Co nas nie zabije

Wydawnictwo: Czarna Owca
Data wydania: 2015-08-27
Kategoria: Kryminał, sensacja, thriller
ISBN: 9788380150492
Liczba stron: 625
Dodał/a recenzje: Sławomir Krempa

Ocena: 4.68 (37 głosów)

10 lat temu opublikowana została pierwsza powieść wchodząca w skład cyklu Millennium. Jej autor, Stieg Larsson, już wówczas nie żył. Zdążył napisać trzy książki, pozostawił po sobie również zarys fabuły kolejnych. Powieść Co nas nie zabije, która właśnie trafiła na rynek wydawniczy, z notatkami Larssona nie ma nic wspólnego. Ale czy ma coś wspólnego z oryginalnym cyklem? Czy Davidowi Lagercrantzowi udało się odtworzyć ducha Millennium? I - wreszcie - czy to rzeczywiście finał bestsellerowej serii? 

 By pisać o tej książce, przede wszystkim trzeba pozbyć się uprzedzeń. Trudno jednoznacznie ocenić, czy David Lagercrantz miał prawo napisać kontynuację cyklu Larssona. W momencie, gdy autor cyklu zmarł, pozostawał w długoletnim związku z partnerką, Evą Gabrielsson. Związek ten nie był jednak sformalizowany, a w "postępowej" Szwecji, podobnie jak w "zacofanej" Polsce, konkubenci zgodnie z prawem nie mogą wnosić żadnych roszczeń do spadku. Chyba, że dysponują testamentem zmarłego, a Larsson nie posiadał praktycznie niczego, żadnego więc testamentu nie sporządził (jeśli nie liczyć sporządzonej wiele lat wcześniej ostatniej woli, zgodnie z którą pragnął pozostawić wszystko Partii Socjalistycznej, z którą był wówczas związany, a która zrzekła się prawa do spadku). Prawa do wydania powieści trafiły więc ostatecznie do ojca i brata pisarza. I nie byłoby problemu, gdyby książki Larssona nie stały się bestsellerami. W obliczu ich wielkiego sukcesu po latach sporów sądowych Larssonowie zaproponowali Gabrielsson ugodę. Ta jednak uznała ją za absurdalną (żądała statusu jedynej spadkobierczyni) i odmówiła przekazania materiałów do kolejnych książek. Stwierdziła też, że nikt bez dostępu do tych materiałów nie powinien brać się za tworzenie kontynuacji cyklu Stiega Larssona. Jednak rodzina pisarza miała inne zdanie. Do napisania kontynuacji zatrudniono autora bestsellerowej biografii Ja, Ibra. Ten często podkreśla, że nie podjął się tego zadania dla pieniędzy, wcześniejsza książka zapewniła mu bowiem godziwy byt niemal do końca życia, lecz zdecydował się napisać powieść jako swoisty hołd dla zmarłego kolegi po fachu. Przestudiował obyczaje Stiega Larssona (usłyszał, że autor Millennium pracował nocami, więc sam również zaczął pisać do późna), bardzo dokładnie zbadał wcześniejsze trzy części cyklu i rozpoczął pracę.   

 Mikael Blomkvist jeszcze nigdy nie stał w obliczu tak trudnej sytuacji. Dziennikarz uosabia epokę, która w mediach dawno minęła. Nie ma już reporterów, miesiącami drążących jeden temat. Nikogo nie interesuje dziennikarstwo społecznie zaangażowane. W dobie mediów społecznościowych ludzi dużo bardziej interesuje to, co kolejna gwiazdka jednego sezonu napisała na Twitterze, albo z kim przespała się ubiegłoroczna zdobywczyni Oskara. Sążnistych, liczących kilka-kilkanaście stron artykułów nikt już nie czyta. 

To jasne więc, że Millennium znów wpadło w tarapaty finansowe. Część udziałów trafiła w ręce przedstawicieli wielkiego koncernu medialnego, który początkowo traktował redakcję jako jedyny prestiżowy tytuł, który nie ma przynosić zbyt wielkich dochodów. Gdy jednak Blomkvist otwarcie bojkotuje delikatne na razie próby korekty kursu gazety, maszyna zmian rusza pełną parą. Dziennikarz ma zostać zmarginalizowany. Gazeta musi się zmienić. Szybko. Jej twórcy mogą albo poddać się naciskom, albo wykupić udziały i spróbować postawić ją na nogi. Aby to było możliwe, potrzebują jednak tematu. Tematu równie mocnego, jak te opisane w najgłośniejszych materiałach Blomkvista. 

A naszemu dziennikarzowi kolejny temat spada jak z nieba. O pomoc prosi go bowiem były pracownik jednej z korporacji technologicznych. Nim Blomkvist zdąży dotrzeć na spotkanie z nim, Frans Balder (tak bowiem nazywa się mężczyzna) zostaje zamordowany. Dalej zaś wydarzenia toczą się już błyskawicznie.  

 Kiedy toczy się akcja? Najzupełniej współcześnie, czyli dobrych kilka lat po opisanych we wcześniejszych częściach cyklu wydarzeniach. Blomkvist jednak - podobnie jak pozostali bohaterowie tego cyklu - zupełnie się nie starzeje. Lagercrantz mówi, że zastosował tu zabieg taki, jaki znamy z amerykańskich cykli powieści o „superbohaterach” (w końcu James Bond też zmienia się, ale raczej się nie starzeje). I echa swoistej „amerykanizacji” cyklu mocno czuć w książce. Fabuła bardzo mocno się "globalizuje", w wydarzenia angażuje się między innymi CIA. Akcja toczy się wartko (kto wie, czy nie bardziej wartko niż w „oryginalnym” Millennium?), napięcie rośnie, zwroty akcji kilka razy mogą czytelników zaskoczyć. Pod względem warsztatowym naprawdę nie sposób tej powieści zbyt wiele zarzucić. Owszem, jest złożona z „klocków”, które nie są nowe (ale co w literaturze dziś jest oryginalne?). Lagercrantz jest sprawnym rzemieślnikiem i wykorzystuje cały arsenał środków, jakie autor thrillerów współcześnie może wykorzystać. Jego powieść jest zgrabna i uładzona jak najlepszy thriller amerykańskiego autora. I tu, być może, tkwi największa jej słabość. Taką powieść mógłby napisać Jeffery Deaver (zresztą tak naprawdę już napisał książkę o podobnej wymowie - było to Rozbite okno), ale niekoniecznie Stieg Larsson. W pierwszych częściach Millennium więcej było brutalności, swoistej niepoprawności politycznej, pewnej chropowatości narracji, która nadawała jej charakteru. W prozie Larssona były dłużyzny - wielu krytyków wskazywało na nie w swoich tekstach - a jednak czytelnicy wybaczali pisarzowi te słabostki. Tymczasem, choć wszystko w nowej powieści wydaje się być na swoim miejscu, większość czytelników mówi o lekturze Co nas nie zabije jako o rozczarowaniu, nie potrafiąc równocześnie uzasadnić swoich zarzutów. 

 Z pewnością problem tkwi również w tym, że siłą pierwszych tomów cyklu była ich oryginalność. Po prostu: nie było dotąd na rynku takiego cyklu, nie było powieści tak boleśnie brutalnych, nie było też tak niezwykłego tandemu bohaterów, jak w przypadku powieści Larssona. Poza tym Larsson obalił pewien stereotyp: pokazał, że w jasnych wnętrzach skandynawskich mieszkań rodem z katalogu Ikei, w kraju tak postępowym, zamożnym, rozgrywać się mogą niewypowiedziane dramaty. Oczywiście, obraz Szwecji, jaki wcześniej znaliśmy, był w dużym stopniu ułudą, z czego wiele osób musiało zdawać sobie sprawę. Ale dopiero, kiedy pokazał to „miejscowy”, człowiek „stamtąd”, tak boleśnie sobie to uświadomiliśmy.

Tego efektu zaskoczenia, swoistej świeżości w przypadku Co nas nie zabije już nie ma. Tu mniej-więcej wiemy, czego możemy się spodziewać. Powracają doskonale nam znani bohaterowie, którzy praktycznie się nie zmienili. Znów główną rolę odgrywa Blomkvist, Salander za to najchętniej skrywa się za ekranem komputera, choć gdy już do akcji wkracza, czyni to z właściwym sobie impetem. Ktoś, kto uważnie czytał wcześniejsze tomy cyklu, z dużym prawdopodobieństwem będzie potrafił określić, z kim przyjdzie im się zmierzyć. Styl, który w przypadku tłumaczenia nieco się rozmywa, również mocno nie odbiega od tego, do czego czytelników przyzwyczaił Larsson. Jest tylko mniej - zdecydowanie mniej - brutalnie niż w poprzednich częściach. Zupełnie inny jest tylko świat, w którym przyszło żyć bohaterom.     

 Na przedmieściach trwają zamieszki. W parlamencie zasiadają członkowie ugrupowania otwarcie wyrażającego wrogość wobec imigrantów. Ludzie są coraz mniej tolerancyjni. Faszyzm zatacza coraz szersze kręgi. Na każdym kroku można spotkać żebraków i bezdomnych. Pod wieloma względami Szwecja stała się państwem wstydu. 

 Pierwsze trzy tomy Millennium były mocno podszyte lewicową publicystyką. Tematyka imigrantów, opresyjność i wynaturzenia systemu czy walka o prawa kobiet naturalnie wpisane były w opowieść Larssona. Lagercrantz pragnie podtrzymać ten rys książki. Ale czy jest to możliwe?  

 Autor skupia się na, nienowym skądinąd, oburzeniu tym, że w dzisiejszych czasach każdy może być inwigilowany przez służby specjalne, które mają praktycznie nieograniczone uprawnienia i w równym stopniu biorą na celownik uczciwych ludzi, jak i terrorystów (bo przecież dziś każdy może być terrorystą). Globalna sieć, domena Lisbeth Salander, wysuwa się w powieści na plan pierwszy. Mocno uwypuklone jest też oburzenie rosnącą w kraju nietolerancją. Tyle, że równocześnie do pewnego stopnia zrozumiałe są przyczyny tej nietolerancji, które bardzo dobrze ukazuje dialog między komisarzem Bublanskim a jego podwładną:    

 - Dlaczego wszyscy szaleńcy i mordercy zrobili się tacy religijni? 

- Podczas gdy wszyscy rozsądni starzy komisarze wątpią w Boga? 

 We współczesnym świecie fundamentalizm i terroryzm stają się coraz bardziej powszechne. Jaka może być odpowiedź społeczeństwa, jeśli nie hasła konserwatywne czy nacjonalistyczne? Oczywiście, nie wolno ich usprawiedliwiać. Ale przyczyny takiego stanu rzeczy rozumieją nawet bohaterowie powieści Lagercrantza. Alternatywą - na razie - jest tylko coraz większa sprawność służb bezpieczeństwa, służb specjalnych. Te bez szczególnych prerogatyw nie mogą przecież sprawnie funkcjonować. Być może Larsson potrafiłby z właściwą sobie bezkompromisowością stanąć po wybranej stronie konfliktu i stworzyć manifest, w czambuł krytykujący faszystów, konserwatystów i pozostające na ich usługach służby specjalne. Lagercrantz staje po tej samej stronie, ale w jego powieści takiego ognia już nie widać. Bo przecież słyszymy racje drugiej strony. 

 A być może problem z tą powieścią jest jeszcze inny. Powróćmy znów do powieści Lagercrantza, do fragmentu, w którym opisuje on, co było siłą reportażu Mikaela Blomkvista, powstałego już po zakończeniu opisanej w Co nas nie zabije afery:

Gabriella najbardziej przejęła się nie opisem brudnej gry politycznej, lecz dramatem jednostek i przerażającą myślą, że żyje w chorym świecie, w którym wszystko, bez względu na to, czy jest ważne, czy nie, podlega ciągłemu nadzorowi, a wszystko, co tylko może przynieść dochód, jest nieustannie wykorzystywane. 

 Przyznać trzeba, że słowa te w dużym stopniu odnieść można również do powieści Stiega Larssona. I być może w książce Davida Lagercrantza trochę zabrakło prawdziwego dramatu jednostek właśnie? Do historii Lisbeth, która w poprzednich częściach cyklu poruszała chyba najbardziej (jeśli nie liczyć dramatu kobiet z pierwszego tomu), nie da się już dopisać bardziej dramatycznego rozdziału. W obliczu jej wcześniejszych przeżyć blednie nawet dramat genialnego dziecka, które jest jednym z kluczowych bohaterów Co nas nie zabije (choć z drugiej strony to właśnie sceny wspólne Lisbeth i ośmioletniego Augusta Baldera są najmocniejszymi chyba w całej powieści). 

 Przyznam otwarcie: nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy Co nas nie zabije to godna kontynuacja bestsellerowego cyklu Stiega Larssona. Warsztatowo powieści nie można niczego zarzucić. Również do poprzednich części cyklu Lagercrantz nawiązuje bardzo sprawnie, rozpoczęte wcześniej wątki prowadzi zgrabnie, w jakimś sensie też odtwarza ducha Millennium, „ożywiając” doskonale znanych czytelnikom bohaterów. Ale też trzeba powiedzieć, że jest to powieść bardziej „przezroczysta”, mniej wyrazista, brutalna czy bezkompromisowa niż książki Larssona. Można by było powiedzieć: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet to legenda, Co nas nie zabije to echo tej legendy. To szansa na kolejne spotkanie z ulubionymi bohaterami (i raczej nie ostatnie - wskazuje na to zakończenie powieści), to także sprawnie napisany thriller. Nic więcej. 

Kup książkę Co nas nie zabije

Zobacz opinie o książce Co nas nie zabije
Inne książki autora
Millennium. Mężczyzna, który gonił swój cień . Audiobook
David Lagercrantz0
Okładka ksiązki - Millennium. Mężczyzna, który gonił swój cień . Audiobook

Lisbeth Salander, dziewczyna, która igrała z ogniem, nigdy w pełni nie odkryła, kto stał za koszmarem jej dzieciństwa. Gdy Holger Palmgren opowiada...

Mężczyzna, który gonił swój cień
David Lagercrantz0
Okładka ksiązki - Mężczyzna, który gonił swój cień

Lisbeth Salander, dziewczyna, która igrała z ogniem, nigdy w pełni nie odkryła, kto stał za koszmarem jej dzieciństwa. Gdy Holger Palmgren opowiada...

Reklamy