Z miłości do kiczu?

Autor: Prof. Włodzimierz Wójcik
Okładka publicystyki dla Z miłości do kiczu? z kategorii Brak kategorii

Jestem otwarty na świat;  to powinność humanisty-profesora. Nasłuchałem się sporo opinii o kiczu. Same oczywistości. A więc kicz to lichy, bezwartościowy utwór literacki czy też plastyczny. Cechuje go tandeta, łatwość konstrukcyjna, brak głębi. Widać w nim „piękno”, ale piękno uznane przez większość, przez pospólstwo. Dzieło „milutkie”, wielekroć przesłodzone, niosące ukojenie i spokój…  Kicz pokazuje świat, lub światek, wymarzony, a nie rzeczywisty. Jest to po prostu sztuka „szczęścia”, szczęścia, którego szary, prosty człowiek zazwyczaj bardzo łaknie…

Oczywiście takiego spokoju i poczucia bezpieczeństwa  nie niosą takie dzieła, jak Nike z Samotraki,  okaleczona przez Historię Wenus z Milo. U Grunewalda,  Durera czy Francisco Goyi piękno bezustannie przeplata się z tragedią, dramatem cierpieniem. Tu nie ma „makatkowego”  piękna. A jednak…

Jest w dobrym tonie – oczywiście w pewnych kręgach społeczno-zawodowych -  wyszydzać kicz. Któż bowiem nie chce uchodzić za konesera sztuki. A przecież kicz istnieje, funkcjonuje, nie można zamknąć oczu oczekując, że zniknie z pola widzenia. Istnieje;  jest zjawiskiem społeczno-psychologicznym.

Czy należy za wszelką cenę odżegnywać się od kiczu?  Ludzie na pewnym poziomie, ludzie myślący, nie zmanierowani  z pewnością tego nie będą czynić. Robią to „nuworysze”, tępi nowobogaccy.  Dla świętego spokoju gotowi  pozbyć się na przykład  uroczego obrazu Kobieta   z wachlarzem Franciszka Żmurki, na rzecz  „jakiegoś tam” Mondriana – bo tak wypada, jest w dobrym tonie w danym momencie.

Ja i kicz?

W  domu mojego dzieciństwa i mojej młodości od wielu lat wisiały bardzo przyzwoite, reprodukcje – wziętych ze skarbca  wielkiej narodowej sztuki  - obrazów Rodakowskiego i Michałowskiego. Był Grottger i Chełmoński. Ale też równocześnie  nad piecem kuchennym, nad komodą, nad stołem panoszyły się swojskie makatki chwalące gospodynią serwującą wspaniałe, „pyszne”, „zdrowe”  potrawy. W nocnych szafkach leżały setki kartek okolicznościowych: „z powinszowaniem imienin”, kartek Wielkanocnych, bożonarodzeniowych niosących niezliczoną ilość ckliwych, sentymentalnych obrazów życia.  Był też kiczowaty Chrystus w Ogrojcu. Czy to obcowanie w dziełami niejako „z różnych parafii” popsuło mi smak? Nie sądzę. Jedno wiem. „Dnie i noce” przez dziesięciolecia kontemplowałem dzieła  w muzeach  i galeriach  Paryża,  Londynu, Moskwy, Sofii, Budapesztu, Bukaresztu, Berlina, Pragi, Rzymu, Belgradu, Amsterdamu,  Hagi, Brukseli, Aten a przecież kiedy przyjeżdżałem do maminego domu, zawsze witałem z biciem serca, z radością, ze wzruszeniem typowy kiczowaty obrazek. Obrazek jak obrazek. Widać było wijącą się rzeczkę. Nad nią przerzucony drewniany mostek z poręczą. Przez mostek przechodzi staruszka niosąca z lasu na plecach w zwykłej płachcie chrust na podpałkę. W oddali prosta wieśniacza chatka. Nad tym wszystkim swojskie konary  rozłożystej lipy, wyżej niebo i lecące trzy ptaszki.

Ten obraz to pozostałość dawnych czasów kiedy to członkowie rodziny handlowali tego rodzaju „dziełami”. Dawniej  i dzisiaj przynosił mi i przynosi nadal klimat łagodności,  spokoju.  Świat jest tu uporządkowany, bez niespodzianek. Jednocześnie jest to świat WIECZNY, w którym nie istnieje czas. Nic się nie rodzi, ale nic nie umiera.

Dzisiaj jestem „dziedzicem” tego malunku pozostawionego mi przez rodziców. Jako profesor-senior powiesiłem obok niego reprodukcję Marca Chagalla. Też przedstawia zwykłe chaty i kobietę. Ale ta kobieta unosi się w powietrzu, ponad wioską. A więc koegzystencja, współistnienie.

Zresztą co tu rozdzierać szaty. Parę miesięcy temu w Muzeum Śląskim, posiadającym cudowny zbiór naszego narodowego malarstwa XIX i XX wieku, oglądaliśmy z żoną  ciekawą, pomysłowo uformowaną,  ekspozycję KICZU. Wrażenie duże…

Coś z tych rzeczy rozumiała Zofia Nałkowska pisząc niektóre swoje powieści – z odcinka na odcinek, z tygodnia na tydzień – z przeznaczeniem dla „publiczności gazetowej”, czyli dla  masowego odbiorcy.  Były to utwory najwyższej lub bardzo wysokiej rangi. Miały one jednak wabić popularnego, często bardzo prostego  czytelnika tym, że wielekroć w tytule pojawiał się rzeczownik „romans”  (Romans Teresy Hennert)   lub  podtytuł „romans prowincjonalny” (Niedobra miłość),  rzeczownik ocierający się niejako o pojęcie kiczowatości, kojarzący się z pojęciem melodramatyczności.

Nawet Granica Nałkowskiej, powieść psychologiczna, realistyczna, polityczno-społeczna i filozoficzna, ma w konstrukcji ramy kompozycyjnej coś „gazetowego”, niemal plotkarskiego. Na samym początku utworu pisarka sygnalizuje gazetowe wiadomości o skandalu obyczajowym, jaki  wstrząsnął opinią publiczną  w pewnym miasteczku Polski międzywojennej. Oto dostojnik państwowy kiedyś uwiódł  prostą dziewczynę, ta – zagubiona życiowo, psychicznie po stracie nieślubnego dziecka – wypaliła niewiernemu  kwasem oczy. On z rozpaczy popełnił samobójstwo. Temat jak znalazł dla służących. Ale za tym plotkarskim, kiczowatym komunikatem, za tą powłoką plotkarską  kryją się nieprzebrane problemy, które wymagają uruchomienia wyobraźni i refleksji nad kondycją człowieka. „Wabik”  Nałkowskiej miał całkiem szlachetne cele. Dodać należy, że znamiona kiczu pojawiają się wielekroć także u samego… Żeromskiego. Dość wskazać na niektóre elementy konstrukcyjne jego Dziejów grzechu.

W sztuce jak w życiu. Istnieją obok siebie różne wartości i jakości. We wczesnej młodości czytałem (przyznajmy: z wielkim trudem) wielkie dramaty Szekspira i Wyspiańskiego a jednocześnie Rodziewiczówną, Gąsiorowskiego, Zarzycką czy Mniszkówną.  Tych pierwszych twórców – wiadomo – literaturoznawcy wysoko stawiali. Na  drugich… raczej kręcili nosami. Mnie, zwykłemu wówczas  chłopcu, jedne i drugie dzieła nie zaszkodziły.

 Nie jestem ani kompozytorem, ani muzykologiem; jestem zwykłym, prostym muzyki wokalnej i instrumentalnej  miłośnikiem. Kiedy stokroć oglądałem i słuchałem w salach koncertowych i teatralnych Europy i Polski wielką ilość dzieł światowej rangi twórców, wielekroć zwracałem uwagę na istniejące w nich elementów kiczu. „Nic to!” – powtarzałem za Wołodyjowskim.  To co w nich bowiem  DOMINOWAŁO, to była wielka SZTUKA. A ta jest po prostu – idąc za Norwidem – „kształtem miłości”…

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy