Będę tam

Wydawnictwo: Kwiaty Orientu
Data wydania: 2012-12-01
Kategoria: Literatura piękna
ISBN: 978-83-935271-0-6
Liczba stron: 328
Dodał/a recenzje: Andrew Vysotsky

Ocena: 5.5 (4 głosów)

From Somewhere Afar the Phone Keeps Ringing for Me

Kiedy po raz pierwszy brałem do ręki najnowszą powieść uznanej południowokoreańskiej pisarki Shin Kyung-Sook Będę tam, udostępnioną polskiemu czytelnikowi przez Wydawnictwo Kwiaty Orientu, wiedziałem już, że czeka mnie przeżycie niezwykłe - może przyjemne, może nie, ale na pewno oryginalne. Zdawałem sobie sprawę z tego, że lektura nie będzie łatwa, bowiem moja wiedza o mentalności Koreańczyków, historii i warunkach ich życia jest właściwie żadna. Obawiałem się, że mogę się znaleźć w sytuacji Koreańczyka, który przygodę z polską literaturą zaczyna od Dziadów. Szanse na prawidłową percepcję nikłe. Na szczęście książka okazała się bardzo luźno osadzona w realiach koreańskich i moja szczątkowa znajomość historii regionu wystarczyła. Zacznijmy jednak od początku.


Uderzyło mnie, że nie podano w polskim wydaniu tytułu oryginału ani też jego wersji anglojęzycznej. O ile jestem zagorzałym przeciwnikiem wymyślania nowych tytułów przez kolejnych wydawców i tłumaczy, to w tym wypadku mam wrażenie, iż Będę tam jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż From Somewhere Afar the Phone Keeps Ringing for Me, gdyż tak właśnie brzmi wersja anglojęzyczna, i na pewno idealnie trafionym, choć co do zgodności z oryginałem koreańskim wypowiadać się, oczywiście, nie mogę.
 
Jeśli szukacie żywej, dynamicznej akcji, nie jest to książka dla Was. I nie jest to absolutnie powieść łatwa w odbiorze. Na połkniecie jej w jeden dzień, choć objętością nie przeraża. Nie ma szans.
 
Będę tam to opowieść o losach czwórki młodych Koreańczyków; dwóch dziewcząt - Jeong-Yun (która jest postacią wiodącą) i Mi-ru  oraz dwóch chłopców - Myeong-seo i Dana. Moment, gdy opuszczają oni domy rodzinne i próbują, każde na swój sposób, wejść w dorosłe życie, przypada na czas dyktatury wojskowej w Korei Południowej, wciąż będącej pod permanentną, trwającą zresztą do dziś, presją zagrożenia atakiem z północy. Ciekawy zabieg, nadający fikcyjnej przecież fabule bardziej formę osobistych wspomnień, niż klasycznej opowieści, podkreśla, iż wydarzenia są tylko tłem dla przeżyć wewnętrznych naszych bohaterów. Do połowy lektury nie wiemy nawet, co dzieje się w kraju, koncentrujemy się tylko na uczuciach, doznaniach i emocjach naszej czwórki oraz nielicznych zdarzeniach, dotyczących osób, które są z nią związane. Dopiero później brutalna i pełna chaosu rzeczywistość ogółu wdziera się w świat ograniczony wcześniej jedynie do najbliższych. Zaczynają znikać ludzie, zaczynają umierać w dziwnych okolicznościach, rodzi się bunt i coraz więcej osób zaczyna przeciw tej rzeczywistości protestować.
 
Ktoś porównał Będę tam do Stowarzyszenia Umarłych Poetów*, stawiając obie książki na równi. W moim odczuciu to ogromne nieporozumienie. Porównywać wartość artystyczną tych dwóch dzieł jest mi niezwykle trudno. Raz, że do formy zawsze przykładam mniejszą wagę, niż do treści, a dwa, że pierwsze polskie wydanie jest bardzo kiepskie stylistycznie. Nie będę dociekał, czy to wina tłumaczki, czy nie, ale faktem jest, iż w tekście, zwłaszcza pod koniec, pełno nie tylko niezręczności stylistycznych, zdarzają się nawet ewidentne, wręcz szkolne błędy przypominające humor zeszytów. Tych ostatnich jest niewiele i mogą tylko śmieszyć, ale tych pierwszych jest prawdziwe zatrzęsienie, przez co i tak niełatwa przecież lektura momentami staje się prawdziwą męką. Pozostawmy jednak formę w spokoju i przejdźmy do meritum. Wspomniane arcydzieło PeteraWeira i Nancy H. Kleinbaum, jakkolwiek dotyczące podstawowych problemów człowieczeństwa, takich jak prawo do indywidualności, stojące w opozycji do obowiązków wynikających z przynależność do grupy, opowiada historię, która może się zdarzyć wszędzie i zawsze, która zdarza się nawet w tej chwili w niezliczonej ilości miejsc w niezliczonej ilości wariantów. W tym leży jego genialność. Będę tam to całkiem inna bajka.
 
Czwórka bohaterów Shin Kyung-Sook to osoby nadwrażliwe. Każda z nich swym wewnętrznym bólem i chaosem mogłaby obdzielić kopę bohaterów europejskiego romantyzmu. Całkowicie nieasertywni, nie potrafią się porozumieć nawet z najbliższymi, a protezą komunikacji międzyludzkiej, zresztą najeżoną kolcami niczym róża, jest widoczny na polskiej okładce powieści telefon. Przepełnieni gorącymi, głęboki uczuciami i rozpaczliwie pragnący pomocy, nie potrafią niczego dać innym ani niczego od innych przyjąć. Zdarzenia takie, jak śmierć bliskich, będące w końcu nieodłącznym elementem ludzkiego istnienia, zdają się przerastać wytrzymałość ich psychiki. Wydają się okaleczeni od urodzenia, choć autorka nie poskąpiła im i świeższych ran. Nawet kota dała im kalekiego. Nie potrafią być razem, a samotność ich zabija.
 
Nie wiem, czy czwórka młodych Koreańczyków z Będę tam jest reprezentatywna dla tamtejszego ówczesnego społeczeństwa, lecz na pewno nie jest powszechnym obrazem młodzieży w globalnym ujęciu. Nawet, jeśli autorka celowo, niczym w soczewce lub krzywym zwierciadle, chciała przedstawić nadwrażliwą i najogólniej rzecz biorąc patologiczną osobowość, wystarczyło mieć jednego takiego bohatera. Czterej muszkieterowie z takimi problemami to już mocno "naciągany" eksperyment. Chyba, że takie postawy są naprawdę normą w Korei. A wtedy byłoby to najbardziej godne współczucia społeczeństwo na Ziemi.
 
Mimo tej dysfunkcyjności i skupienia na wewnętrznych problemach - tak rozdętych, iż przesłaniają rzeczywistość - zaciekawiły mnie okruszki realiów, które pokazują uważnemu obserwatorowi, jak odmienna jest koreańska mentalność i rzeczywistość od naszej. W całej powieści praktycznie nie ma słowa o pieniądzach. Czterej młodzi ludzie rozpoczynają nowe życie po opuszczeniu gniazd rodzinnych i ten temat dla nich nie istnieje. Kupują bilety, jedzenie, książki… Nawet, jeśli pada cena czegoś, pieniądze nie są problemem. Dla Polaka, jeśli jest biedny, jest to zawsze ważny temat, a jeśli jest bogaty, jeszcze ważniejszy. Ciekawe zderzenie. Albo sprawa demonstracji. U nas zawsze demonstruje się przeciw komuś, infantylnie wierząc, iż zmiana króla lub symbolu może zmienić cokolwiek. Koreańczycy w powieści Shin Kyung-Sook demonstrują przeciw czemuś. Przeciw temu, że ludzie giną bez wieści, przeciw rzeczywistości, która im nie odpowiada, przeciw swemu bólowi, którego już nie mogą znieść. Ale zawsze przeciw czemuś, a nie przeciw komuś. Brak tej, znanej nam, nienawiści nakierowanej wręcz personalnie. Jest to tak wyraźnie, iż aż uderza.
 
Jak więc ocenić tę powieść, tak odmienną od wszystkiego, co znamy? Niezwykle trudno. Tym bardziej, iż miejscami obok mistrzowsko oddanych stanów ducha i lirycznych opisów krajobrazowych trafiamy na ewidentne głupoty. Obszar był bardzo suchy, ponieważ nie padało na nim w ciągu ostatnich dziesięciu tysięcy lat – to o Płaskowyżu Nazca, sławnym z geoglifów, o których pisarka się rozpisuje. Pikanterii dodaje fakt, iż najprawdopodobniej gdy książkę tę pisała, czyli w 2009 roku, region ten nawiedziły tak ulewne deszcze, że zagroziły właśnie tym przesławnym rysunkom, które ją urzekły, a najdłuższy okres bez opadu na Ziemi wynosi bodajże niecałych 15 lat, a nie 10000 - i bynajmniej nie został on zarejestrowany w tym miejscu. Jeśli ktoś tak przesadza, to jak oceniać jego wiarygodność w sprawach, które trudniej zweryfikować? Zawsze mnie fascynuje, co też skłania niektórych autorów, by na takie miny wchodzić i niejako psuć efekty pracy godnej wirtuoza. A jaką rzetelność prezentują ci, którzy uważają Będę tam za bezbłędne arcydzieło? Tego komentować nie będę.
 
Pomimo niedociągnięć, nie żałuję, iż książkę tę przeczytałem. Naprawdę mnie wciągnęła i w pewnym sensie dosłownie się nią delektowałem. Mam wrażenie, że jeśli ktoś świadomie się zdecyduje na lekturę, wiedząc jakie są jej ograniczenia, również będzie zadowolony. Siła jej nie leży bowiem w niej samej, a w odczuciach i refleksjach, do których nas zmusza. To gra między pisarką a umysłem czytelnika - i trzeba przyznać, iż w tym Shin Kyung-Sook jest naprawdę dobra. Inna sprawa, że i w tej kategorii znajdziemy w bibliotece wiele innych książek, na pewno nie gorszych od Będę tam. Jest to więc rzecz warta poznania, odmienna od wszystkiego, co już przeczytałem, ale raczej nie jest warta polecenia jako jedna z tych, które przeczytać koniecznie trzeba
 
 

Recenzja opublikowana również na moim blogu http://andrew-vysotsky.blogspot.com, a także na portalu nakanapie.pl

Kup książkę Będę tam

Zobacz opinie o książce Będę tam
Inne książki autora
Zaopiekuj się moją mamą
Shin Kyung-Sook0
Okładka ksiązki - Zaopiekuj się moją mamą

Już nigdy nie pomyślisz o swojej mamie w ten sam sposób po przeczytaniu tej książki. „Zaopiekuj się moją mamą” to niezwykła i głęboko...

Reklamy