Ucieczka przed wolnością

Autor: frantic
Okładka publicystyki dla Ucieczka przed wolnością z kategorii Brak kategorii

Czasami chciałoby się krzyczeć za Elpenorem, jednym z żeglarzy towarzyszących Odyseuszowi w jego „podróży do wolności”: „Po coś tu przybył?! Po to, żeby wtrącić mnie z powrotem w to znienawidzone, poprzednie życie? Dobrze mi było, mogłem tarzać się w błocie i grzać na słońcu, żreć, chlać, chrząkać, kwiczeć, i być wolnym od rozmyślań i zwątpienia: „co mam czynić to, czy tamto?!” W przypowiastce Leona Feuchtwangera pt. „Odyseusz i wieprze, czyli tarapaty z kulturą” żeglarze zamienieni przez Circe w wieprze, zadowoleni ze swego nowego wcielenia robili wszystko, aby powstrzymać Odyseusza od zdjęcia z nich czaru i uczynienia ich na powrót ludźmi. W szalonym pędzie uciekali przed gorliwym wybawcą. Pełnemu dobrych zamiarów Odyseuszowi udało się złapać jednego z nich – wspomnianego Elpenora i wetrzeć w jego skórę cudowne panaceum. Zabieg ten „uwolnił” Elpenora ze skóry wieprza. Nieoczekiwana wydaje się reakcja „wybawionego”. Oskarża on Odyseusza o nękanie, dręczenie i narażanie na kolejne niebezpieczeństwa, zmuszanie do postanowień, wyborów i podejmowania decyzji. Przywrócenie ludzkiego ciała w oczach wybawiciela jest darem, a w oczach towarzyszących mu żeglarzy przekleństwem i zniewoleniem. Ta krótka anegdota stała się źródłem rozmyślań wielu współczesnych i nie tylko filozofów nad problemem emancypacji, wolności i próbą odpowiedzi na pytanie: czy wyzwolenie jest błogosławieństwem, czy przekleństwem, przekleństwem, które udaje błogosławieństwo, czy błogosławieństwem, którego lękamy się jak przekleństwa? Próba odpowiedzi na powyższe pytanie prowadzi do wyróżnienia trzech kategorii ludzi. Tych, którzy biegną ku wolności, przyjmują ją z otwartymi rękoma, dla których wolność jest błogosławieństwem, tych, którzy uciekając przed nią, wierzą, że ominie ich przekleństwo oraz tych, którzy ciągle pytają: „co mam czynić, to, czy tamto?” Dlaczego ci, którzy mieli się nią cieszyć, teraz odczuwają przed nią paranoiczny lęk, nie kwapią się z jej przyjęciem? Herbert Marcuse w okresie bezprecedensowego wzrostu bogactwa i bezpieczeństwa ekonomicznego w zamożnych krajach Zachodu, tematem swoich rozważań uczynił nie to, czy wyzwolenie się ze społeczeństwa jest potrzebne i konieczne. Jego wątpliwości wzbudził sąd, że dla społeczeństwa dobrobytu idea wyzwolenia nie miała masowego poparcia. Problem pojawia się w momencie, gdy nie chcemy poczynić żadnych kroków w kierunku wyzwolenia, wolimy biernie trwać w stanie obecnym, bo po co wkładać trud w osiąganie czegoś, co może przynieść rozczarowanie. „Wyzwolić się” znaczy oswobodzić się z więzów, które krępują lub utrudniają ruchy, poczuć swobodę ruchu lub działania. „Poczuć się wolnym” oznacza nie napotykać na różne przeszkody, przeciwności, opór lub inną formę utrudniania ruchów, które pragnęlibyśmy wykonać. Jak zauważył Artur Schopenhauer rzeczywistość jest wytworem aktu woli. Nasze działania mniej lub bardziej nieskrępowane kształtują środowisko naszego życia. Jeżeli jestem wolny, mogę używać własnej wolności dobrze lub źle. Sąd ten oznacza działanie. Wolności nie ma tam, gdzie jest pasywna, niechętna postawa do decydowania o swoim własnym losie. Obojętność świata wobec naszych zamiarów, niechęć do korzystania z własnej woli wpływa na sposób postrzegania świata – jako krępującego, ograniczającego i niepokornego. Dopiero poczucie swobody, brak ograniczeń wyznacza stan równowagi pomiędzy pragnieniami, wyobraźnią i zdolnością działania. Nasze cele nie przekraczają wtedy możliwości działania. Ową równowagę można osiągnąć w dwojaki sposób: tłumiąc w sobie pragnienia lub poszerzając możliwości aktywności. Często bywa tak, że stłumienie marzeń w samym zarodku zamyka drogę do ich realizacji, ogranicza działanie wolnej woli. Często też nie zdajemy sobie sprawy z realnych możliwości naszego działania i nie jesteśmy świadomi prawdziwych pragnień. Temat ten od wieków obecny w filozoficzno-politycznym dyskursie uczulił wielu na związane z nim dwa podstawowe problemy. Nie rzadko coś, co wydaje się wolnością obiektywnie nią nie jest. Żyjąc w zniewoleniu mimo to czujemy się wolni i zadowoleni ze swojego losu, obca jest nam potrzeba wyzwolenia. W ten sposób tracimy szansę na prawdziwą wolność. Ludzie nie zawsze potrafią właściwie ocenić swoje położenie. Drugim, szczególnie współcześnie, nurtującym filozofów problemem jest podejrzenie, że ludzie mogą po prostu nie chcieć wolności i świadomie odrzucać perspektywę wyzwolenia, lękając się udręk, które niesie korzystanie z wolności. Prawdziwa autonomia i samostanowienie nierozerwalnie związane są z podjęciem ryzyka i odpowiedzialności. Czy prosty lud, który w imię „wolności, równości i braterstwa” szedł na śmierć jest dziś przygotowany na przyjęcie wolności? Może targają nim wątpliwości, co do korzyści, które ma ona przynieść. Rozważania te zmuszają do kolejnej refleksji. Czy wspólna była idea wolności tych, którzy podczas I, czy II wojny światowej na różnych frontach walczyli w jej imię i tych, którzy świadomi znaczenia słów „Arbeit macht frei” z zimną krwią wypisywali to hasło na bramie obozu Auschwitz? Ci sami paląc Żydów za murami Treblinki chcieli się tylko od nich „uwolnić”. Komuniści wielokrotnie krzyczeli „Za wolność, za Stalina!”, nagminnie łamiąc prawa człowieka, m.in. wolność słowa. Oni wszyscy mieli na ustach słowo „wolność”, ale każdy rozumiał je inaczej. Pojęcie to nadal sugeruje wieloznaczność. Tak długo ludzie o nią walczyli, a kiedy upragniona wolność nadeszła, często stanowi dla przeciętnego trybiku źródło niewoli. Czym jest właściwie ta wolność, skoro tak jej pragniemy i tak przed nią uciekamy? Odpowiedź na to pytanie sprawia trudność i wywołuje zwątpienie. Jakiś czas temu dla celów pracy oraz z własnej „babskiej” ciekawości zapytałam kilka osób: czy czujesz się wolną (wolnym)? Większość bez wahania odpowiedziała, że oczywiście, przecież tylko wolny człowiek jest szczęśliwy. Po chwili jeden z pytanych spędził noc w pracy nad zleceniem szefa, bo przecież nie wypada inaczej, „wolna żona” zrezygnowała ze spotkania z koleżankami, aby spędzić południe gotując zupę, żeby nie była za słona, inny z pytanych życiowy smutek zatopił w kolejnym kieliszku wódki, a jeszcze inny odmówił wzięcia udziału w wyborach parlamentarnych, a nazajutrz narzekał na godną pożałowania sytuację polityczną w Polsce. Odpowiedź wydawała się im tak prosta, zresztą nie tylko im. Czemu z kolei realizacja tej idei sprawia taki trud? Wydaje mi się, że wynika to z faktu, iż nie rozumiemy, czym właściwie ta wolność jest. Rok 1989 dla wielu z nas przyniósł zderzenie się marzeń z rzeczywistością pod wieloma względami lepszą od tego, co było, ale też stawiającą przed nami nowe pytania i problemy. Tak bardzo tęskniliśmy za lepszym, wygodniejszym życiem, przez wielu kojarzonym z wyzwolonym Zachodem, za pełną wolnością i sprawiedliwością. Symbole religijne i narodowe, które jednoczyły w walce z autorytarnym systemem były wspólną własnością i nie zadawano wtedy pytań, co będzie, jeśli staną się one częścią prawa państwowego. Formalna demokracja jawiła się jako wystarczający gwarant wszelkich pożądanych wolności. A kiedy wreszcie nadeszła, przeobraziliśmy się z ludzi, szukających odpowiedzi na pytanie, „co czynić, to, czy tamto” w zespoloną masę, uciekającą przed darami wolności. Zagwarantowane w konstytucji z 1997 roku wolności i prawa obywatelskie w wielu przypadkach stają się udręką Polaka. Demokracja zapewnia powszechne prawo do udziału w wyborach, czyli prawo do samostanowienia o sobie i swoim losie. Dlaczego tak wielu odrzuca to prawo, narzekając nazajutrz na pogłębiającą się sytuację na polskiej scenie politycznej. Czy mamy prawo do wyrażania własnego zdania i samostanowienia, jeśli nawzajem pozbawiamy się praw do indywidualności, inności. Nagle okazuje się jak bardzo w Polsce nieobecna jest świadomość, że państwo jest własnością ludzi o różnych światopoglądach, tożsamościach. Trudno jest zrozumieć priorytetową zasadę demokracji, że jest ona systemem chroniącym mniejszości, a nie jedynie realizującym postulaty większości. Grupowe myślenie i światopoglądowa polaryzacja nie są Polakom obce. W wolnym kraju nadal boimy się wystąpić przed osowiały tłum i krzyknąć: nie zgadzam się. Na co dzień stajemy się uczestnikami teatru zrozumienia i akceptacji różnic pomiędzy ludźmi. Czujemy się wolni, ale idących w marszach równości nazywamy dewiantami. Sprzeciwiamy się homoseksualizmowi. Nierzadko zdarza się tak, że publicznie twierdzimy, że przecież „inny” to też człowiek, a w kościele na znak pokoju chowamy przed nim rękę do kieszeni. W latach sześćdziesiątych podziwialiśmy charyzmę Martina Luthera Kinga, a na Murzynów, Żydów, czy Romów patrzymy przez pryzmat zakorzenionych w naszej świadomości stereotypów. Dlaczego prawo w sprawie aborcji ukształtowane jest w sposób antyliberalny. Wiele kobiet poprzez nie zalegalizowanie aborcji pozbawiamy prawa do decydowania o swoim losie. Po roku 1989 nagle okazało się, że zniesienie cenzury nie oznacza całkowitej wolności debaty publicznej. Tak wielu z sentymentem spogląda w przeszłość, wspominając „dobre” czasy reżimu komunistycznego, kiedy zamiast partyjnego pluralizmu byliśmy świadkami prymatu jednej partii. Sposób myślenia, poglądy, przekonania były nam podawane na tacy. Teraz musimy walczyć o nie, bronić ich. Po co nam to wszystko było - słyszymy wielokrotnie na ulicy. Społeczeństwo polskie jakby zapomniało o kilometrowych kolejkach przed sklepami, occie na półkach, a nawet o tych, którzy w imię wolności i lepszego jutra zginęli z rąk władzy komunistycznej. Uciekamy przed wolnością wywalczoną przez wiele nieugiętych serc. Jak mawiał Jan Paweł II tu chodzi o właściwe użycie wolności, a nie o strach i lęk przed korzyściami, jakie niesie. Liberalizm też w pewien sposób nas ogranicza, ogranicza ludzi XXI wieku, czyniąc ich podległymi wobec nowoczesnych standardów i reklamowanych stylów życia. Wielu świadomie wpędza się w zależność od używek takich jak narkotyki, kolejny kieliszek wódki, czy papieros. Brnąc dalej można zauważyć, że prawo państwowe, normy obowiązujące w danym społeczeństwie, reguły popularyzowane przez daną kulturę również ograniczają nasze bytowanie. Co oznacza wspomniane powyżej właściwe użycie wolności? Problem użycia wolności ma wymiar przede wszystkim zbiorowy. Wolności można używać dobrze lub źle. Z perspektywy etycznej, jeśli używam jej dobrze wpływa to pozytywnie nie tylko na mnie, ale także na moje środowisko, w przeciwnym razie rozprzestrzeniam zło w moim otoczeniu. Jest ona nierozerwalnie związana z odpowiedzialnością. Jeśli jestem świadomy swoich czynów i odpowiadam za nie, nie nadużyje wolności i skorzystam z jej dóbr we właściwy sposób. Ktoś powiedział, że wolność jest córką rozumu. W świecie bez zasad i ograniczeń wolność zmienia się w anarchię i rozprzężenie. Wszyscy wspólnie zgodzimy się, że nie ma nieograniczonej wolności. „Granicą wolności jest odległość dzieląca twoją pięść od nosa bliźniego” – trafnie powiedział stojącemu przed trybunałem pewien dziewiętnastowieczny sędzia, co do dziś cytowane jest jako jedna ze zgrabnych definicji wolności. Wolność realizuje się w obrębie prawa. Emile Durkheim podkreślał, że jednostka podlega społeczeństwu i ta podległość jest warunkiem jej wyzwolenia. Ważne jest, aby to społeczeństwo realizowało ideę prawdy, bo tylko życie w prawdzie jest naprawdę wolne. Mogłam mieć wtedy 14, może 15 lat, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o „urokach” komunistycznego ustroju Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, totalitaryzmie, braku demokracji, kartkach na żywność, cenzurze, godzinie policyjnej, czy ogromnej tęsknocie za wolną Polską. To dzięki relacjom ludzi, którzy przeżyli okres PRL-owskiej pseudowolności zaczęła się moja przygoda z pojęciem wolności, niepodległości, demokracji. Ta pierwsza styczność nie była dla mnie czymś, co mieściło się w ramach zbioru sensownych wypowiedzi, nie odsyłała do żadnej rzeczywistości, nie dostrzegałam wówczas żadnego związku między nią a moim życiem. Niezależność, niepodległość, swoboda, samodzielność, emancypacja, czy wiele innych absolutów towarzyszących pojęciu wolności obudziły we mnie fale drzemiących do tej pory pytań i wątpliwości. Dopiero słowa Alexisa Tocqueville’go zmieniły mój punkt widzenia. Twierdził on, że „kto w wolności szuka czegoś więcej niż ona sama, ten został stworzony na niewolnika”. Od chwili wpisania tych słów do mojego słownika staram się nie szukać ukrytego sensu wolności, a próbuje zrozumieć, czym ona właściwie jest i jak wpływa na moje życie. Staram się unikać pojęciowego zniewolenia. Te rozważania prowadzą do kolejnego pytania o wartość wolności w filozofii idealistycznej, czy jest ona absolutem, wieczną i niezmienną podstawą wszechświata, czy zwycięży, zaistnieje dopiero wtedy, gdy sami ją sobie przyznamy. Podejmując temat wolności jest się skazanym na długą, zawiłą podróż przez zakamarki różnych dziedzin, rozważających problem wolności, podróż w poszukiwaniu odpowiedzi na podstawowe pytania. Uważam, że jednej odpowiedzi nie można znaleźć, ale można odkryć swoją „subiektywną” wolność mimo to, że często nie jesteśmy w stanie określić swojego położenia.

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy