Poeta kontrowersji. Julian Tuwim

Autor: Beata Bednarz
Okładka publicystyki dla Poeta kontrowersji. Julian Tuwim z kategorii Brak kategorii

Żyd z polskiej rodziny

Pochodził z rodziny zasymilowanych łódzkich Żydów, w dzieciństwie i młodości nie czuł jednak z narodem żydowskim żadnej wspólnoty. Rodzice Tuwima rozmawiali ze sobą czystą polszczyzną, matka czytała Julkowi do snu polskie wiersze. W ich domu nie obchodziło się żadnych świąt: ani żydowskich, ani chrześcijańskich. Łódzkie dzieciństwo Tuwima nie było radosne i beztroskie. Rodzina wiodła biedne życie, bo tylko na takie pozwalała urzędnicza pensja ojca. Pierwsze lata przyszłego poety to z jednej strony robotnicze, szare miasto, z drugiej - dom, w którym panowała smutna atmosfera.

Było to wyjątkowo niedobrane małżeństwo - pisał Tuwim po latach w liście do siostry. - Tatuś, myślę, zlikwidował swoje istotne życie dnia 22 grudnia r. 1893 (dzień ślubu rodziców), a Mamusia zamierzała je dopiero zacząć. [...] Niezwykle ważną rolę w tym wszystkim (tj. w smutnej i posępnej nieraz) atmosferze naszego domu przypisuję tak prozaicznej sprawie, jak brak pieniędzy - wieczny brak pieniędzy! Czy pamiętasz, jak biedny Tatuś, tak ciężko harujący, był całe życie zadłużony, bo nawet na nasze skromne potrzeby nie starczyło?

 

Matematyczna tępota...

Po ojcu, który lubił gromadzić rozmaite słowniki, odziedziczył Tuwim zamiłowania lingwistyczne, a po matce miłość do polskiej poezji. Jako kilkuletni chłopiec przeżywał katusze związane ze znamieniem na policzku, rezygnując nawet z tego powodu ze wspólnych spacerów z matką. W przezwyciężeniu tej traumy nie pomagał stosunek Adeli Tuwimowej, która uważała "myszkę" na policzku syna za przekleństwo losu i woziła przyszłego poetę po różnych lekarzach, a nawet wróżkach. Przyszły poeta nie był najlepszym uczniem, szóstą klasę rosyjskiego gimnazjum musiał repetować. Największe kłopoty sprawiała mu matematyka. Tępota moja matematyczna była niemal upiorna - wspominał. Po otrzymaniu kolejnej dwói na półrocze postanowił uciec z domu. Żegnajcie na zawsze, nie jestem godny być waszym synem - napisał rozpaczliwie w liście do rodziców.

 

Syn proletariackiej Łodzi

Rewolucję 1905 roku obserwował z balkonu mieszkania wuja na ulicy Piotrkowskiej. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych poeta będzie mówił o sobie „syn proletariackiej Łodzi”. W 1907 roku wyjedzie po namowie rodziców do Warszawy, aby odpocząć od łódzkich przeżyć. Jednak w nowym miejscu stygmatyzujące znamię na policzku wzbudzało nową ciekawość, która przybierała jeszcze bardziej bezczelną i dotkliwą dla przyszłego poety postać. Negatywne myśli i doświadczenia związane z „plamą na twarzy” będą kazały młodemu Tuwimowi kryć się w murach mieszkania przez całe dnie. Lęk przed otwartą przestrzenią rozwinie się do tego stopnia, że w latach dorosłych będzie uniemożliwiać normalne życie.

O piętnie pozwalały kilkunastoletniemu chłopcu zapominać kolejne pasje, którym będzie się całkowicie oddawać. Szczególnie mocna i trwała okazała się fascynacja językiem. Ślęczał w domu przez wiele godzin wśród książek, zapisując w kajetach oryginalne pod względem brzmieniowym czy sensownym słowa. Ułożył na przykład listę liczebników od jednego do dziesięciu w blisko dwustu językach. Wyobraźnię przyszłego poety opanowywały co jakiś czas również inne „bziki”, którym będzie się z zapałem poświęcać nawet w późniejszych okresach życia.

Notatniki zabierał ze sobą na każde wakacje, na które wyjeżdżał z siostrą i matką do Inowłodza. W stacji klimatycznej leśnej spędził śliczne dni dzieciństwa i młodości, hasając po lasach i łąkach, jak wspominał po latach. W Inowłodzu po raz pierwszy doświadczył miłosnych rozterek, ale uczucie do córki adwokata z Tomaszowa nie mogło się rozwinąć, gdyż panna Hala nic o nim nie wiedziała. Chłopięcą miłością, której wierny pozostał przez całe życie, okazała się Stefania Marchwiówna. Zobaczył ją w 1912 roku na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi i zakochał się od pierwszego wejrzenia. Mieszkała w Tomaszowie Mazowieckim, niedaleko Inowłodza, co sprzyjało kontaktom w czasie wakacji. W jednej ze strof Kwiatów polskich napisze po latach:

 

A może byśmy tak, jedyna,

Wpadli na dzień do Tomaszowa?

Może tam jeszcze zmierzchem złotym

Ta sama cisza trwa wrześniowa.

 

Do mego chronicznego »rozstaffienia« przyłączyło się niebawem »rozsteffienie«

Wiersze zaczął pisać w gimnazjum w tajemnicy przed rodziną. Początkom jego poezji patronowali duchowo Arthur Rimbaud, Walt Whitman, Charles Baudelaire, którego Statek pijany deklamował z pamięci, ale za największego swego mistrza uważał Leopolda Staffa. To do niego wyśle swoje niektóre juwenilia, którymi zapełniał zeszyty w latach 1911-1918. Z tego okresu siostra zapamiętała leżący w pokoju brata porcelanowy krzyż z głową Chrystusa w cierniowej koronie. Na odwrotnej stronie krzyża wypisał Julek niebieskim atramentem: Kto raz się zgodził nieść swój krzyż, tego nań wiecznie wbijać będą - wspominała Irena Tuwim. Później będzie poeta wielokrotnie, w różnych okolicznościach, wracać do tych młodzieńczych słów.

Staff odpisał na list Tuwima po wielu tygodniach. Jego krytyczne, ale życzliwe uwagi uskrzydliły początkującego poetę, który z listu mistrza zaczerpnie potem słowa czyhanie na swego Boga i uczyni z nich tytuł pierwszego tomiku wierszy. Rozpoczęta w 1911 roku korespondencja będzie trwała czterdzieści dwa lata, aż do śmierci - paradoksalnie - młodszego z liryków.

Staff nie był jedynym poetą, do którego Tuwim wysłał swoje młodzieńcze utwory. Leśmian również odpowiedział, ale bardzo niepochlebnie wyraził się o wierszach, które złożą się wkrótce na tomik Czyhanie na Boga. Dwa lata później, w trakcie spotkania Tuwima z Leśmianem w kawiarni, okazało się, że drugi, obok Staffa, z „bogów poetyckich” wydał druzgocącą opinię, nawet nie zajrzawszy do kajeciku z wierszami przesłanymi przez młodszego kolegę po piórze.

Tuwim zadebiutował wierszem Prośba, opublikowanym w 1913 roku na łamach „Kuriera Warszawskiego”. Podpisał go inicjałami St.M., składając w ten sposób hołd dziewczynie, którą kilka lat później poślubi w łódzkiej synagodze. Wspominając szczęśliwy czas zakochania w poezji i kobiecie, napisze: Do mego chronicznego „rozstaffienia” przyłączyło się niebawem „rozsteffienie”.

 

Poeta kontrowersji

W dwudziestoleciu międzywojennym Tuwim był jednym z twórców „dyktatury poetariatu”, jak sami nazwali swój triumwirat poeci gromadzący się w kawiarni „Pod Pikadorem”. Lechoń, Słonimski i Tuwim publikowali na łamach powstałego w 1916 roku pisma młodzieży akademickiej Uniwersytetu Warszawskiego „Pro Arte Et Studio”. W 1918 r., w marcowym wydaniu, wydrukowało ono Wiosnę, która ściągnęła na Tuwima, wówczas studenta prawa, oskarżenia o pornografię i bolszewizm. Utwór kończący się słowami: Och, sławię ja cię, tłumie, wzniosłymi słowami / I ciebie, Wiosno, za to, że się zbrodniarz płodzi! wywołał prawdziwą burzę. Redakcja miesięcznika nie zaakceptowała tego wiersza do druku jednogłośnie. Utwór otrzymał tylko pięć głosów przeciw trzem (za był między innymi Jan Lechoń). Kazimiera Iłłakowiczówna opuściła spotkanie, w trakcie którego Tuwim recytował Wiosnę, jak napisała, wiersz, który głęboko ludzi gorszył, zgorszył i mnie. Zaprotestowały nie tylko studentki uniwersytetu, zbierając podpisy przeciwko ohydnym w swym wyuzdaniu elaboratom poetyckim p. Tuwima, ale także studenci, w tym późniejszy przyjaciel poety, Stanisław Baliński, zarzucający mu zgrzeszenie przeciw Pięknu. Nazwisko Tuwima za sprawą negatywnego odbioru społeczeństwa oraz prasowych publicystów endeckich pojawiło się na ustach całej Polski. Utworami wyrażającymi żywiołowy biologizm rozpoczął nową epokę w poezji, wniósł powiew świeżości. Adam Ważyk napisał, że wiersze Tuwima uderzały w zatęchłą cieplarnię młodopolską. Ale pojawiały się też głosy zgoła odmienne. Już w dwudziestoleciu, jak zauważa Piotr Matywiecki, autor biografii Twarz Tuwima, przez niektórych został poetą przyjętym, a dla innych na zawsze poetą przeklętym.

 

Znać, że człowiek ten kocha słowa seksualną wprost miłością

Pikadorczycy, którzy sprawowali władzę nad polską poezją aż przez dwadzieścia lat, bardzo się między sobą różnili, ale razem tworzyli prawdziwą „armię poetycką”, nie do pokonania przez współczesnych im pisarzy i mieli tego świadomość, bo uknuli prześmiewczą i ironiczną nazwę dla miejsca swych spotkań kawiarnianych. Nazwali je Wielką Kwaterą Głównej Armii Zbawienia Polski. Na czele poetyckiej rewolucji stanął Tuwim. Po tomiku Czyhanie na Boga szybko zrodziły się kolejne zbiory wierszy: Sokrates tańczący, a rok później Siódma jesień. Józef Wittlin pisał, że Tuwim był dla poezji polskiej po roku 1918 tym, czym dla nowoczesnego malarstwa - Cézanne. Stefan Żeromski miał zaś podobno powiedzieć Antoniemu Słonimskiemu: Ale się ten Tuwim wgryzł w język polski, tak się wzgryzł, że aż się przegryzł na drugą stronę. Słowa te można interpretować jako wyraz zachwytu nad mistrzowską polszczyzną Tuwima, ale z drugiej strony jako krytykę przerostu formy nad treścią. Słonimski nie powtórzył nigdy Tuwimowi słów Żeromskiego.

Niepospolity talent Tuwima ujawniał się także w innych dziedzinach kultury. Zanim Marian Hemar zawojował rynkiem satyryczno-rozrywkowych widowisk i teatrów rewiowych, to właśnie Tuwim był niekwestionowanym „szwoleżerem kabaretów”. Poufałość przyjaźni ani na chwilę nie osłabiła we mnie świadomości, iż obcuję z geniuszem, z człowiekiem, w którym siedzi coś nie z tego świata - pisał lwowski „batiar” Herman.

Tuwim pisał wszystko: począwszy od lirycznych piosenek, szmoncesowych dialogów, popularnych wtedy melodeklamacji, a na skeczach, monologach i szopkach skończywszy. Tworzył także oryginalne dodatki do „Kuriera Polskiego”, składające się z artykułów, ogłoszeń i recenzji o purnononsensownym charakterze. Po wojnie złożyły się one na książkę W oparach absurdu. Twierdził jednak, że ważniejsza jest dla niego poezja, ale Słonimski zauważał, iż zajmował się kabaretem nie tylko dla pieniędzy. Pisał je, bo to lubił. W drugiej połowie lat trzydziestych ujawnił się niespodziewanie nowy talent Tuwima - narodził się autor wierszy dla dzieci, jak się okazało, nieśmiertelnych. Do dziś czytanych i wydawanych.

Oprócz tego był Tuwim najbardziej znanym bibliofilem w Polsce. Kolekcjonował najdziwaczniejsze książki i skrupulatnie zapisywał w kajecikach oryginalne słowa. Rozmiłowany był w języku polskim: w jego brzmieniu, melodii i smaku. To on wymyślił zwrot „ojczyzna-polszczyzna”. Znać, że człowiek ten kocha słowa seksualną wprost miłością - zanotował po rozmowie z Tuwimem Noe Pryłucki z „Nowego Dziennika”. Przez całe życie zbierał właściwie wszystko: od absolutnych kuriozów, na przykład rozprawek o szczurach, po cenne rękopisy. Tylko pornograficzne osobliwości uważał za banalne: to może zbierać byle rzeźnik, mawiał. Po wojnie wspierał badacza historii i folkloru Cyganów - Jerzego Ficowskiego w gromadzeniu „cyganianów” i w opiece nad cygańską poetką Papuszą.

 

Całujcie mnie wszyscy w dupę

W latach trzydziestych potrafił odpłacać się swoim oponentom pięknym za nadobne.

W 1937 roku ukazał się w bibliofilskim i potajemnym nakładzie (trzydziestu egzemplarzy) Wiersz, w którym autor grzecznie, ale stanowczo uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w dupę pocałowali. Rozliczał się w ten sposób z tymi, których ekscesy i ataki były dla niego uciążliwe i nie pozwalały normalnie żyć. Każdy taki atak Tuwim odchorowywał. Z ich powodu stawał się bardzo nerwowy i lękliwy. W utworze dostaje się wszystkim, ale szczególne porachunki miał z endeckimi krytykami, którzy traktowali go przede wszystkim jako Żyda, a nie poetę, także z syjonistami widzącego w nim odszczepieńca. W rozmowie z Wacławem Solskim porówna Polskę okupowaną przez Sowietów do kurczaka, któremu poderżnięto gardło: I pomimo tego, w końcu zjadamy go ze smakiem. Ja przepadam za kurczakiem.

Wracając w 1946 roku do kraju, zmuszony był zatrzymać się w Londynie. Szukał hotelu bardzo daleko od Nieprzejednanych, Nieustępliwych, Dumnych, Szlachetnych, Bolesnych a Zaciętych, słowem – od Zasranych. Po powrocie do komunistycznego raju w willi w Aninie otrzymanej od władzy komunistycznej napisze We mgle - pamflet na niedawnych kolegów z emigracji z frazami: I rzygają do Tamizy, / I rzygają do Sekwany, / I rzygają do Hudsonu. Niepodległościową inteligencję nazywał w listach faszystowskimi skurwysynami, którzy ciągle jeszcze prowadzą tzw. krecią robotę. Oprócz ataku na Lechonia i Wierzyńskiego, paru odezw i panegiryków na cześć Lenina i Stalina Tuwim niewiele napisał, a wierzył, że powrót do Polski pozwoli mu przełamać twórczą niemoc. Stało się inaczej. Kwiatów polskich nie dokończył.

 

 

Liść z ostatniego drzewa na granicy polsko-rumuńskiej

 

Bukiety wiejskie, jak  wiadomo,

Wiązane były wzwyż i stromo.

W barwach podobne do ołtarza,

Kształt serca miały lub wachlarza

Albo palety.

 

Pierwszy września 1939 zastał Tuwimów w Świdrze. Przebywali wtedy w jednym pensjonacie z Parandowskim. Piątego dnia wojny było już wiadomo, że armia polska nie zdoła zatrzymać Niemców. Tuwimowi pozostało czekanie na śmierć lub ucieczka. Nie miał złudzeń, co go może spotkać. Poeta wraz z żoną w pośpiechu (najcenniejsze rękopisy zapakował do walizki i kazał zakopać) opuścił Warszawę, udając się przez Śniatyń do Rumunii. Przekraczając granicę, zerwał liść, aby zabrać ze sobą ostatni namacalny ślad ojczyzny. Kopertę, do której go włożył, znaleziono w archiwach. Zawierała opis: Liść z ostatniego drzewa na granicy polsko-rumuńskiej, i datę 17 IX 1939 r. Przez kilka dni musieli Tuwimowie pozostać w Bukareszcie. Stamtąd przez Włochy poeta dotarł do Francji. 24 września przekroczył granicę włosko-francuską, a następnego dnia znalazł się w Paryżu.

Po klęsce kampanii wrześniowej w stolicy Francji schronili się m.in. Tuwim z siostrą i żoną, Wierzyński, Wittlin, Słonimski, Pawlikowska i Baliński - wszyscy z kręgu Skamandra, z wyjątkiem Iwaszkiewicza, który został w kraju. Lechoń przebywał w Paryżu od 1930 roku jako radca kulturalny ambasady polskiej. Jak udało się ustalić Wiesławowi Budzyńskiemu, który swoje odkrycie opisał w książce Świątynia przodków, Tuwim z żoną zamieszkał przy ulicy Louis Codet nr 4 w siódmej dzielnicy Paryża, niedaleko wieży Eiffla. W gościnę przyjęła ich Wiera Klaczkin - emigrantka pochodzenia rosyjsko-żydowskiego, uciekinierka z rewolucyjnej Rosji, szwagierka generała Wieniawy-Długoszowskiego. W Kwiatach polskich możemy przeczytać wers upamiętniający nazwisko Klaczkin. W latach siedemdziesiątych opowiedziała Budzyńskiemu okoliczności pojawienia się i paromiesięcznego pobytu w jej mieszkaniu małżeństwa Tuwimów. Kiedy wracałam do domu zmęczona po pracy, już na korytarzu czułam wspaniałe zapachy z kuchni; jego żona lubiła gotować. Tuwim zapraszał mnie na wspólny posiłek. Ona milczała. Odniosłam wrażenie, że nie była mi przyjazna - wspominała po latach Wiera Klaczkin. Przed wyjazdem w maju 1940 roku poeta podarował z wdzięczności swojej gospodyni paryskie rękopisy kilku, jak jej powiedział wtedy, wierszy, które później, nie mając pojęcia, jaką wartość mogą przedstawiać, przekazała swojej siostrzenicy - Polce mieszkającej w Londynie. Czy ów pakiecik zwykłych, kratkowanych kartek zapisanych czarnym ołówkiem odnalazł się? Nie wiadomo.

W Paryżu poeta niewiele tworzył. Prawdziwego przypływu natchnienia doświadczył dopiero w Brazylii i potem w Stanach Zjednoczonych, gdzie napisze słynny poemat. Już pierwsze strofy pisanego w latach wojny na amerykańskiej ziemi poematu Kwiaty polskie ujawniają wszystkie cechy języka Mickiewiczowskiego ze względu na bujną obrazowość, brawurę w opisach, swojską potoczystość wiersza i nastrój opowieści nasyconej nostalgią emigranta.

 

 Geniusz Tuwima był niepomiernie większy niż jego charakter

Po napaści Związku Radzieckiego na Niemcy w 1943 roku Tuwim przystępuje do grona zwolenników Związku Sowieckiego. Zaczyna wtedy unikać „polskich faszystów”, a zadawać się nagminnie z sowieckimi agentami, m.in. Oskarem Lange i Bolesławem Gebertem, którzy organizowali poecie spotkania z czytelnikami. Kryły się za tym wynagrodzenia (co nie było bez znaczenia, gdyż Tuwim klepał wtedy biedę) i zamiar przeciągnięcia poety na swoją stronę. Współpraca z nimi rozwinęła się do tego stopnia, że Tuwimowi zupełnie rozmyła się rzeczywistość. Poróżnił się ze swoim przyjacielem, Janem Lechoniem, w sprawie Katynia. W to, że zbrodni dokonali, Sowieci, po prostu nie uwierzył. Winni nieszczęść Tuwima byli rzekomo „polscy antysemici”. Tymczasem Mieczysław Grydzewski pisał Tuwimowi: przecież endecy giną jak wszyscy inni w walce przeciw Niemcom, giną jak inni na polskich polach bitwy... Czy to naprawdę nie ma znaczenia? Komunizm był jedynym lekarstwem na taką ohydę, jaką jest antysemityzm. Gwoli takiego myślenia, literat musiał zostać „inżynierem ludzkich dusz”? Józef Wittlin mawiał podobno: niemożliwe, by taki głupi człowiek był tak wielkim poetą. Gdyby tylko miał więcej oleju w głowie! Jakiż to był ograniczony człowiek, można z nim było mówić tylko o myszach, o czarownicach, o różnych dziwactwach – i o wierszach, i wtedy była rozkosz. Czysta wściekłość mnie bierze na myśl, że można być świetnym poetą i bardzo głupim człowiekiem. Irytujące, a jednak prawdziwe.

On był wielki i głupi – tak pisał o Tuwimie dawny przyjaciel Kazimierz Wierzyński. Marian Hemar w satyrycznej rymowance napisał: Niestety zmienił się mistrz pióra, / Bo kiedyś miał na twarzy myszkę. Dziś ma szczura. Zacytujmy jeszcze: Na nic talent poety, gdy on w takiej roli. Hemar nie szczędził poecie gorzkich słów: Geniusz Tuwima był niepomiernie większy niż jego charakter. A kiedy indziej dodawał: Geniusz Tuwima nie wrócił do kraju, na służbę wroga. Geniusz został bowiem na przymusowej emigracji w Stanach Zjednoczonych. Człowiek przybył do kraju służyć reżimowi komunistycznemu. Tuwim po powrocie do Polski nie stworzył już utworów na miarę przedwojennych i wojennych. W latach 1946-1953 napisał zaledwie kilkanaście wierszy, on najpłodniejszy z płodnych w dwudziestoleciu międzywojennym. Służąc reżimowi, zatracił wenę. Nie bez przyczyny przyjaciele oburzyli się na publikacje i powrót Tuwima do kraju zagarniętego przez Sowietów. Miliony istnień ludzkich wymordowanych przez komunistów nie wzruszały Tuwima. Dziarsko utrwalał władzę ludową w kulturze. Nawet Maria Dąbrowska, obserwując zachowanie poety na kongresie zjednoczeniowym partii komunistycznych, wyrażała zdziwienie: Wyglądał jak stary lichwiarz [...], krzyczał i klaskał, i wstawał, a oprócz tego co chwila wyrzucał w prawo i lewo pięść. Miał wtedy już 54 lata, naiwny nie był. Bohdan Urbankowski w filmie dokumentalnym Errata do biografii, poświęconym Tuwimowi, stwierdza, że autorowi Kwiatów polskich oraz innym wielkim twórcom i humanistom nie przeszkadzało, że w tym samym mieście, gdzie akurat odbywa się spotkanie z czytelnikami, dwie ulice dalej UB strzela komuś w potylicę, np. rotmistrzowi Pileckiemu.

Wydaje się, że w tym służeniu reżimowi było dużo cynizmu (w końcu władza zapewniała mnóstwo przywilejów), ale i też swego rodzaju wiary w komunizm, którą być może na chwilę zachwiał pogrom kielecki. W jednym z listów napisał bowiem: Jechałem do Polski lubelskiej, a zastałem kielecką.

Jan Lechoń po zerwaniu w 1942 roku przyjaźni nie przestał czytać wierszy Tuwima, nadal śledził jego twórczość, wiele miejsca poświęcił mu na kartach dziennika, pisał do Tuwima o jego ślepej miłości do bolszewików, katów i morderców narodu polskiego. Po śmierci autora Balu w operze zanotował - buntowniczo, ale jednak z nutą pojednania i z uczuciem: Niech Ci lekką będzie, Julku, ta ziemia polska, którąś tak źle, tak głupio, ale naprawdę ukochał.

 

 Podwójna tożsamość

W twórczości Tuwima jednym z kluczowych wątków była kwestia tożsamości narodowej. Tuwim zmagał się z tym całe życie. Przed drugą wojną światową opowiadał się za asymilacją Żydów. Dla antysemitów jestem Żydem, a moja poezja żydowska. Dla Żydów-nacjonalistów jestem renegatem, zdrajcą. Trudno! - mówił w 1924 roku dla żydowskiego dziennika „Nasz Przegląd”, odnosząc się do ataków endecji na łamach prasy, że nie pisze po polsku, tylko w języku polskim, i jednocześnie do oskarżeń Żydów o „spolszczenie”. Był autorem tekstów kabaretowych, w których wyśmiewał „żydłaczenie”, czyli charakterystyczne przekręcanie języka polskiego. Czarni, chytrzy, brodaci/ Z obłąkanymi oczyma/ W których jest wieczny lęk/ W których jest wieków spuścizna/Ludzie /Którzy nie wiedzą, co znaczy ojczyzna/ Bo żyją wszędy/Tragiczni, nerwowi ludzie/ Przybłędy - tak przedstawił społeczność współbraci Tuwim w wierszu Żydzi.

Dopiero po Holokauście Tuwim poczuł solidarność z Żydami. Tekst  My, Żydzi polscy napisał na emigracji i opublikował w sierpniu 1944 roku w londyńskim miesięczniku „Nowa Polska”, redagowanym przez Antoniego Słonimskiego. Ten swoisty lament, będący reakcją na zagładę getta warszawskiego, zadedykował matce, która w nim zginęła. Pragnął w nim wyjaśnić Żydom, dlaczego czuje się Polakiem, a Polakom - dlaczego czuje się Żydem: Jestem Polakiem, bo tak mi się podoba. To moja ściśle prywatna sprawa, z której nikomu nie mam zamiaru zdawać relacji ani wyjaśniać jej, tłumaczyć, uzasadniać. [...] Gdyby jednak przyszło do uzasadniania swej narodowości, a raczej narodowego poczucia, to jestem Polakiem dla najprostszych, niemal prymitywnych powodów, przeważnie racjonalnych, częściowo irracjonalnych, ale bez „mistycznej” przyprawy. Być Polakiem - to ani zaszczyt, ani chluba, ani przywilej. Ten wstrząsający tekst przez dziesięciolecia PRL-u ukrywano przed polskimi czytelnikami. Ukazał się dopiero w kwietniu 1989 roku w „Życiu Warszawy” w opracowaniu Wiesława Budzyńskiego. W pierwszą rocznicę powstania w getcie w Nowym Jorku odbył się wiec ku pamięci pomordowanych przez Niemców Żydów. Tuwim w nim uczestniczył i bardzo to przeżył. Przed ostatnią w życiu wieczerzą wigilijną, którą spędził w Zakopanem w gronie rodzinnym i wśród przyjaciół, ciesząc się na widok wnoszonych opłatków i wypatrując pierwszej gwiazdki, wzruszony powiedział: Bo chociaż jestem Żyd, jestem przecież Polak!.

 

 Brat, mąż i ojciec

Siostrze Juliana Tuwima, Irenie, zawdzięczamy znajomość arcydzieł angielskiej literatury dziecięcej literatury Kubusia Puchatka i Chatki Puchatka A.A. Milne’a. Irena i Julian byli kochającym się rodzeństwem. Gdy żegnałam się z Julkiem 17 grudnia 1953 r. przed Jego wyjazdem do Zakopanego, ćwierć żartem, a trzy ćwierci serio powiedziałam Mu w przypływie powrotnej fali dawnej, dziecinnej miłości, że to rozstanie skończy się dla mnie tym razem „za szafą”. Mówiąc to, nie pomyślałam ani przez chwilę o rozstaniu na zawsze. Po prostu tak jak wtedy dom, tak teraz Warszawa, opuszczona przez Julka, wydawała mi się nagle pozbawiona sensu. A myśl, że tak mogłoby zostać już na zawsze - nie do zniesienia. Dziesięć dni później Tuwim zmarł na atak serca. Przed Ireną były jeszcze ponad trzy dekady życia bez ukochanego brata i jego jarzącej się wiecznie jak choinka, musująco szampańskiej aury.

Stefanii zadedykował Siódmą jesień wydaną w 1922 roku. Tomik ułożył z wierszy, w których opowiadał historię swojej miłości do żony. Pobrali się w łódzkiej synagodze po ośmiu latach znajomości. Pozostała największą miłością jego życia, choć plotka głosi, iż miała romans z przystojnym adiutantem Piłsudskiego - Wieniawą. Była uważana za piękność. Co ciekawe, sama Stefania pojawia się we wspomnieniach osób, którzy znali Tuwimów, niezwykle rzadko, a jeśli już, to tylko w lapidarnych opisach, ukazujących ją jako niezwykle elegancką i ładną kobietę, ale małomówną i chłodną w obyciu. Niewiele wiadomo o tym, jaką żoną była. Czy tak bardzo starała się żyć w cieniu męża - sławnego poety, że przyjaciele i znajomi odsuwali ją na boczny tor, a po latach nie mogli przypomnieć sobie szczegółów na jej temat? Z osobliwą dumą często ponoć mówiła: Ja wierszy Julka nie czytam. Być może próbowała w ten sposób unikać wszelkich sytuacji, w których miałaby znaleźć się w centrum uwagi za sprawą swoich wypowiedzi o mężu i jego twórczości? Chciała być przede wszystkim muzą i kapłanką domowego ogniska. Taka rola jej prawdopodobnie odpowiadała. Opiekowała się chorowitym mężem (poeta cierpiał między innymi na depresję), a kiedy czuł się lepiej, dbała o to, by spotykał się z ludźmi. Jak twierdzi córka, chcieli mieć dzieci, ale Tuwim bał się panicznie o żonę, bo w jego rodzinie zdarzały się przypadki poważnego zagrożenia dla życia przyszłej matki. Po wojnie zdecydowali się adoptować dziewczynkę, aby jeszcze jedno dziecko osierocone w wyniku wojny znalazło dom. O jej życiu po śmierci męża opowiada córka Ewa Tuwim-Woźniak w ciekawym wywiadzie wieńczącym książkę Mariusza Urbanka. Wdowa po poecie przez około dziesięć lat mieszkała w willi w Aninie, dopóki nie musiała zwrócić domu. Mamie zostało mieszkanie na Nowym Świecie. Zamieniła je na dwa malutkie mieszkania w kamienicy w Alei Wyzwolenia. W jednym żyła ona, w drugim, identycznym, ale piętro niżej, ja z mężem. Mieszkałam tam do 1966 roku, kiedy wyemigrowaliśmy - mówi córka Tuwima w rozmowie z autorem biografii mu poświęconej. Nie udzielała się publicznie, nie zajmowała się promowaniem spuścizny Tuwima, tak jak to czyniła Janina Broniewska, nie interesowała ją rola narodowej wdowy, ale z drugiej strony nie mogła jej odgrywać, gdyż rządzący nie mieli powodu, aby przypominać o istnieniu poety, który nie spełnił ich oczekiwań - tak uważa adoptowana przez nich córka. Stefania Tuwimowa zmarła w 1991 roku. W wywiadzie Ewa Tuwim-Woźniak mówi także o strachu, jakiego ojciec nie mógł przezwyciężyć w ostatnich latach życia.

 

Barbarzyńca, który poczuł Boga

Chyba mało kto kojarzy, że autorem poruszających i znamiennych fraz: Jeszcze się kiedyś rozsmucę, Jeszcze do Ciebie powrócę, Chrystusie, jest właśnie Tuwim. Czy odnalazł Chrystusa? Czy rzeczywiście do Niego powrócił? Publicznie nigdy tego nie wyznał. Postać Chrystusa przez całe życie nie dawała mu jednak spokoju. Po wojnie na jednej z warszawskich ulic Roman Brandstaetter spotkał Juliana Tuwima. Obydwaj poeci byli pochodzenia żydowskiego. Tuwim zaprosił kolegę po piórze do restauracji. Brandstaetter, który miał już wtedy za sobą przeżycie nawrócenia na katolicyzm, tak później opisał to spotkanie: Tuwim zamawia dwie wódki. „A zagrycha?” – pytam. „Tylko niemowlęta piją wódkę z zagrychą” – odpowiada Tuwim. Pijemy. „Co słychać u Pana Boga?” – pyta. „Nie wiem, panie Julianie”. – „Czy Chrystus istniał?” – „Istnieje”. – „A gdyby udowodniono, że nie istniał?” – „To niemożliwe« – odpowiadam. „Dlaczego?” – pyta Tuwim. „Bo Chrystus musi istnieć”. Milczenie. Tuwim powtarza: „Musi istnieć?”... Woła: „Proszę jeszcze dwie wódki!”. I znów powtarza: „Musi istnieć... Musi...”. Podnosi kieliszek. „No, to pijemy na chwałę Wieczności!”. Kiedy zrobiło się późno, Brandstaetter odprowadził Tuwima do taksówki: Żegnamy się. Siada. Zatrzaskuje drzwiczki, ale natychmiast je otwiera, wychyla się z samochodu, wpatruje się we mnie życzliwym i zarazem zakłopotanym wzrokiem, i mówi: „Wie pan, pan ma rację... To musi istnieć, jest bardzo mądre...”. Uśmiecham się i przyjaźnie macham do niego ręką. Poeci spotkali się jeszcze raz 27 grudnia 1953 roku, w dniu śmierci Tuwima. W zakopiańskiej kawiarni miał on zapisać na serwetce wers nigdy nieskończonego wiersza: Dla oszczędności zgaście światłość wiekuistą, gdyby mi miała kiedyś zaświecić...

Jeden z najtrwalszych stereotypów głosi, że Tuwim był poetą religijnie obojętnym. Piotr Matywiecki, autor Twarzy Tuwima, dowodzi, że chociaż poeta nie był praktykującym wyznawcą żadnej religii, był człowiekiem religijnym: Odczuwał świętość kosmosu jako swoistą, uniwersalną, ale jednak zastępczą, religię biblijną. Przypomina również znaną frazę z debiutanckiego tomu Czyhanie na Boga: Poezja to jest [...] skok barbarzyńcy, który poczuł Boga.

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy