Stanisław Władysław Reymont. Lubiany noblista

Autor: Adrianna Michalewska
Okładka publicystyki dla Stanisław Władysław Reymont. Lubiany noblista z kategorii Brak kategorii

Każda wielka postać ma swoją biografię. Zwykle bywa ona wygładzona i elegancka, bowiem w zwyczaju jest pomijanie tych elementów z życia pisarza, które można uznać za kompromitujące i nie wnoszące zbyt wiele do recepcji jego pism. A jednak czasami zdarza się postać wybitna, wyjątkowa, której losy same w sobie są tak intrygujące, że warto o nich, na marginesie opisu twórczości literackiej pisarza, wspomnieć. 

Władysław Stanisław Reymont urodził się 150 lat temu, 7 maja 1867, roku w Kobielach Wielkich, w pobliżu Radomska.  Był synem organisty. Nie chciał zostać, jak ojciec, muzykiem, wydaje się, że młody Staszek nie był zbyt pilnym uczniem. Ku utrapieniu swojej matki uciekał z lekcji, unikał szkoły i nie miał planów na przyszłość. Jednak na swoje szczęście trafił na epokę, która wymagała od przyszłego pisarza głównie uwagi, bo materiału na wielkie powieści miał aż nadto.

Jednak czasy były niepewne, zatem dzięki wytrwałości ojca zakończył edukację w Szkole Niedzielno-Rzemieślniczej i został krawcem. Gdyby mieszkał w Łodzi czy w Pabianicach, zapewne trafiłby do szkoły przyfabrycznej, po której miałby szanse na naukę w Szkole Handlowej. Tak się jednak nie stało. Choć zapewne już wtedy przyszły noblista marzył o pisaniu, pragmatyczny ojciec uważał, że pewny zawód i stały dochód to coś znacznie cenniejszego niż wątpliwa kariera pisarza. Przypuszczalnie znał życie lepiej, niż nam się dzisiaj wydaje. Sam był człowiekiem oczytanym, a jego żona, Antonina, podejmowała nawet nieśmiałe próby pisarskie. Nie musi to jednak dowodzić jej wielkich talentów. W tamtych czasach pisało naprawdę wielu. Filozofia Nietschego, Schopehauera, Bergsona dała podwaliny pod nowego, wyjątkowego człowieka. Odrzucono wszystko, co zbiorowe, co świadczyło przeciwko jednostce. Nastał kult nowego, witalności, poszukiwań doznań zmysłowych i pozazmysłowych. Człowiek mógł wspiąć się na dowolne wyżyny, mógł zostać sam dla siebie bogiem. Wystarczyło tylko chcieć.

Dziecię swojej epoki

Największym dobrem człowieka jest to, że może zapominać, inaczej nie mógłby żyć zupełnie. - Komediantka

Kończył się XIX wiek - wyjątkowe stulecie ucisku i wyzwalania, tworzenia nowych państwowości i ruchów nawołujących do ponadpaństwowych zrzeszeń pod hasłem nowego socjalistycznego ładu. W 1890 roku, gdy dwudziestokilkuletni Stanisław zarabiał na chleb jako wędrowny artysta, został zdymisjonowany Otto von Bismarck, Żelazny Kanclerz, autor idei państwa opiekuńczego, człowiek, który przyczynił się do zjednoczenia Niemiec, Bolesław Prus opublikował Lalkę, a w Warszawie odbyła się pierwsza manifestacja z okazji 1. Maja. Świat zmieniał się bardzo szybko i młody Stanisław chciał wsiąść do pędzącego pociągu nowoczesności. Tymczasem nadal nie miał na to funduszy.



W 1896 roku Stanisław publikuje Komediantkę. Podpisuje się już wówczas jako Władysław Reymont. Dlaczego zmienił nazwisko? Czy przypuszczenie, że zrobił tak na życzenie ojca, jest uprawomocnione? Wszak Józef Rejment nie uważał literatury za coś niestosownego. Może po prostu Stanisław - teraz już Władysław Stanisław - pragnął się odciąć od przeszłości? Szczególnie, gdy opisywane w powieści środowisko było mu znane. Teatr jako droga do sławy i kariery w powieści Reymonta staje się przedsionkiem piekła, cynizmu i pogrzebanych marzeń. Droga z teatralnych desek prowadzi w objęcia śmierci. Czy można dosadniej wyrazić swoje rozczarowanie sztuką?

Władysław porzuca wędrowne trupy, pragnie czegoś stabilnego. Dzięki wstawiennictwu ojca dostaje posadę na Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Nic to porywającego, ale daje pewny dochód. Niestety, niewielki. Władysław Reymont, krawiec i pisarz, wyrusza do Warszawy. Nie zamierza tam kroić surdutów. Jest młody i lubi używać życia. A Warszawa jak mało które miasto w Polsce się do tego nadaje. Wystarczy tylko mieć pieniądze...

Pieniądze - a raczej ich brak - stały się dla Reymonta najistotniejszym elementem życia. Ich posiadanie dawało wszystko. Mógłby bywać w znanych lokalach, mógłby poznawać ludzi. Bez funduszy zapewne nie miałby nawet czasu na marzenia o poznaniu kogokolwiek. Byłby niewidocznym dla wyższych sfer, jednym z tysięcy szlifujących warszawskie bruki, niewartym uwagi elementem ulicy.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy