STAND UP COMEDY - ostatni wolny głos Ameryki

Autor: Karol Kordyka
Okładka publicystyki dla STAND UP COMEDY - ostatni wolny głos Ameryki z kategorii Brak kategorii

 

 

Wszechobecna „political correction” doszła w Stanach Zjednoczonych do absurdalnych rozmiarów. Faktycznie bliżej temu zjawisku do ogólnonarodowej hipokryzji niż „dyplomatycznemu podejściu do drażliwych kwestii społecznych”.

Wojujący feminizm, hasło „molestowania seksualnego” itp. wspomagane nieklarowną i bardzo nie formalistyczną procedurą sądową, doprowadzają do absurdów typu „skazanie dziesięciolatka za molestowanie swojej koleżanki” ( klepnął rówieśnicę w tyłek) etc.

Pełne oburzenia manifestacje przeciw dyskryminacji rasowej czarnych, latynosów (rzadziej Azjatów) ostracyzm względem białych, którzy śmieją opowiadać „czarne dowcipy” („brothers’ jokes”) i wiele innych. Jednocześnie mniejszości zepchnięte są na margines, pogardzani, zepchnięci do gett, unurzani w stereotypach.

Zaś ponad wszystkim broń używana przez co sprytniejszych w chwilach niepowodzenia. „Bo jestem, czarny”, „bo jestem kobietą”, „bo jestem gejem”, „bo mam 160 cm wzrostu”... i adwersarza ogarnia blady strach, bo wie jak łatwo takim wrzaskiem rozpętać nagonkę i piekło oskarżeń niczym w „Czarownicach z Salem”.

Skutkiem tego, poprawność polityczna jest przykrywką hipokryzji, a pod płaszczykiem dojrzałości, rosną społeczne frustracje i pogłębiają się podziały, zamiast „znikać bo są złe”.

I w tym plastikowym świecie „autoinkwizycji” i kulturalnej orvellowskiej nagonki wyłoniła się grupa, której wykpiwanie zakłamania społecznego uchodzi na sucho... więcej, dostają za to poważne pieniądze, a sale podczas ich występów są niezmiennie zapełnione – STAND UP COMEDIANS.
Trudno przetłumaczyć na polski – idea polega na tym, że na scenie pojawia się jeden komik, zabawiając publiczność satyrycznym monologiem. U nas w nieco podobnej konwencji występuje Paseczny, Halama i jeszcze kilku...niemniej są to przeważnie krótkie występy w ramach większej imprezy, podczas gdy stand up comedy, to występ jednego tylko człowieka, przeważnie bez kontekstów i otoczek innych artystów, trwający od kilkunastu do kilkudziesięciu minut ( czasem nawet półtorej, dwie godziny).

Jak na satyryków przystało – są bezkarni. Wiedzą w jakim kraju żyją, jakie nastały czasy i jak wielki jest ładunek „społecznej bufonady”, aż proszącej się by spuścić z niej trochę powietrza.
Są ich oczywiście setki. Jednak prawdziwą furorę robi kilku. Wśród nich wyłowiłem trzech, moim zdaniem wybitnych. Łatwość dostępu do ich nagrań sugeruje, że nie tylko ja tak sądzę. Może się nie pomylę nazywając ich „trzonem” satyrycznej sceny USA.

Pablo Francisco – wulgarny (norma), wyjątkowo cyniczny, choć ujmujący. Jego specjalnością są parodie – niesamowita skala głosu daje świetny efekt. Przeważnie jego ofiarami pada statystyczny młody Amerykanin, popkultura w szerokim znaczeniu i stereotypowe postacie danej rasy, czy subkultury. Jego skecze podparte świetną mimiką, różnymi głosami ( i odgłosami) jakie wrzeszczy ( stęka, warczy, jęczy) do mikrofonu, sprawia że można płakać ze śmiechu, nawet kiepsko znając angielski.
Jego flagowym numerem jest parodia niskiego głosu lektora zapowiadającego nowe filmy w kinach ( „coming soon”).

Dave Chappelle – używa slangu, jednak na tyle ugrzecznionego, żeby ogół mógł go zrozumieć. Jego aparycja nie jest jakoś ujmująca, parodie głosów wychodzą mu na bardzo przeciętnym poziomie (w ogóle nieczęsto to robi), jednak prostolinijność i zarazem charyzma sprawia że publiczność za nim szaleje.
Głównym tematem jego monologów są czarni i ich problemy. Jest przez to czasem nieco nudny. Jego głównymi odbiorcami, jak łatwo się domyślić są Afroamerykanie. Sławę zyskał jednak tym, że obrywa się od niego zarówno białym, jak i „braciom”. Naganiając jednych na drugich śmieje się ze wszystkich bez żenady, nieustannie przytaczając zabawne historie z cyklu „ ja na haju i mój biały przyjaciel narąbany jedziemy samochodem i zatrzymuje nas policja”...

I wreszcie mój osobisty faworyt. Carlos Mencia. Bardzo inteligentny facet, który bezlitośnie, nieraz wulgarnie, choć niezmiennie celnie i błyskotliwie ruga codzienną głupotę Amerykanów. W jego skecze wplata szereg złotych myśli, będących nieraz remedium na „nie mówienie tego o czym wszyscy wiedzą”.
W kontekście wspomnianej „broni” ( „nie dostałem tej pracy, bo jestem czarnym/gejem/żydem/komunistą/śmierdzą mi stopy – POZWĘ CIĘ!”) Mencia wysnuł piękną zasadę – „Tu w Ameryce, to nigdy nie jest TWOJA wina. Amerykański sen o tym jak ciężką pracą się dorabiamy, został zamieniony za >>ONI zabrali mi prace<. Po czym wymienia: jeśli jesteś czarny, to białas zabrał twoją robotę, jeśli jesteś kobietą – zrobili to mężczyźni i ich złe penisy, a jeśli jesteś białym mężczyzną to zrobiły to te cholerne organizacje na rzecz emigrantów itd. itp. ... (po czym stawia pytanie „ a może jesteś po prostu głupi?!”) Nie ma dla tego człowieka tabu.
Nie ma on aparycji komika, lecz wściekłego obywatela, któremu już puściły nerwy. Swoje monologi krzyczy, syczy przez zęby z wytrzeszczem oczu i agresywną gestykulacją. Jego motto to „If i you feel offended with my jokes – fuck you!”.
Mencia promuje niespotykaną w USA ideologię śmiania się z siebie niezależnie od rasy i to z nieprzyzwoitych kawałów stereotypowych. Uważa za idiotyczne to, że np. masa białych ogląda „czarne skecze” i zaśmiewają się do rozpuchu, podczas gdy usłyszą „brother joke” przy murzynie staja jak wryci z miną „to było nieodpowiednie i złeee...on powiedział nigger i ja tego nie pochwalam”. Wg tego komika, jeśli nie umiesz się śmiać ze stereotypów, jesteś po prostu głupi i zaściankowy. (Mimo to jednak warto zaznaczyć, że repertuar tych komików jest ściśle związany z ich rasą. Francisco to biały facet – rypie więc młodzież klasy średniej i popkulturę, Chappelle jest czarny – bazuje na kawałach o czarnych i policji, z kolei Mencia jest latynosem – więc rypie wszystkich i wszystko).
To właśnie traktowanie TYCH rzeczy (stereotypów, chorobliwej prawomyślności itp.)  śmiertelnie poważnie sprawia, że są one groźne i wręcz złe, bo niszczą w nas chęć i smak życia. 

Dlatego właśnie taki tytuł tego tekstu. Ci ludzie – stand up comedians - są ostatnimi, moim zdaniem, głosami sumienia Ameryki. To co wrzeszczą na scenie, jest podstawą wyroków masy ludzi – ale nie ich. Gdyby nie byli tym kim są, już dawno wylądowaliby za kratami.
I jednak mówiąc te rzeczy, zawsze mają wiernych słuchaczy.
(To trochę jak mecz rugby Polska – Związek Radziecki, o którym opowiadał mi ojciec. Nikt nie wiedział jak w to się gra, ale można było bezkarnie wrzeszczeć na ruskich.)

Tragizm sytuacji celnie ujął cytowany wcześniej Mencia :„Jakimś cudem mam wolność słowa i z niej korzystam. Jeśli wy twierdzicie, że też ją macie – spróbujcie opowiedzieć któryś z moich dowcipów jutro w pracy”.

                                                                               
                                    

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy
Recenzje miesiąca
Drogowskazy
Wiktor Osiatyński
Okładka książki - Drogowskazy
Zadry
Dominik Rutkowski
Okładka książki - Zadry
Świat kupek
Terry Pratchett
Okładka książki - Świat kupek
Pokaż wszystkie recenzje