Andrzej i Mikołaj Grabowscy. Jedno źródło, dwa różne nurty życia.

Autor: Damian Kopeć
Okładka publicystyki dla Andrzej i Mikołaj Grabowscy. Jedno źródło, dwa różne nurty życia. z kategorii Brak kategorii

Andrzej Grabowski urodził się w 1952 roku, podobnie jak jego sześć lat starszy brat Mikołaj w Chrzanowie. Znany jest jako aktor filmowy, teatralny, kabaretowy i telewizyjny, stand-uper oraz wokalista. Starszy brat, Mikołaj Grabowski, w pewnym stopniu wzór do naśladowania dla młodszego, oprócz aktorstwa wybrał również udaną karierę reżysera teatralnego i pedagoga. Bracia zawsze byli i są ze sobą blisko. Razem też występowali, współpracowali na scenie. Są do siebie podobni, a jednak różni. Od zawsze łączyła ich przyjaźń, kiedyś z pewnością inna niż obecnie. Różnica wieku - tak dobrze widoczna, kiedy byli w wieku szkolnym - sprawiała, że kiedy jeden zdawał maturę, drugi dopiero zmagał się z wiedzą w szkole podstawowej. To duża różnica: mieć dwanaście czy sześć lat, osiemnaście czy dwanaście. Teraz, w wieku dojrzałym, odległość taka nie ma już tej wagi, tego znaczenia co kiedyś. Czasami nawet niektórzy zadają pytania, kto jest starszy w tym gronie: Andrzej czy Mikołaj? Cóż, nierzadko czas bardzo skutecznie zaciera całkiem spore różnice w datach urodzenia.

Alwernia - ciągle żywe miejsce szczęśliwego dzieciństwa

Miejsca potrafią wywierać na ludzi z nimi związanymi wielki wpływ. Taki, który z czasem nie przemija, pozostaje, choć ulega różnym przemianom. Takim miejscem dla braci Grabowskich była i nadal jest Alwernia nad rzeką Regulką. Niewielkie miasteczko na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej, gdzie stał ich dość zamożny dom rodzinny. Mieli chociażby łazienkę, co nie było w okolicy często spotykane.

Miasteczko przede wszystkim kojarzy się z klasztorem oo. Bernardynów i można by rzec, że to w jego cieniu upłynęło braciom Grabowskim pierwszych kilkanaście lat życia. Od roku 1993 Alwernia posiada już prawa miejskie, choć liczy niecałe cztery tysiące mieszkańców. We wspomnieniach braci Grabowskich to miejsce niezwykłe przede wszystkim dzięki ludziom, którzy w nim kiedyś mieszkali. - Tak, Alwernia to nasz fundament chociażby dlatego, że wszyscy, którzy tam żyli, występowali w pojedynczym egzemplarzu. Jedynym. Tam każdy był indywidualnością. Miał swoje znaczenie i odgrywał ważną rolę. Nie było lepszych i gorszych - czytamy w książce Jak brat z bratem - rozmowie-rzece, jaką Hanna Halek przeprowadziła z braćmi Grabowskimi. Alwernia i zamieszkujące ją, tak dobrze utrwalone w pamięci braci Grabowskich jednostki, musiały mieć wpływ na ich osobowości.

W takich miejscach wszyscy się znają. Nie ma wielkomiejskiej anonimowości, nie ma naturalnej w szorstkim tłumie obojętności, są konkretni ludzie i konkretne losy. Są sprawy ważne nie tyle dla całego świata, co dla lokalnej, zamkniętej społeczności. Taka właśnie Alwernia wciąż jest żywa w pamięci braci. Odpust, odpustowe dziady, awaria pompy w jedynej w miasteczku studni głębinowej, rytuał kupowania żuru, przewożenie skrzydła samolotu przez miasto, odwiedzające miasteczko hrabianki z pobliskiego dworu Szembeków, kobieta udzielająca za niewielką opłatą nauk cielesnych - to wszystko być może drobiazgi, które choć po latach zacierają się w szczegółach, to nadal istnieją jako wydarzenia istotne dla tych, którzy je przeżyli. Coś, co kształtuje człowieka i sprawia, że jest on tym, kim jest. Miejsce urodzenia i dorastania, rodzina i krewni, ludzie, z którymi się wtedy stykamy potrafią zapaść w pamięć. Nasz dom, matka i ojciec, rodzina, ciocia Zosia, Janka Nawrocka, Kola - to nasi bohaterowie.

Pierwsze kontakty ze sztuką

Bracia Grabowscy oceniają Alwernię jako miejsce szczęśliwego dzieciństwa i młodości. Już wtedy jednak w ich podejściu do życia pojawiły się pewne różnice. Mikołaj marzył o zostaniu aktorem. Był pilny, ambitny, dbał o własny wizerunek, o schludne, modne ubranie. W rodzinie mówiono na niego picuś-glancuś. Andrzej wolał raczej cieszyć się życiem, doświadczać jego najpierw dziecięcych, a potem młodzieńczych uroków - papierosów, alkoholu. Nie interesowała go żmudna nauka, lecz raczej rozrywkowe życie.

W Alwerni miały miejsce pierwsze kontakty ze sztuką braci Grabowskich. O ile dla Mikołaja role w szkolnych przedstawieniach niosły coraz poważniejsze marzenia o występach na deskach teatru, o tyle dla Andrzeja nie było to coś ważnego. U Mikołaja z trzewi wychodziła chęć bycia w teatrze, wielka miłość do niego. U Andrzeja nie było tej namiętności, fascynacji i potrzeby, nie było to coś, bez czego nie mógłby żyć. Do dzisiaj zresztą nie traktuje teatru jako świętości, świątyni, która prowadzi do naszego wyzwolenia. Jako młodszy obserwował wybory starszych braci, Mikołaja i Wiktora, i w końcu poszedł śladami jednego z nich. Wyjechał z Alwerni, zaczął naukę w szkole teatralnej. Nie był to wybór dojrzały. Mógł zostać aktorem, naśladując Mikołaja czy naśladując najstarszego brata Wiktora pójść na geologię, ewentualnie na polonistykę. Andrzej czuł się dobry z polskiego, świetnie analizował wiersze. Potem jednak za przyczyną Mikołaja poznał szkołę teatralną. Nie aktorstwo, nie teatr - właśnie szkołę. Bardziej chciał być studentem takiej szkoły niż aktorem. Pociągało go życie w akademiku, indywidualności, wyzwolone, bezpruderyjne dziewczyny. I żadnej matematyki, chemii, tylko tak poważne kwestie, jak impostacja głosu, dykcja, wymowa. Pociągała go atmosfera i ludzie, alkohol i sposób życia na sporym luzie. - Moim niebem stały się wtedy szkoła teatralna, alkohol, kobiety, nocne lokale, zmysły, doznania, ciało - żyć, nie umierać - wspomina Andrzej Grabowski. Grzeczny, porządny, trzymany w dyscyplinie chłopak trafił do Krakowa, do artystycznego tygla. Do świata jakże innego niż ten małomiasteczkowy, jakże oddalonego od dotychczasowego, zwyczajnego, ułożonego życia. Mikołaj był ambitny i szybko zdobywał kolejne szczeble kariery szkolnej, aktorskiej. Miał jasny cel i do niego dążył. Andrzej cieszył się chwilą.

Mikołaj już w wieku szkolnym udzielał się w kółku recytatorskim, występował amatorsko na sceniem, Andrzej kształtował swoją artystyczną wrażliwość inaczej - między innymi poprzez film. Bracia Grabowscy wspominają objazdowe kino, które zajeżdżało do Alwerni raz w tygodniu. W świetlicy okna zasłaniano kocami, wieszano prześcieradła i można było przenieść się na chwilę w inny świat. Taki jak chociażby w filmie Rzymskie wakacje. Jako chłopcy bracia oglądali go (a właściwie podglądali z zewnątrz, stojąc za oknem na palcach). Gregory Peck i Audrey Hepburn „zdobywali” Rzym. Czterdzieści lat później Andrzej zagrał dużą rolę we włoskim filmie Ballada o czyścicielu szyb. Co go zdumiało, część scen zagrał dokładnie w tych samych miejscach, w których grali Peck i Hepburn. To jest dopiero magia kina! - Co prawda ja nie wyglądałem jak Gregory, a za partnerkę nie miałem Audrey, tylko świnię, ale byłem tam! - wspomina młodszy z braci.

W pamięci dziecka pozostają często filmy dla niego wówczas niezwykłe, sceny szczególne choć niekoniecznie najlepsze. Takie jak na przykład ta: pani w czarnej pięknej sukni i pan w pięknym surducie namiętnie się całujący. Erotyka połączona z pięknym obrazem - tak to pamięta Andrzej Grabowski. Utkwić w pamięci potrafi również film typowo propagandowy, taki jak obraz Kradzione nie tuczy o złodzieju nasion kapusty czy traumatyczny, zwłaszcza dla dziecka, radziecki obraz wytykający palcem złych kułaków pod znamiennym tytułem Dziedziczka. Takie właśnie pozornie drobne przeżycia pozostawiają ślad na całe życie, kształtują wrażliwość człowieka, artysty.

 

Być aktorem, reżyserem, artystą

Mikołaj ukończył studia aktorskie w 1969 roku, reżyserskie - również w krakowskiej PWST - w 1977 r. Z racji wieku doświadczył on osobiście atmosfery mrocznych wydarzeń 1968 roku. Mocno nim wstrząsnęły. Miał wówczas już za sobą pierwsze występy sceniczne. Wyjechał za granicę, do Paryża z zespołem MW2 (Młodzi Wykonawcy Muzyki Współczesnej) w którym działał wówczas wspaniały kompozytor i dramaturg Bogusław Schaeffer. To właśnie tam wiosną 1968 roku zastał go polski marzec, ograniczanie wolności, protesty studentów, szukanie wichrzycieli, zorganizowana partyjna nagonka na Żydów. Mikołaj wiedział, co się dzieje w kraju, ale tego bezpośrednio nie doświadczał aż do czasu powrotu. Nastąpiło wówczas brutalne zetknięcie się dwóch światów: zachodniej demokracji i demokracji socjalistycznej. Mocno doświadczył kontrastu zachodniego świata (paryskie lokale, muzea, ślimaki, frytki, koszule non iron, wranglery, kolorowo i przyjemnie) i podobno najweselszego baraku obozu socjalistycznego, w którym władza ludowa z zapałem broniła do ostatniego tchu (oczywiście przeciwników) jedynie słusznych pozycji (milicja robotnicza, grube kable na kształt milicyjnej pałki, przygnębienie, strach, nagonka, przemoc, donosicielstwo, szaro-buro). - Wtedy, w marcu 1968 roku, moją wiara w drugiego człowieka kompletnie się załamała - podkreśla w rozmowie z Hanną Halek. 

Andrzej takich doświadczeń, chociażby z racji wieku nie miał. Uczył się w szkole podstawowej, potem w szkole średniej w Chrzanowie. Wyprawa do liceum była dla niego sporym wysiłkiem, jeszcze większym był skomplikowany wyjazd w szeroki świat, do Krakowa. W liceum musiałem wstawać o piątej rano i zachrzaniać z góry po ciemku do stacji. Połączenia kolejowe nie były idealne, mnóstwo czasu traciło się na czekanie, a to na lekcje, a to na pociąg powrotny. To nie było łatwe, ale z pewnością hartowało ducha obu braci, bowiem Mikołaj też wcześniej uczył się w Chrzanowie. Codzienny trud, traktowany wówczas jako coś normalnego, budował pewną twardość, odporność na niełatwe warunki.

W 1974 Andrzej ukończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Krakowie. Związał się niedługo potem, i to na wiele lat, z Teatrem im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, z którym mocno związany był również Mikołaj. Choć pierwsze sukcesy osiągnął na scenie teatralnej, w pamięci szerszej publiczności zapisał się dopiero rolami filmowymi. Cóż, zasięg filmu i jego wpływ jest o wiele większy niż sztuk teatralnych. Swoją pierwszą większą rolę miał u Feliksa Falka w filmie Kapitał, czyli jak zrobić pieniądze w Polsce, gdzie wcielił się w postać Stefana Sapiei. Dopiero jednak role w serialach telewizyjnych Boża podszewka (1997), a zwłaszcza Świat według Kiepskich (od 1999) uczyniły go rozpoznawalnym. Grał często w spektaklach Teatru Telewizji, niejednokrotnie użyczał głosu postaciom z filmów animowanych takich jak Mój brat niedźwiedź, Toy Story 3 czy Kurczak Mały. Parał się polskim dubbingiem do filmów Harry Potter i Insygnia Śmierci oraz Harry Potter i Zakon Feniksa, w których wcielał się w rolę Alastora Moody’ego.

Mikołaj również próbował swoich sił nie tylko na scenach teatru. Od mniejszych ról filmowych w Stawce większej niż życie (1968) czy filmie Ocalić miasto (1976) do trochę większych w Karolu. Człowieku, który został papieżem (2004) czy Pręgach (2004). Grał w serialach (Trzeci oficer, 39 i pół) i filmach fabularnych, jednak nie traktował tego jako podstawowej swojej działalności. Tym była i jest praca reżyserska w teatrze oraz uzupełniająca ją działalność pedagogiczna. Mikołaj pracował w Teatrze im. Norwida w Jeleniej Górze i Teatrze im. Jaracza w Łodzi, był dyrektorem w poznańskim Teatrze Polskim i krakowskim Teatrze im. Słowackiego. Ostatnio przez bardzo długi okres, od 2002 do 2012 roku, związany był jako dyrektor ze Starym Teatrem im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie. W międzyczasie współpracował ze scenami zagranicznymi, ale wydaje się, że najchętniej pracuje w kraju. Większość widzów kojarzy go przede wszystkim ze sztukami które wyreżyserował i w których stworzył świetne kreacje. Można tu wymienić Opis obyczajów wg Jędrzeja Kitowicza w Teatrze STU (1990), Trans-Atlantyk Witolda Gombrowicza w Teatrze im. Jaracza, Teatrze im. Słowackiego i Teatrze Telewizji czy Proroka Ilję Tadeusza Słobodzianka w Teatrze Nowym w Łodzi (2000). Szczególnie zapadały w pamięć jego występy w sztukach tak lubianego przez obu braci Bogusława Schaeffera. Wyrazem życia teatrem u Mikołaja Grabowskiego jest pasja, z jaką gra on w niektórych przedstawieniach. Audiencja II grana jest od 45 lat, a Kwartet dla czterech aktorów - 40 lat. Czasami zmienia się któryś aktor, zmienia widownia - tekst pozostaje, choć interpretacja i wydźwięk sztuki również się zmieniają. Na tym chyba polega wielkość prawdziwej sztuki - na tym, że trwa mimo upływu lat i ciągle do kogoś przemawia.

Praca reżysera teatralnego jest czymś, co z pewnością odróżnia braci. Mikołaj jest człowiekiem, którego wizję próbują ubrać “w ciało” aktorzy. Z pewnością pomaga mu w tym fakt, że sam gra. Potrafi zatem spojrzeć na swoją reżyserską pracę z dwóch stron. Swoje doświadczenia aktorskie i reżyserskie może też wykorzystywać jako pedagog. Od 1969 jako asystent pracował na krakowskiej PWST. W latach 1998-2008 był dziekanem Wydziału Reżyserii na tej uczelni. W roku akademickim 1980-81 był starszym wykładowcą na Wydziale Aktorskim PWSFTViT w Łodzi, a w 1990 pracował w Hochschule fur Musik und Darstellende Kunst w Grazu. Od 1995 ma tytuł naukowy profesora sztuk teatralnych, co jest zapewne zwieńczeniem pewnego etapu całej dotychczasowej działalności akademickiej. Pracę dydaktyczną traktuje poważnie i widać, że przynosi mu ona dużo satysfakcji. Swoich studentów uczy tego, że najważniejsze jest kryterium sensu przedstawienia, jego logika.

Do dobrze znanych ról Andrzeja Grabowskiego należą te z Teatru STU w Krakowie, w sztukach Bogusława Schaeffera: Scenariusz dla trzech aktorów oraz Kwartet. Kojarzy się on też ze znanym spektaklem Opis obyczajów, czyli jak zwyczajnie wszędzie się miesza złe do dobrego według Jędrzeja Kitowicza, również wystawianym na deskach Teatr STU w Krakowie.

Bracia Grabowscy utrzymują ze sobą kontakt nie tylko w życiu osobistym, ale i artystycznym, spotykając się na scenach teatrów. Czasami w zawodowej podległości reżyser-aktor czy dyrektor-aktor. Potrafią na siebie nakrzyczeć, ale zawsze się dogadują i współpraca nie jest dla nich ciężarem.

Wokalista

Andrzej G znalazł coś, co w jakiś sposób wyróżnia go, tak jak reżyseria Mikołaja. Jest to śpiew.
- Trudno mi się popisać belkantem, bo go nie mam. Śpiewam jak potrafię. Jeśli ktoś to zaakceptuje – to dobrze, jeśli nie – to wyłączy płytę. Chrypię, ale nie ja pierwszy. Włodzimierz Wysocki to dopiero charczał! Albo Tom Waits. Bob Dylan też nie śpiewa, wręcz fałszuje. Nie zaliczam siebie, oczywiście, do tej kategorii, ale nie jestem też śpiewającym aktorem. Nienawidzę śpiewania aktorskiego. Bo to banał! Kiedy aktor śpiewa, że drży i drży. Wysocki, który był przecież aktorem, kiedy wychodził na scenę z gitarą, wykonywał piosenkę, a nie odgrywał na scenie teatr - zdradza Andrzej Grabowski.



Grabowski próbuje swoich sił jako wokalista jak wielu aktorów, którzy uważają, że powinni się sprawdzić w każdej artystycznej dziedzinie. Nie czuje się jednak wykonawcą piosenki aktorskiej. Nie ma takich ambicji. Piosenka Jestem jak motyl znalazła się na 1. miejscu Listy Przebojów Radiowej "Trójki". W listopadzie 2010 roku wydał swoją pierwszą płytę Mam prawo... czasami... banalnie. Znalazło się na niej trzynaście utworów, jeden pewny hit. Mikołaj przyznaje, że lubi słuchać śpiewającego młodszego brata. Podoba mu się owo mówiono-śpiewanie czyli charczenie. - W przypadku Andrzeja słuchamy bardziej tekstu. Dokonania wokalne Andrzeja są interesujące jako nasycanie piosenki słowem, tematem - ocenia sposób śpiewu brata.

Sztuka teatru

(…) być aktorem znaczy być dobrym aktorem – albo wcale

Podejście do teatru wpływa na podejmowane decyzje i traktowanie tego, co i jak się robi. Scena jest dla Andrzeja Grabowskiego przede wszystkim miejscem pracy, podobnie jak plan filmowy czy studio, gdzie nagrywa się dubbing. Pracę tę można wykonywać lepiej lub gorzej. Chodzi o to, by wykonywać ją dobrze, najlepiej jak się potrafi. Być solidnym rzemieślnikiem czyli tzw. zawodowcem. I przy okazji dobrze zarabiać na godziwe, godne życie.

- Może to banalne, ale kocham teatr -wyznaje Mikołaj Grabowski. - Spędziłem w nim 34 lata, to szmat czasu. Jestem związany z teatrem także emocjonalnie. On daje mi wytchnienie. Kiedy przestępuję próg, czuję, jakbym był w świecie sprzed lat. Owszem, zmieniły się sztuki, sposób reżyserowania, grania, ale atmosfera – niewiele.

Andrzej Grabowski, podobnie jak jego brat, lubi to, co robi, sprawia mu to radość i daje satysfakcję. - Potrzebuję mieć własne podwórko, żeby móc na nim hasać, z nim się bawić, z niego żartować - podkreśla. Miłość do teatru? Jest, choć w sumie nie taka namiętna jak u brata. Andrzej unika napompowanych słów, a może po prostu nie radzi sobie z powagą, wzniosłością, wzruszeniem. Wydaje się, że często jest na scenie sobą, bo do tego właśnie zdaje się usilnie zmierzać. - Prawdziwą sztuką jest po prostu być. Nie grać. Unikać pokazywania wszystkiego, tworzenia nieznośnego napięcia. Dobry aktor gra tak, że tego nie widać.

Nie oglądam regularnie serialu Świat według Kiepskich, ale fragmenty, które przesunęły mi się przed oczami zdają się potwierdzać to stwierdzenie: Andrzej Grabowski gra w tym sitcomie tak, że tego nie widać. Jest naturalny, czasami aż do bólu. Kojarzy mi się jednoznacznie: z butelką piwa marki piwo. Aktor stwierdza w wywiadzie

- Zawód aktora nie jest szczególny. Szewc robi buty, a aktor gra. Oduczmy się mówić, że aktorstwo to jakaś misja. Oczywiście, dobrze jest znajdować przyjemność w tym, co się robi, bo jeśli uda mi się coś dobrze zagrać i jest to sprzedawalne – mam satysfakcję.

Wydaje się, że Mikołaj trochę szerzej niż młodszy brat widzi rolę aktora, reżysera, teatru. Inna była jego młodzieńcza motywacja wejścia w ten świat. Startował do szkoły teatralnej i odpadł po pierwszej eliminacji. Rodzice nie wspierali usilnie tej jego wielkiej pasji, uważając, że aktorstwo może być miłym hobby, ale nie zawodem. Nie dostał się na socjologię, pracował i przygotowywał do ponownego egzaminu. I zdał go bardzo dobrze dzięki ciężkiej pracy i niepoddawaniu się początkowym niepowodzeniom. Doświadczył porażki, która go mocno zmotywowała, pomogła dojrzeć, dostrzec własne słabości i je pokonać. Andrzej poszedł niektórymi śladami brata, ale bez tej jego niesamowitej pasji.

Inaczej bracia widzą sens istnienia dziś teatru. Nie ma w nim wiele miejsca na idee - twierdzi Andrzej. Dla starszego z braci teatr jest ważny, jego bycie w nim zrodziło się z potrzeby wewnętrznej. Teatralna rzeczywistość jest formą życia na granicy dwóch światów, realnego i nierzeczywistego, sztucznego. - Ludzie potrzebują lustra teatru, by się móc od czasu do czasu w nim przeglądać - uważa. Dla niektórych to być może kulturalny nawyk, dla niektórych chęć pokazania się w konkretnym miejscu. Dla wielu jest to jednak coś więcej. - Ten sztuczny świat teatru jest potrzebny i temu na widowni, i temu na scenie - uważa Mikołaj Grabowski. Potrzebna jest tajemna sfera teatru.

Podobnie jednak bracia podkreślają wagę rzetelności, solidności w tym, co się robi. Podobnie widzą swoje dotychczasowe występy i oceniają dorobek twórczy. Role szczególnie warte zapamiętania?  - Jeśli jest ich pięć, to jest genialne, a jeśli jest jedna, to już jest bardzo dobrze - mówi Andrzej Grabowski. Przytakuje mu brat: - Twierdzę dokładnie tak samo. Jeśli z mojego dorobku uchowa się pięć, sześć sztuk, które zrobiłem dobrze, czyli zrobiłem tak, że cokolwiek nowego odkrywały, otwierały drzwi dotychczas nieotwarte, to mogę czuć się zadowolony.  

Bracia mają różne postury, charaktery, ambicje. Andrzej mówi o sobie: - Mam raczej naturę Greka Zorby, który potrafi tańczyć i śmiać się nawet po wielkiej katastrofie. Tak, na pewno mam tego Greka Zorbę w sobie. Życie, miłość, śmierć... Nie lubi mówić na poważne tematy, a może zwyczajnie nie potrafi?! - Dopiero niedawno stwierdziłem także, że przestaje mi powoli zależeć na tym, co o mnie myślą ludzie - wyznaje.

Dla starszego z braci powaga raczej nie jest problemem, podobnie jak mówienie o poważnych sprawach bez przymrużenia oka. Widać to również po jego bardziej przemyślanym, filozoficznym podejściu do różnych tematów, zwłaszcza aktu twórczego. Mikołaj Grabowski czuje się np. mocno związany z polskością, dylematami i problemami z nią związanymi. Poprzez nie patrzy na świat. - W mojej pracy - stwierdza - wszystkie kwestie uniwersalne były zawsze oglądane przez nasz polski układ stosunków, ten kraj był backgroundem dla wszystkich opowieści, które snułem w teatrze: była więc ziemia polska, historia polska, tradycja polska, obyczaje, stan Polski i jej współczesność. Niektórych polskość mocno ogranicza, chcą być Europejczykami, obywatelami świata, częścią Drogi Mlecznej, galaktyki czy Kosmosu. Są tacy, podziwiający skądinąd Niemców stale podkreślających swoją niemieckość, czy Francuzów dumnych z bycia Francuzami, Anglików mających hopla na punkcie angielskości. Jeśli urodziłeś się w konkretnym miejscu, to jest ono częścią Ciebie. Ograniczenie zaś czy jego brak nie jest czymś zewnętrznym. Zdaje się raczej wyrastać z mentalności konkretnego człowieka. To, co jednego ogranicza, dla drugiego potrafi być żywym źródłem energii twórczej, czego dowodem jest działalność Mikołaja Grabowskiego.

Artysta uniwersalne przesłanie może nieść tylko poprzez zakorzenienie w czymś konkretnym. Inaczej to przesłanie jest czymś takim jak abstrakcyjna miłość czy abstrakcyjne zdrowie. Jak statystyczne dwa i pół dziecka. Zdaniem Mikołaja Grabowskiego - Opowieść staje się uniwersalna dopiero, gdy wyrasta z określonego miejsca, że nie można snuć ogólnych opowieści o bycie ludzkim, i egzystencji człowieka, nie zaszczepiając się w daną glebę. Uniwersalność zrodzona z uniwersalności? Bzdura. Uniwersalność Szekspira polega właśnie na tym, że to, co stworzył, było zakorzenione tam, gdzie pisał, to samo jest u Czechowa - ton jego sztuk jest egzystencjalny, ale one wyrosły z tamtej kultury.


Ferdynand Kiepski jako wybór

Andrzej Grabowski musi zmagać się z pytaniami o swoje wybory, z próbami znalezienia się jednocześnie w dwóch odmiennych światach: sztuki i komercji. Takiego bowiem dokonał wyboru: stania w rozkroku na deskach wymagającego teatru i typowo rozrywkowej telewizyjnej oraz filmowej produkcji. Sprawił, że większość kojarzy go przede wszystkim z Ferdynandem Kiepski. AG dostrzega nie tylko finansowe korzyści z udziału w popularnym serialu. - Kiepski nauczył mnie znacznie większej swobody przed kamerą. Nie muszę sobie zaznaczać kredą czy taśmą, gdzie mam się zatrzymać, jak mam stanąć albo kiedy wolno mi improwizować. Przez te sześć lat nauczyłem się zapominać o kamerze nie tracąc czujności. Dał mi też sporą popularność - wyznaje. Wydaje się jednak, że aspekt finansowy jest niebagatelny. Dzięki roli w sitcomie rośnie bowiem, jak sam aktor podkreśla, prawdopodobieństwo, że jego wnuk będzie miał szansę dostać mieszkanie od dziadka. Uważa, że zagrać postać taką jak Kiepski wcale nie jest łatwo i nie każdy by się w tym sprawdził. Dla aktora jest to wyzwanie, a że przy okazji dobrze płatne? Łączy się przyjemne z pożytecznym. Podobnie jest z graniem w reklamach. Andrzej Grabowski gra w nich, bo mu proponują i ma okazję zarobić. Jeśli ktoś mu zazdrości, to niech przyzna, czy sam dostał odpowiednią propozycję, czy to tylko zwykła zawiść.

Według Mikołaja sitcom Świat według Kiepskich jest w pewien sposób dwuznaczny. - Niektóre odcinki zdobywają się na dystans wobec tematu, ale tylko niektóre, inne zbyt prosto opisują perypetie bohaterów, tworząc sytuację niebezpieczną - podkreśla. Chodzi o to, że widzowie identyfikują się z postaciami, traktują jak kumpli. Nie mają potrzebnego dystansu. Dla zakochanego w sztuce teatralnej Mikołaja pięćdziesiąt odcinków tego samego to byłoby... piekło. Dla niego aktorstwo to czysta przyjemność, coś co traktuje trochę po amatorsku, z entuzjazmem i radością, a nie jako obowiązek zawodowy. Ważniejsza jest dla niego praca reżysera, to jego poletko, które z radością i dumą uprawia. Wie, że ma wtedy do czynienia z literaturą, którą akceptuje, którą polubił w momencie wyboru. A co zrobić, kiedy scenariusz na następny dzień jest idiotyczny, a umowa i terminy zobowiązują do gry bez szemrania? Wobec takich sytuacji staje nierzadko Andrzej Grabowski. Słaby scenariusz, brak czasu na zmiany, napięte terminy, umowa - bierzesz wszystko albo nic.

Andrzej Grabowski wypowiada się o sitcomie bardzo różnie, widzi dobre i złe strony udziału w nim, a to może oznaczać, że nie jest to dla niego coś jednoznacznie pozytywnego. - To jest fabryka, a nie teatr - tak ocenia pracę w serialu. - My to kręcimy scena po scenie, odcinek po odcinku, kręcimy obiektami, czasami sam nie wiedząc dokładnie, o co chodzi, nie znam kolejnego scenariusza, więc po prostu robię swoje. Jak kręci się serial taki jak Świat według Kiepskich? - Przyjeżdżamy, dostajemy gotowe scenariusze, kręcimy trzynaście odcinków, wyjeżdżamy i za pół roku pojawiamy się znowu, żeby nagrać kolejną porcję sitcomu. Jednak zdaniem Andrzeja aktorzy w tym serialu posługują się głupotą - która wielu zraża do sitcomu -  żeby w konsekwencji przerodziła się ona w mądrość. 

Wydaje się, że role charakterystyczne - takie jak Ferdynanda Kiepskiego - niosą poważne niebezpieczeństwo zaszufladkowania aktora. Każdemu z nas zdarza się taka reakcja: widzimy jakiegoś aktora i automatycznie przypisujemy go do konkretnej roli. Tym właśnie w przypadku Andrzeja Grabowskiego skutkuje bycie na szklanym ekranie Ferdkiem. - Ci, którzy postrzegają mnie tylko jako Ferdynanda Kiepskiego bardzo się co do mnie mylą. To tylko jedna z moich ról. Wprawdzie najbardziej z nich wszystkich popularna, ale jedna z wielu. (…) jeśli ktoś myśli, że tę rolę łatwo zagrać – niech spróbuje. Wielu fantastycznych aktorów pojawiało się na planie tego serialu w minionych 12 latach. Nie sprawdzali się i odjeżdżali. To naprawdę trudna sztuka.

Serialowy Ferdynand Kiepski podkreśla: (…) staram się teraz mieszać różne role, żeby w końcu ich wypadkową został Andrzej Grabowski.

Nagi współczesny teatr

Ich życie od dawne jest związane z teatrem. Pewne zjawiska w tym teatrze, takie jak nadużywanie nagości, niepokoją obu braci. Teatr czy tego chcemy czy nie nieustannie się przeobraża, zmienia. Czy na lepsze? Pewne zjawiska są korzystne, ciekawe, inne to wykonanie kroku w tył lub w niewłaściwą, ich zdaniem, stronę. Zbyt dużo w teatrze współczesnym zaczyna być dosłowności, a przecież nie na tym polega prawdziwa sztuka, na pozbawieniu jej wyobraźni, tajemnicy. A tym jest na przykład wszechobecna dziś w teatrze nagość. - Genialna aktorka nie musi być naga - zauważa Andrzej Grabowski. - To wszystko jest trochę na siłę. To jest nagość wymuszona, sztuczna, nieprawdziwa i mało artystyczna. Pozbawiająca sztukę jej geniuszu. Dla Mikołaja Grabowskiego dobrze widoczna jest przemożna chęć wielu osób do zaistnienia za wszelką cenę. Coś takiego jak w pop-polityce: byle by o mnie mówili, nie ważne co.

Andrzej nie protestuje jednak ślepo przeciw nagości w teatrze, ale ona musi mieć sens. Artystyczny i emocjonalny też. Bywał jako widz na spektaklach na których wstydził się lub był zażenowany, że sam jest aktorem. Uważa, że skrajne eksperymenty można w teatrze robić, ale raczej za własne pieniądze. - Tak samo ty, człowieku, rób sobie swój wielki eksperyment teatralny tak, jak chcesz, baw się Szekspirem do woli, interpretuj go na wszystkie sposoby, ale nie bierz za to państwowej kasy. Zrób jedną taką sztukę na małej scenie, najlepiej prywatnej, i zobacz, co powiedzą widzowie. Może przy okazji zauważysz, że jest to kompletne cofnięcie się do czasów jaskiniowych.

Wiele spektakli niesie jedno tylko przesłanie: świat dzisiejszy jest do dupy, a ludzie są głupi i podli. Na tym jakby kończy się zawarta w nich analiza. Spektakle takie jawią się jako kolejny zestaw McDonalda: wtórne, oparte tylko na modnych gadżetach i formalnych ozdobnikach. Gdzie w tym wszystkim jest sens sztuki? Gdzie kryterium sensu, logika przedstawienia? Czy nie chodzi o to, by usilne poszukiwanie nowej formy nie zabijało sensu? Swoich studentów Mikołaj Grabowski uczy, że najważniejsze jest kryterium sensu, logika przedstawienia. Trudno obiektywnie oceniać innych. Dla Mikołaja otwartość na inną niż “jego” sztukę jest bowiem problematyczna. Każdy granicę wyznacza sobie sam. Teatr, zresztą nie tylko teatr, karmi się modą. Coś jest trendy, coś jest passe. Zdaniem tego doświadczonego reżysera istnieje dyktat wystawiania sztuki w taki, a nie inny sposób. Choćby po to, by liczyć się w środowisku, by zaistnieć, by o Tobie mówiono pozytywnie.

Co jest naprawdę ważne dla artysty takiego jak Mikołaj Grabowski? Wolność i oryginalność. - Oryginalność jest pierwszym warunkiem istnienia artysty - wyznaje. Dzisiejszy teatr jest często wbrew pozorom wtórny, mimo pozorów ciągłego silenia się na nowoczesność. On chce - jak zauważa Andrzej Grabowski - tylko awangardy w oderwaniu od podstaw, chce przede wszystkim tego, że wychodzi stara baba i pokazuje obwisłe łono oraz tyłek(...) Nie patrzy się wcale na to, czego chcą ludzie. A oni często chcą zobaczyć dobry klasyczny teatr, i na sztukach zupełnie nieawangardowych - co dostrzega młodszy z braci - są pełne sale widzów.

Andrzej Grabowski wskazuje też na wpływowe w mediach lobby krytyków, ludzi, którzy nierzadko skończyli tak zwany WOT czyli wiedzę o teatrze. Zawodowi aktorzy nazywają WOT Wydziałem Odrzuconych Talentów. To lobby stale próbuje wyznaczać trendy, narzucać mody, nierzadko ze szkodą dla samego teatru, dla sztuki.

Bracia nie są zachwyceni przemianami w teatrze, kierunkami jego rozwoju. Wydaje się, że ich postawa ma w sobie coś z myśli zawartej w tekście znanej piosenki o tym, żeby robić swoje. Oni z pewnością robią swoje właśnie.

Porażki zawodowe

Doświadcza ich każdy, bracia Grabowscy też się do nich przyznają. Andrzej Grabowski dostrzega swoje aktorskie kreacje kompletnie pozbawione sensu, z których finalnie nic nie wyszło. - Oczywiście, zdarzały mi się rzeczy kompletnie nieudane, które były źle przyjęte przez krytykę, publiczność też nie była zachwycona - wspomina również Mikołaj. - Bolało, ale przyjmowałem to z pokorą.

Kontrowersyjne oceny nie ominęły także wyreżyserowanych przez niego sztuk. - Są też w moim dorobku spektakle, które źle opisała krytyka, których nie uważałem za kiepskie.

A kto odpowiada za nietrafiony, nieudany spektakl? Zdaniem Mikołaja największą winę ponosi reżyser. Wydaje się, że droga życiowa, trudności życia w Alwerni i atmosfera domu rodzinnego sprawiły, że bracia nie boją się porażek. Takie zdarzenia potrafią ich wbrew pozorom wzmacniać.

Alkohol

W środowisku aktorów i twórców alkohol, ten pod względem złożonych sposobów działania dość wyrafinowany narkotyk, odgrywał i odgrywa wielką rolę. Każda okazja do picia jest dobra, choć nie pije się już - jak twierdzą Grabowscy - ani tyle co kiedyś, ani wódki, owej dawniej nieodłącznej towarzyszki “ciężkiego” artystycznego losu. Opowieści o wyczynach po spożyciu alkoholu należą jednak do dobrego tonu i ma je w swoim repertuarze zarówno Andrzej, jak i Mikołaj. Do rzeczy pożądanej należy też, od pewnego czasu, oficjalne potępienie pijaństwa, ale takie z jednoczesnym mrugnięciem okiem. Jak wspomina Andrzej: - Dawniej na planie filmowym trzy czwarte ekipy było pijane, łącznie z aktorami i reżyserem, i to było absolutnie normalne. Mnie samemu zdarzyło się to dwa razy.

Pijanym można też było występować na scenie kabaretowej. Tu również Andrzej Grabowski ma co wspominać: - Byłem podpity podczas występów kabaretowych. Organizator spoił mnie okropnie i, gdy wyszedłem na scenę, nie mogłem wydobyć z siebie głosu. W końcu powiedziałem publiczności: „Kancerta nie budiet”. Wspomnień zawodowych z alkoholem w roli głównej nie ma Mikołaj Grabowski. A może po prostu nie lubi lub nie zamierza się nimi chwalić?

Piją prawie wszyscy artyści i często z pewną dumą opowiadają o tym, co robili, kiedy wódka zaszumiała im w głowie i świat nabrał nowych treści. Słucha się  z mieszanymi uczuciami tych nie-morskich, chwiejnych opowieści o tym jak za kimś, jak w przypadku Himilsbacha, przez cały dzień gorzała chodziła. Kiedyś, w komunizmie, uzasadnieniem dla picia - zdaniem Andrzeja Grabowskiego - była szarość życia, brak wyboru, poczucie bezsilności i frustracja. Również donosicielstwo. Mówiło się, że kto nie pije, ten kapuś.

Czasy się zmieniają. Dzisiaj podobno nie pije się po spektaklu, no może ze dwa piwa, nie przychodzi się podpitym do pracy. Dobrze widziane są stwierdzenia w stylu Uważam, że alkohol w konsekwencji zabija zdolności twórcze. Choć z drugiej strony padają zdania takie jak z ust Mikołaja Grabowskiego: - Andrzej jest zdania, że umiarkowane picie alkoholu nie szkodzi w największych ilościach. I ja ten pogląd podzielam.

Cóż, stosunek do alkoholu nie musi być wcale takie jednoznaczny, a podejście braci Grabowskich jest w sumie podobne. Wiąże się to, być może, ze stosunkiem do palenia i picia w ich rodzinnym miasteczku. Już jako dzieci bracia sięgali po papierosy, które zdaniem ich cioci zupełnie nie szkodziły zdrowiu. Andrzej nigdy nie stronił od alkoholu, wspomina nawet jego spożywanie w klasztorze u jednego z zakonników. W Alwerni uważano, że sobota to dzień dla człowieka, w którym można porządnie wypić, a ulicami miasteczka wędrowali wtedy mocno zataczający się panowie. Na pewno artystyczne środowisko, w którym się obracali bracia Grabowscy, również nie zmieniło ich poglądów.

Punkty zwrotne

W takich miejscach jak Alwernia wszystko jest dużo wyraźniejsze niż w dużych miastach (...)  Mały świat, stosunkowo niewielu mieszkańców, może ograniczać, zawężać perspektywę, ale zarazem pozwala na oddech. W mieście takim jak Kraków ludzie otaczają, naciskają i trzeba się pomiędzy nimi stale przeciskać. Miasto pochłania, wrzuca w spoconą masę ludzką w której człowiek ma wrażenie zatracenia się. Patrząc na masę ludzką, zdawało mi się, że będąc jej częścią, tylko w związku z nią jestem w ogóle. A to budzi egzystencjalny niepokój i pytanie: Kim więc ja jestem naprawdę? Fascynację, ale i zaniepokojenie związane z dużym miastem przeżyli obaj bracia Grabowscy. Wydaje się, że bardziej wrażliwy był Mikołaj, który czuł się w nim gorzej, bardziej w sumie zagubiony. Dla jego niepokojów egzystencjalnych punktem zwrotnym stało się Rudno i przeżyte tam doświadczenie spokojnie upływającego czasu, wyrażające się w niespiesznie przechodzącej kurze, utykającej sąsiadce. - W Rudnie dotarło do mnie, że jestem na powrót indywidualny (...) że moje istnienie poszczególne jest faktem samym w sobie, po prostu - wspomina.

Andrzej Grabowski nie lubi wielkich miast, zwłaszcza amerykańskich. Czuje się tam jak małe ziarenko piasku w wielkich trybach. Czuje się nikim, zerem, a świat pełen kamer monitoringu przypomina mu coraz bardziej orwellowską wizję. Wychowywanie się w małym miasteczku na zawsze wpłynęło na braci. Alwernia i jej klimat ciągle powracają w ich wspomnieniach. Ciągnie ich nieustannie do miejsc spokojnych, cichych. Co pewien czas uciekają od zgiełku wielkiego miasta i towarzyszącego im w nim tłoku. I choć zawsze wracają do miasta, tam żyją i pracują, to jak morskiej bryzy raz na jakiś czas potrzebują ucieczki do spokojnego zakątka. To jest dziedzictwo Alwerni.

- Tak naprawdę tylko tam jestem nieskażony tym, co widziałem, i jednocześnie blisko wyobrażeń z mojego dzieciństwa. Rosnące tam niewielkie dęby nadal są dla mnie największymi baobabami na świecie. To mnie porusza. Wspomnienia, korzenie, miejsca, w których już wcześniej bywałem - ocenia Andrzej. Stwierdza też:

- My ciągle z Mikołajem mówimy o tej Alwerni, o tym wszystkim, co tam było, wracamy do tamtego świata, dlatego że w głębi duszy chcielibyśmy, żeby taki świat z powrotem obowiązywał. To życie bez tych stresów, które nas dzisiaj dopadają na każdym rogu, bez tej ogromnej odpowiedzialności, którą dzisiaj mamy, bez tych konieczności, które musimy wykonywać, bez tego zgiełku świata... To życie, choć nie było idealne, było lepsze.

Szukanie swojego miejsca w świecie

Każdemu z nas czasami towarzyszy refleksja nad jego miejscem w świecie, nad znaczeniem tego, co robi i po co żyje. Każdy poszukuje sensu, nawet ci, którzy najgłośniej krzyczą o zupełnym bezsensie i próbują o nim przekonać jak największą liczbę innych osób.

Dla Mikołaja Grabowskiego ma to szczególne znaczenie, poszukiwanie sensu tego, co robi i czegoś własnego, oryginalnego w swojej twórczej pasji. - Czy ktoś jest w stanie takie miejsce znaleźć? Coś, co byłoby jego własnym wkładem w rozwój kultury i cywilizacji? Czy można dzisiaj w chaosie dnia codziennego odnaleźć myśl własną, nieskalaną cudzym myśleniem? - zastanawia się Mikolaj. - Poczucie wtórności towarzyszy nam coraz częściej. Na dobrą sprawę my składamy się przecież w 99,99 procent z gotowców, które ktoś nam wciska do głowy i które mamy przyjąć jako swoje. I przyjmujemy nieomal bezwiednie. Dobrym znakiem jest już to, że ktoś próbuje sobie raz na jakiś czas uświadamiać, że słowa, myśli, zdania, które wyraża są tak naprawdę mieszaniną tego, co ktoś inny już “wymyślił”.

Posługujemy się cudzymi myślami, twierdząc, że są nasze. Czy można żyć inaczej? Ja przeciwko temu protestuję, ale widzę, że dzisiejszy świat, choćbym nie wiadomo jak daleko od niego uciekał, i tak mnie w końcu dopada.

Mikołaj Grabowski ma specyficzną odskocznię od natłoku słów innych. Jest nią Rudna, gdzie są cisza i spokój, moje dwa psy, las, staw, pola, najwyżej jakaś kura przejdzie lub zając przeleci albo kot i wtedy psy się płoszą. A może sąsiadka przejdzie, powiem jej „dzień dobry”. I tu, w wymowie tego prostego faktu czuć przemożny wpływ Alwerni. Poszukiwania chociażby chwilowej potrzeby tego, co w jednoznaczny sposób kojarzy się z dzieciństwem. Z drugiej strony mała stabilizacja dla aktywnego twórcy to za mało. - Nie wystarczyłoby mi to do szczęścia, bo ja, jak i ty, robię wszystko na zasadzie przeciwności, na zasadzie nieustającego dopełnienia siebie samego: czegoś nie mam, to tego pragnę; jeżeli miałem ostatnio na przykład zbyt dużo towarzystwa, to teraz pragnę samotności. To niekończące się dopełnianie samego siebie jest warunkiem mojego istnienia - podkreśla reżyser. Większość ludzi zdaje się pragnąć tego, czego w danej chwili nie ma. I to jest źródłem ich cierpienia: pożądanie czegoś lub kogoś, czasami zawiść. Osiągnięcie czegoś, realizacja planów chwilowo koi ów ból, ale za chwilę wraca on z nową siłą i nakazuje szukać czegoś nowego.

Refleksje Andrzeja Grabowskiego są często bardziej kosmiczne, mniej związane z pracą, którą wykonuje. Zauważa na przykład:

- Najbardziej jednak lubię czasem sobie usiąść i patrzeć w niebo, zobaczyć siebie jako cząstkę tego wszechświata, którego końca nie dostrzegam ani nie wiem, gdzie jest jego początek i nie chcę wiedzieć, ponieważ jestem za głupi na to, żeby to zrozumieć.

Andrzej lubi cieszyć się życiem, lubi alkohol, jedzenie. Aktorstwo traktuje jako zawód, a nie powołanie. Jest więcej rzeczy, które sprawiają mu radość i nie stawia wszystkiego na jedną kartę. Stwierdza wprost:

- Ja jestem dobrym kucharzem.

Brat to potwierdza, zwracając uwagę na wspaniałe pasztety czy bigos, które wychodzą spod ręki Andrzeja. Sam Andrzej przyznaje, że lubi chodzić po zielonym targu i kupować, tak trochę niepoprawnie, wszystkiego za dużo.

- Kocham gotować, a tylko jak się kocha gotowanie, można zrobić dobre potrawy; jeśli się tego nienawidzi, nigdy nic dobrego z tego nie wyjdzie.

I dodaje refleksyjnie:

- Do niczego nie można się zmuszać. Jak w całym życiu.

Obaj bracia Grabowscy mają świadomość pewnej ślepej gonitwy w życiu, która wciąga ich samych. W życiu ciągle się o coś staramy. Przez cały tydzień biegamy, marząc o weekendzie, o urlopie. Walczymy o pewien stan, który - co zadziwiające - osiągają ci, którzy za niczym nie biegają, którzy nie uznają kieratu obowiązków i zaspokajania prawdziwych czy wyimaginowanych potrzeb. I taka jest ta śmieszna prawda o nas, że my całe życie zapieprzamy, żeby osiągnąć stan tego lenia, który nie robi nic. Oni jednak nie potrafią oddać się błogiemu lenistwu. Szukają własnego sposobu na życie, ale takiego w którym istotna jest aktywność. Takiego, żeby patrząc wstecz, nie musieli wstydzić się czy czuć niesmak. Chyba im się to w jakimś przynajmniej stopniu udaje. - Nie żałuję niczego, co w moim życiu miało miejsce - podsumowuje bowiem swoje doświadczenia MG.

Dwóch braci, dwie osobowości. Dwie osoby czerpiące z tego samego źródła rodzinnego domu, atmosfery małego miasteczka. I dwa nurty życia, czasami jakże podobne, czasami zdecydowanie odmienne. Są swoistym spełnieniem ich wyobrażeń z Alwerni o tym, że każdy jej mieszkaniec był jedyny w swoim rodzaju. Oni również, każdy z osobna, są jedyni i niepowtarzalni.


Materiały źródłowe:

1. Hanna Halek Andrzej i Mikołaj Grabowscy. Jak Brat z Bratem, Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2014.

2. http://pl.wikiquote.org/wiki/Andrzej_Grabowski

3. http://pl.wikipedia.org/wiki/Mikołaj_Grabowski

4. http://pl.wikipedia.org/wiki/Andrzej_Grabowski

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy
Recenzje miesiąca
Dobry pies
Rafał Witek
Okładka książki - Dobry pies
Na gigancie
Peter May
Okładka książki - Na gigancie
Lata powyżej zera
Anna Cieplak
Okładka książki - Lata powyżej zera
Pokaż wszystkie recenzje