraszewskiego czy Drużbackiej. Oczywiście zaliczyłam ich lekturę, podobnie jak niemal wszystkich ówczesnych pamiętnikarzy z Marcinem Matuszewiczem na czele. Książek popularnonaukowych przerobiłam bez liku od najbardziej ogólnych, jak Kronika Polski, po tak szczegółowe, jak Daniela Wojtuckiego Kat i jego warsztat pracy czy Teresy Żórawskiej Paradne pojazdy w Polsce XVI-XVIII wieku. Przez cały czas sięgałam też do Słownika Języka Polskiego Lindego. 

Czy można - lub warto - naśladować ówczesny język? U Ciebie tej stylizacji nie ma zbyt wiele, jest raczej swego rodzaju pół-współczesna proteza staropolszczyzny. To dlatego, że języka z epoki dziś byśmy nie byli w stanie "przetrawić"?

To decyzja, którą każdy autor musi podjąć na samym początku pracy. Czytałam trochę współczesnych powieści historycznych, w których autor nie używał stylizacji i wydawały mi się uboższe od stylizowanych. Do kostiumu historycznego pasuje trochę inny język. Z drugiej strony: stylizując, można popaść w przesadę, co i mnie się zdarzyło. Po lekturach dzieł z epoki - bo czytałam też listy, książki kucharskie czy dotyczące gospodarstwa domowego - byłam tak przesiąknięta staropolszczyzną, że napisałam coś, przez co trudno było przebrnąć. Na pierwszych pięćdziesięciu stronach umieściłam sto przypisów i dopiero wydawca przywołał mnie do porządku. Założyłam, że będę używać słów, które mogli znać współcześni, niemal każdą wątpliwość konsultowałam ze słownikiem. Na przykład miałam ochotę napisać: „Przygotowania do wesela szły pełną parą”. Ale ten zwrot narodził się w drugiej połowie XVIII wieku, wraz z pojawieniem się maszyn parowych. Musiałam go zmienić.     

Dlaczego właśnie XVIII wiek? 

Właściwie to miałam ochotę napisać o czasach stanisławowskich. Dużo się wtedy działo, historycy kochają ten okres, dzięki czemu mamy mnóstwo opracowań. Ale poszukując bohatera i miejsca akcji zanurkowałam o jedno pokolenie głębiej.

A jednak Twoi bohaterowie są w gruncie rzeczy dosyć współcześni. Pół biedy mężczyźni, którzy do wyskoków jeszcze mieli prawo - tak w literaturze, jak i w życiu. Ale u Ciebie szlachetnie urodzone białogłowy ulegają chuciom niemalże na równi z kobietami z pospólstwa…

Nie rozumiem, skąd wniosek, że wszystkie kobiety doby staropolskiej były mniszkami. Oczywiście wiele z nich ulegało panującemu zwyczajowi, że mąż jest głową rodziny i ma w związku z tym pełną swobodę, ale mamy całkiem sporo przykładów, że kobiety świetnie sobie radziły z niewygodnymi zwyczajami i w razie potrzeby doskonale potrafiły je obejść. A zdrady i rozwody były bodaj częstsze niż dziś.

Warstwa obyczajowo-rozrywkowa to jedna rzecz. Ale mam też wrażenie, że jako pisarka-społeczniczka chcesz również przez tę powieść coś poważniejszego współczesnemu czytelnikowi powiedzieć. 

Synowie kasztelana wyjechali w podróż po Europie i mogli na Polskę spojrzeć nieco z boku. Próbują tę wiedzę wcielić w życie, jednak polityczna rozwiązłość, korupcja i samowola przeżarły do cna Rzeczpospolitą i nic już się nie dało zrobić. Z ustrojem, jaki wywalczyła dla siebie szlachta, Polska od początku XVIII wieku była dla silnych sąsiadów łakomym kąskiem do schrupania. Aż dziwne, że rozbiory nastąpiły tak późno. Przypomnijmy, że były lennik Polski, Fryderyk I, od 1701 roku król Prus, już w rok po swej koronacji zaproponował rozbiór Polski. Zabawne, uratowała nas przed nim Rosja, a i to tylko dlatego, że sądziła, iż nie będzie się musiała Polską z nikim dzielić. Niepodległość jest wypadkową sojuszy, odwagi rządzących, silnej gospodarki, społeczeństwa, które tej niepodległości pragnie. Czy dziś byśmy o nią walczyli, czy też w obronie życia swojego i swych bliskich uciekli, gdzie pieprz rośnie? Mam wrażenie, że patriotyzm umarł.

Jeden z Twoich bohaterów mówi: Nie chciało się płacić podatku na własne wojsko, trzeba cudze pod swoim dachem przyjmować. Żeby było zabawniej, te słowa wypowiada obcokrajowiec, szlachcic - utracjusz i blagier… Tak dzisiaj powinniśmy rozumieć patriotyzm? Tak Ty go pojmujesz - jako płacenie podatków, spełnianie obywatelskich obowiązków i dbanie o najbliższe otoczenie? 

Właśnie tak! Ale też potrzebne jest dbanie o życie społeczne w najbliższym otoczeniu. Wielokrotnie słyszę, jak ludzie mówią: „U nas się nic nie dzieje”, a to znaczy tyle, że nie interesują się ofertą kulturalną w swojej okolicy oraz niczego dla środowiska nie chcą zrobić. Wyczuwam taki nieprzyjemny marazm. Traktujemy swoje otoczenie, jakby do nas należało. Nie dbamy o porządek, nie kultywujemy więzi społecznych. Nie znamy nawet swoich sąsiadów! Siedzimy, wpatrzeni w ekrany laptopów, nie wiedząc, co dzieje się na naszym osiedlu.   

Fakt, słabo nam codzienny patriotyzm dzisiaj wychodzi. Wciąż potrafimy się zmobilizować jedynie w obliczu najwyższej konieczności? W obliczu wroga u bram albo perspektywy wielkiej klęski?

A nawet, jeśli coś nam wychodzi, to natychmiast zdarzają się ludzie, którzy to zohydzają, bo tak im się podoba albo chcą ubić na tym swój interes. Zobaczmy, co się dzieje z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. To zdaje się jedyna taka akcja w świecie i co? Pewnym środowiskom bardzo nie na rękę. 

Skoro już przy patriotyzmie i powinnościach jesteśmy - czy dziś literatura faktycznie ma służyć przede wszystkim rozrywce za wszelką cenę? Literatura trudniejsza skazana jest na pozostawanie w niszy?

Winnego szukałabym u samej góry. Nasze państwo: prezydent, rząd i parlament mają w nosie kulturę. Jeśli się nie rozwija kultury, wychowuje się naród ciemniaków. To wygodne, bo o ile łatwiej zarządzać taką bezrozumną masą, która nie podda władzy krytycznej ocenie. Rozwijanie kultury, w tym czytelnictwa, to w gruncie rzeczy walka o prorozwojowe, innowacyjne społeczeństwo. A u nas trwa kontredans ukłonów, uśmiechów i pustych gestów oraz budżetowych łatanek. Byle nie rozdrażnić, byle dotrwać do następnych wyborów. Kultura w dużej mierze jest pozostawiona samej sobie. W takiej sytuacji obronią się tylko dzieła skierowane do masowej publiczności. Nie ma się co dziwić wydawcom, że walczą o przetrwanie, publikując coraz słabsze pozycje. Trawestując byłą panią minister: „Takie mamy społeczeństwo”. Wielokrotnie mówią mi czytelnicy na spotkaniach: „Ja od literatury nie oczekuję myślenia, bo myśleć to ja muszę w życiu”. Nawet ludzie czytający się do tego przyznają!

Ale żeby nie popadać w przesadę, wiele ambitnych książek znajduje jednak swoich czytelników. Nasz reportaż ma się świetnie! Zaczęło się też systemowe wspieranie czytelnictwa przez Instytut Książki. Zastanawiam się jednak, czy nie zbyt późno, kiedy wyrosło nam już pokolenie ludzi nieczytających. A jest to aż sześć milionów Polaków!  

Myślisz, że Fortuna i namiętności ma szansę trafić do równie szerokiego grona czytelników, co najpopularniejsze Twoje książki?

Mam wobec tej powieści wielkie oczekiwania, które potwierdzają moi męscy czytelnicy. Pierwszym był mój mąż. On nigdy nie czyta mnie przed wydaniem. Tym razem go poprosiłam. Przeczytał Fortunę i namiętności w osiem godzin. Liczę więc na to, że moje czytelniczki pozostawią moją powieść na stolikach nocnych swoich mężów i w ten sposób zyskam nowych czytelników. Skoro czytuje się kryminały pisane przez coraz u nas liczniejsze kobiety-autorki, to czemu nie dać szansy powieści przygodowej napisanej przez kobietę?  

Być może pewnym łącznikiem ze współczesnymi powieściami obyczajowymi - a więc i czytelniczkami wcześniejszych Twych książek - są tak zwane "momenty", choć uczciwie przyznam, że nie było ich tak wiele, jak sugerują celebryci w swoich wypowiedziach o tej książce. Nie mogło się bez scen erotycznych obyć?

Gdybym całkowicie pominęła seks, to chyba wtedy powieść byłaby nieprawdziwa? Na dodatek zauroczyły mnie historyczne opisy wspomagania się mężczyzn przed decydującymi momentami. Nie mieli Viagry, a chcieli być jurni. Ratowali się więc na różne, czasem niebezpieczne sposoby. Mój kasztelan sięga na przykład po hiszpańską muchę. Trochę się tu bawię w dekonstrukcję różnych mitów. Tu nimfomanka w ciąży, tam kat w depresji… 

Potrzebujemy nowej "Trylogii"? Nie łatwiej by było napisać kolejną sagę rodzinną, która - niesiona popularnością wcześniejszej Twojej serii - byłaby również skazana na sukces?

Za dużo jest dzisiaj schlebiania w literaturze. Powieść nie powinna służyć tylko i wyłącznie relaksowi, a autor nie powinien wyłącznie się wdzięczyć do czytelników. Problem w tym, że społeczeństwo przestało traktować pisarzy jak swych przewodników duchowych. Zostaliśmy zdegradowani do roli trefnisiów.

Fortunę i namiętności na razie zaprojektowałam na dwa tomy, ale nie wykluczam dłuższej wędrówki przez dzieje Polski pod tym właśnie tytułem. A że fortuna kołem się toczy, różne mogą być losy moich bohaterów, podobnie jak różne targają nimi namiętności. Wydaje mi się, że odwykliśmy od doszukiwania się drugiego dna w literaturze. Wszystko stało się zbyt dosłowne. To wina złego nauczania języka polskiego.   

A jak moi bohaterowie odnaleźliby się w rzeczywistości współczesnej? Pozwolę sobie przypomnieć, że kilka moich powieści rozgrywa się współcześnie. Może to jest skarlała rzeczywistość, ale niestety jedyna, jaką nam dano. 

Właśnie: nie kusi Cię, by chociaż na chwilę porzucić przeszłość? Powrócić do teraźniejszości lub chociaż nie tak odległej przeszłości?

Uległam już tej pokusie. Kończę właśnie powieść autobiograficzną, która rozgrywa się w czasach mojego dzieciństwa. Myślę też o klasycznej powieści obyczajowej, ale to po napisaniu drugiego tomu Fortuny i namiętności, którego tytuł będzie brzmiał Zemsta, a premiera zaplanowana jest na przyszły rok.  

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy