„Nowa" prawda to ciężar. Wywiad z Moniką Orlińską
Data: 2026-07-28 15:02:00
Czy odkrywanie rodzinnych sekretów wyzwala, czy raczej zmusza do zmiany całego życia? – Musimy podjąć nowe decyzje, odnaleźć spójność wewnętrzną, asymilować poznane fakty... Tak, nowa prawda to ciężar – przekonuje Monika Orlińska. Autorka Drzewa Adama opowiada o pamięci, tożsamości, dziedziczonych lękach i świecie, w którym rozum oraz tajemnica mogą istnieć obok siebie.
Adam wraca do rodzinnej wsi na Podlasiu i zaczyna odkrywać pewne wydarzenia z przeszłości. Czy ten powrót jest dla niego przede wszystkim próbą poznania rodziny, czy także samego siebie?
Nie wiem, jak dużo powiedzieć, żeby nic nie powiedzieć. Młodość bardzo często mija się z refleksyjnością – zwłaszcza, jeśli życie raczej głaszcze niż smaga. W przypadku Adama podróż w przestrzeni jest też podróżą w czasie, ale przede wszystkim podróżą w głąb siebie. Nie chcę spojlerować, ale czy możliwe jest poznanie siebie, jeśli nie wie się, skąd się jest? Co ukształtowało moich rodziców, bliskich, a więc także mnie? Trudno oddzielić te dwie perspektywy. Co więcej, oddalenie od codzienności pomaga otworzyć oczy na siebie samego i na inność, którą widzimy, gdy tylko wystawimy nos poza własne podwórko.
Bohater patrzy na świat racjonalnie, jak przystało na naukowca, ale jego wspomnienia nie poddają się prostym wyjaśnieniom. Dlaczego zależało Pani na zderzeniu naukowego myślenia z tajemnicą i lokalnymi wierzeniami?
Może nie tyle na zderzeniu, ile na zestawieniu. Jest w nim jakieś echo dylematu mickiewiczowskiego: czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko, ale to tylko punkt wyjścia. U mojego bohatera jedna ze ścieżek zostaje zepchnięta w niebyt, aby zostać ponownie ożywiona w nowych okolicznościach. Te dwa sposoby patrzenia na świat – ba, każde dwa na pozór przeciwstawne sposoby patrzenia na świat – mogą przecież współistnieć, wbrew temu, czego byśmy chcieli.
Często mamy o sobie samych zupełnie jasne i sztywne przekonania: jestem taki to a taki. Po pewnym czasie, na szczęście, okazują się one złudą. Na szczęście, bo umiejętność zaakceptowania zmiany własnego obrazu to cenna umiejętność i świadectwo otwartości umysłu. Mówi się, że tylko świnia nie zmienia zdania, ale – prawdę mówiąc – tkwienie w przekonaniu o własnej nieomylności przez całe życie to smutna sprawa. Aspołeczna i prowadząca do wojen. Krótko mówiąc: nic dobrego. Nie chodzi tu tylko o serce kontra rozum, ale o wszystkie inne opcje, które sobie w życiu obieramy za drogowskazy.

Mały Adaś pomaga rannej dziewczynce i dociera do miejsca, którego później nie potrafi odnaleźć. Co było początkiem tego pomysłu: baśń, wspomnienie, lokalna opowieść, a może potrzeba wprowadzenia do powieści elementu niepewności?
Ciekawe pytanie. Rzadko potrafię wyśledzić ścieżki własnego umysłu. W tym przypadku to było coś zupełnie innego – od samego początku wiedziałam, że będzie w powieści miejsce, którego nie ma na mapie. To miejsce pojawiło się razem z chłopcem, który łowił raki.
W książce prawda odsłania się powoli, poprzez wspomnienia, opowieści i kolejne fragmenty rodzinnej historii. Czy prawda zawsze daje bohaterom wolność, czy czasem okazuje się kolejnym ciężarem?
Wydaje mi się, że można zadać inne pytanie: a co to w ogóle jest prawda? Czy to jest taki przebieg faktów, który wszyscy uważają za obiektywny, czy tylko niektórzy, lub większość? A może tylko JA? To pytanie zadaję właśnie czytelnikowi. Połapianom ani prawda, ani rozumienie samego pojęcia prawdy nie jest potrzebna do życia. Ba, kiedy pojawiają się fakty, okazują się kłopotliwe. Coś by trzeba z nimi zrobić. A przecież każdy już swoje wiedział, już się w swojej prawdzie utwierdził i rozsiadł.
Prawda to ogromny temat, Drzewo Adama nie porusza nawet małej części wątków z nią związanych. To, co nazywamy prawdą, dotyczy przeszłości. Nie mówimy o prawdzie w kontekście przyszłości ani teraźniejszości: jak jest, każdy widzi. Tymczasem to, co widzimy teraz, wcale nie jest obiektywne. Interpretujemy na bieżąco, wyobrażamy sobie cudze intencje na przykład. Nie potrafimy tego nie robić. To cecha gatunkowa. Nie mówię tu o tzw. postprawdzie czy o relatywizmie, mówię o kognitywinych cechach umysłu. W polityce mówimy o prawdzie historycznej, ale w naukach społecznych wiemy, że polityka historyczna, zwłaszcza w obliczu współczesnego nawrotu ku wartościom nacjonalistycznym, w ogóle jest nie do uzgodnienia, co widzimy na przykładzie UPA w relacjach polsko-ukraińskich. Prawda osobista tym bardziej zabarwiona jest emocjonalnie, lecz tu jest to w ogóle warunek jej istnienia. Umysł przetwarza codzienne bodźce na wspomnienia o tyle, o ile wiążą się one dla niego z jakąś wagą, o ile coś znaczą. Rzeczy nieznaczące pomijamy – na tym polega selekcja. Nie zapamiętujemy, choć widzimy to, jak mocny wiatr wiał w czwartek o 14.00. Fakty znaczące zapamiętujemy, bo wiążą się z jakąś interpretacją. I ponieważ to ta interpretacja, ta waga pozostaje w nas jako wspomnienie, jako owa prawda, w każdej pamięci pozostaje odrobinę inna. I teraz – gdy jesteśmy zmuszeni otworzyć się na przyjęcie tego, czego dotychczas unikaliśmy, jesteśmy obarczeni ciężarem – i to w wielu wymiarach. Musimy podjąć nowe decyzje, odnaleźć spójność wewnętrzną, asymilować poznane fakty, włączyć je do zapisu tożsamości, aby nie ulec rozpadowi. Tak, nowa prawda to ciężar.

Przeszłość wpływa na życie kolejnych pokoleń, choć młodsi bohaterowie nie znają wszystkich wydarzeń. Jak rozumie Pani dziedziczenie rodzinnej pamięci, winy i lęku?
Informacje istotne zapisywane są w nas bardzo trwale. Nie muszę o czymś mówić, aby przenosić moje głębokie przeżycia na całe otoczenie. Tymczasem dzieci – to znowu cecha gatunkowa – są wrażliwe zarówno na to, co mówimy, jak i na milczące reakcje, niewerbalne zachowania, nieuchwytne napięcie powstające przy pewnych tematach, w pewnych okolicznościach. To ciało przenosi całkiem nieuświadomione doświadczenia między pokoleniami. Doprecyzuję: ciało to też umysł. Układ nerwowy to ciało, mózg przechowujący traumy, umysł trzewny to ciało. Jesteśmy wspaniałym, niezwykle skomplikowanym układem, przede wszystkim dzięki niezwykłym umiejętnościom społecznym – a te wymagają odbioru wielu bodźców drogami całkowicie pozarozumowymi. Noworodki bardzo szybko rozumieją radość i reagują na nią uśmiechem. W ten sam sposób odbierają lęk, zmieszanie, smutek. W procesie rozwoju poszerzamy naszą paletę pojęć i jesteśmy w stanie rozróżniać i odbierać coraz więcej sygnałów, uczymy się ich. Nie bez przyczyny w miarę upływu czasu, już jako dorośli, a często jako rodzice, rozpoznajemy u siebie coraz częściej niespodziewane wpływy naszych rodziców, zachowania, które sami kontestowaliśmy jako młodzi buntownicy. I znów: to nie jest wiedza nabyta werbalnie. Ani przez nas, ani przez naszych rodziców od ich przodków. Dlatego bardzo ważne jest kierowanie krytycznej uwagi na siebie, poszukiwanie źródeł własnych zachowań.
Podlasie zostało pokazane jako miejsce o własnym rytmie, silnej pamięci i zamkniętej wspólnocie. Co chciała Pani zachować z mentalności dawnej podlaskiej wsi?
Uważam za bardzo piękne przekazywane w długie jesienne wieczory opowieści nadprzyrodzone. O zmarłych, którzy gdzieś kręcą się jeszcze po okolicy wkrótce po śmierci, o magicznych właściwościach lasu, o jego mieszkańcach. To są przekazy, które zanikają całkowicie w kulturze Instagrama, a które tworzyły wspaniałe poczucie wspólnoty, poczucie, że nie jesteśmy tu sami, że poza materialną trudną rzeczywistością istnieje coś większego, mistycznego, potężniejszego. To niesamowicie jednoczy i zakorzenia w miejscu oraz w ludziach. Nie do końca chodziło w tym o wiarę, religię czy Boga, raczej o zwykłość nadprzyrodzonej rzeczywistości, o jej bliskość.

Elementami tej książki jest codzienność i życie lokalnej społeczności. Jak zbierała Pani wiedzę potrzebną do odtworzenia realiów tamtych stron?
Podstawy warsztatu pisarskiego to, oczywiście, obserwacja, potem czytanie, słuchanie, no i weryfikacja. Mam nadzieję, że udało się chociaż w części oddać klimat czasów i miejsca, choć osobiście mam ogromne poczucie niedosytu w tej kwestii.
Las budzi lęk, skrywa tajemnice, ale daje też schronienie i prowadzi Adama ku przeszłości. Czym jest dla Pani: konkretnym miejscem, nośnikiem pamięci czy granicą między tym, co można wyjaśnić, a tym, co pozostaje nieuchwytne?
Dla mnie osobiście? Jest pozostałością źródła: natury. Prawdziwy las, puszcza, las trochę dziki, a nie nasadzone pod linijkę trzydzieści lat temu chude sosenki, tylko solidny las mieszany, to jest jedyny dostępny nam na co dzień fragment planety, który nie nosi ciężkich znamion działalności człowieka. Ciężkich tylko, ale to jednak coś. Istnieją też góry, których jestem wielbicielką (nie wyasfaltowanych dolin!), jest jeszcze trochę innych miejsc na tej planecie, niemniej gęsty las to miejsce absolutnie wspaniałe. Kiedy się czyta Petera Wohllebena, zaczynamy rozumieć, że jako formacja jest to niemal odrębny organizm, holobiont, jak człowiek. Wrażliwy, ale silny. Wewnętrznie zróżnicowany, a jednak stanowi spójną całość. Naturalnie, zarówno w tradycji, jak i w literaturze, to miejsce wieloznaczne, symboliczne, granica nieznanego, nieuchwytnego, jak Pani wspomniała. Dalej zaczyna się mnogość znaczeń lasu – tych kulturowych i osobistych. Każdy coś o lesie może powiedzieć, każdy ma z nim związane wspomnienia, każdy zna Jasia i Małgosię, Balladynę i Makbeta.
Historia Adama łączy się z wydarzeniami wojennymi i rzeczywistością PRL-u. Dlaczego właśnie te okresy wybrała Pani jako tło rodzinnych sekretów?
To było dość naturalne. Może nie zdradzę zbyt wiele, jeśli powiem, że niektóre zdarzenia, które pojawią się w tomie drugim, mają miejsce jeszcze wcześniej, w zaborach, na dziesięć lat przed pierwszą wojną. Adam – bohater, za którym podążamy niemal przez całą fabułę – urodził się pod koniec wojny, musiał dorosnąć, aby móc stawić czoła przeszłości, a to był właśnie głęboki PRL, początek okresu gierkowskiego. Z drugiej strony na tyle świeża była wojna, okres odbudowy i stalinizmu, że wydawały się one raptem wczorajszymi przeżyciami. Dla nas Okrągły Stół czy Gruba Kreska, nie mówiąc o skoku przez ogrodzenie Stoczni, to wydarzenia bardziej odległe niż dla moich bohaterów wybuch II Wojny Światowej. To było trzydzieści dwa lata wcześniej, a tymczasem od 1989 właśnie minęło trzydzieści siedem.

Powieść otwiera serię Las i pozostawia część pytań bez odpowiedzi. Czy od początku miała Pani rozpisane losy bohaterów na kilka tomów, czy historia rozwijała się razem z pisaniem?
Od początku miałam w zarysie kilka postaci kluczowych, które pączkowały przez swoje interakcje z rzeczywistością. Jak widać w Dramatis personae, które umieszczam na początku Drzewa Adama, cykl Las to naprawdę las postaci. Każda mogłaby stanowić oś książki. Jak w życiu, każda historia ludzka jest uniwersalna, jeśli jest dobrze opowiedziana. Nie wiem, czy akurat ja potrafię tak dobrze opowiedzieć, aby to, co piszę, stało się w jakiś sposób uniwersalne, ale jest wielu pisarzy, którzy to robią. I to jest literatura, która inspiruje.
Drzewo Adama jest Pani debiutem, ale niezwykle dojrzałym. Jak długo dojrzewała ta powieść i co było najtrudniejsze podczas pracy nad pierwszą książką?
Oj, długo. Ale to ja dojrzewałam do debiutu, nie książka. Natomiast co do trudności, to mogę tylko powiedzieć, że wszystko, co robi się po raz pierwszy, zanim się to zrobi, wydaje się trudne. I wszystko, co już się wykona, przynosi satysfakcję, choćby nie było to wcale doskonałe. Myślę teraz, że najtrudniejsze było dla mnie zgodzić się na tę niedoskonałość.
Książkę Drzewo Adama kupicie w popularnych księgarniach internetowych: