Władca pierścieni mnie nie porwał - rozmowa z Franny Billingsley

Autor: granice_pl
Okładka publicystyki dla Władca pierścieni mnie nie porwał - rozmowa z Franny Billingsley z kategorii Brak kategorii

Przyznałam się do wszystkiego i chcę zostać powieszona. Bardzo was proszę. Mocny początek jak na powieść dla młodzieży. W XIX wiecznej prozie, np. u Dickensa, byłby niemożliwy. Ale współczesne nastolatki są inne niż ich poprzednicy. Czy pokolenie emo, Pani zdaniem, mogłoby zobaczyć w nadwrażliwej, wyalienowanej i autodestrukcyjnej Briony swoje odbicie?

Tak, myślę, że dzisiejsza młodzież może się z nią utożsamiać. Pomysł, że Briony mogłaby siebie nienawidzić, nasunęła mi moja córka. Gdy pracowałam nad książką, była ona uczennicą szkoły średniej. Cały czas powtarzała, jak bardzo siebie nienawidzi, ale gdy zmusiłam ją, by zastanowiła się, czy tak jest naprawdę, po namyśle odpowiedziała, że nie. Musiała to sobie jednak powtarzać, by zmusić się do wykonywania rzeczy, które były dla niej przymusem (więcej się uczyć, jeść mniej itd.). I rzeczywiście tak jest – nasze dzieci są pod wielką presją. Oczekuje się od nich, że osiągną sukces, będą piękne, że dostaną się do właściwej szkoły. W efekcie wielu nastolatków „rani się”, by sprostać tym oczekiwaniom i osiągnąć to, co da im szczęście, poczucie sukcesu, podziw.

 

Czytając fragmenty o dzikości bohaterki, określanej jako dziewczyna-wilczyca, o jej łączności z nocą i księżycem nie mogłam się oprzeć skojarzeniom archetypem Dzikiej Kobiety opisanym przez Clarissę Pinkolę Estes w Biegnącej z wilkami.

 Uwielbiam tę książkę i jest bardzo prawdopodobne, że z niej właśnie zaczerpnęłam ten wątek. Praca nad Zakochaną w mroku była ciężka, pisałam ją przez dwanaście lat. W tym czasie poszukiwałam inspiracji, informacji, pomocy niemal wszędzie – gdzie tylko wydawało mi się, że mogę ją odnaleźć. Biegnąca z wilkami podsunęła mi wiele pomysłów ale żaden z nich w końcu nie wypalił. Ale pani uwaga jest zastanawiająca – pisząc tę powieść i jednocześnie czytając książkę Estes, analizowałam wręcz na sposób akademicki niektóre z folklorystycznych przekazów przywoływanych przez nią, rozważając, czy mogłabym je zastosować, ale nigdy w taki sposób nie myślałam o motywie dziewczynie-wilczycy. I co się stało? Okazuje się, że Estes jednak przeniknęła do mojej książki. Podświadomość jest cudowną sprawą!


Zakochana w mroku przenosi nas do małej wioski w Anglii. Jest początek XX wieku ale ten czas historyczny co rusz się rozmywa i traci, przechodząc płynnie się w baśniowy bezczas. To samo dzieje sie z przestrzenią. Realiom rozwijającego się przemysłu nie przeszkadza obecność fantastycznych stworzeń czy nader niesamowitych krajobrazów. Jak ważna jest dla pani przestrzeń w powieści?

Na początku Zakochana w mroku miała być opowieścią o podmieńcu. W celtyckiej tradycji jest wiele baśni i podań o wróżkach, które kradną niemowlęta i porywają je do swej krainy. Osnową fabuły miało być uprowadzenie brata głównej bohaterki do świata wróżek i podjęte przez nią poszukiwanie oraz próba dotarcia do magicznego świata (miał on być złowrogim i niebezpiecznym miejscem). Bardzo mi się ten pomysł podobał, ale nie byłam w stanie go literacko "przepracować". Jedną z przyczyn problemu była geografia: zaprowadziłam bohaterkę do tego świata, ale w żaden sposób nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak ów świat ma wyglądać. Po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że zabrnęłam w ślepą uliczkę i wtedy wpadłam na pomysł trzęsawisk, bagien. I to było to. Jednocześnie zdałam sobie sprawę, że fabuła i geografia muszą pasować do siebie jak fragmenty puzzli – muszą być połączone organiczną więzią.

Kiedy już decydowałam się zmienić miejsce akcji z krainy wróżek na trzęsawiska, postanowiłam je ukształtować na wzór mokradeł w angielskim Lincolnshire. Zaczęłam szukać informacji źródłowych, a to, co znalazłam, wprawiło mnie w osłupienie. Moja opowieść już tam była, prawie gotowa czekała na mnie. Teren tych mokradeł w ciągu stuleci był wielokrotnie osuszany, a w miejscowym folklorze zachowały się opowieści o magicznych stworach, przeciwnych tym inicjatywom i mszczącym się na intruzach, którzy chcieli im odebrać ich wodę. Bagienny Lud jest częścią tych opowieści (lekko zmodyfikowałam to imię – oryginalne brzmienie to Lud Przypływu). Tak samo Martwa Ręka, Błotnista Twarz i Błędnice. Tak więc znalazłszy geograficzne usytuowanie, znalazłam konkretny krajobraz, a w nim narracyjne elementy, które uruchomiły akcję powieści (główny konflikt) i pomogły mi zbudować fabułę. Nadzwyczajne odkrycie.

 

Pani ulubione książki to baśnie H. Ch. Andersena, Once on A Time Alana A. Milne, Jane Eyre Charlotte Brontë czy Opowieści z Narni C.S. Lewisa, ale nie przepada pani za Tolkienem. Dlaczego? To dość niezwykłe jak na pisarkę fantasy.

Powinnam to skorygować. Bardzo lubię Hobbita ale rzeczywiście Władca pierścieni nigdy mnie nie porywał. Lubię  powieści, w których napędem akcji są postaci – odnajdujące siebie, rozpoznające, co jest w nich głęboko ukryte, żyjące pełnią życia. Te elementy do pewnego stopnia są obecne w trylogii Tolkiena, ale jest to przede wszystkim dzieło epickie, operujące kontrastami: ciemność contra światło czy zło wobec dobra oraz szeroką perspektywą: wielkie bitwy rozgrywają się na tle panoramicznych krajobrazów. Ja wolę książki, które operują mniejszą skalą.


Czy czyta pani swoje książki po ich wydaniu?

Nie. Raczej nie zaglądam do nich, ale kilka razy słuchałam audiobooka Zakochanej w mroku. Zakochałam się w nim już od pierwszego razu i potem nie mogłam się oprzeć pokusie odsłuchiwaniu go na nowo, kilkakrotnie. Chodzi o inny efekt. Mam wrażenie, że to nie jest moja książka. Czuję, jakbym słuchała kogoś, kto opowiada historię bardzo podobną do mojej, ale jednak inną. Oczywiście, jest to zasługa świetnej interpretacji aktorskiej. Wspaniałe przeżycie.


Fot. autorki: Miranda Pettengill.

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy