Pamiętnik kochliwego młodzieńca(23) - wiersz

Autor: EdwardSkwarcan
Czy podobał Ci się ten wiersz? 0

20 czerwca 1966

ktoś z daleka nas widział podczas snu w ramionach

młodzi lubią powtarzać pikantne atrakcje

lecz z dużej odległości panny nie rozpoznał

i mnie tylko krew psuje niedzielnym romansem

 

przez wzgląd na to musimy dyskretnie rozmawiać

bo w szkole ma olbrzymi zasięg głupia plotka

żeby pannę ochronić zbliżać się zabraniam

i boli brak codziennych przyjacielskich spotkań

 

24 czerwca 1966

ona skończyła szkołę i ciężko to znoszę

wiecznie myślami błądzę pieszcząc jej zwid myślą

wewnętrzny smutek czyni romantyczny pogrzeb

widząc w czarnych kolorach wymarzoną przyszłość

 

kiedy miłość w odłogach to sen nie przychodzi

trudności się spiętrzają katastrofą strasząc

uparcie szukam swego radosnego ongiś

własnemu sercu pragnę odzyskać kochaną

 

dobija mnie smak rozstań czuję w piersi ucisk

i jak dalej tak będzie sam siebie wykończę

wreszcie poznałem problem zakochanych ludzi

nie odpędzę tęsknoty będąc gołowąsem

 

25 czerwca 1966

znowu noc nieprzespana w szkole jestem cieniem

więc umęczone oczy zasnęły na ławce

jej zwid mnie prześladuje i miłosny jeniec

w samotności bezsilnej reaguję płaczem

 

w domu jak nawiedzony szwendam się po kątach

w sercowym załamaniu nie smakuje obiad

marzę żeby się u niej po cichu zaplątać

by choć na chwilę w piersi lód rozpaczy stopniał

 

nie wytrzymałem stresu rower taty wietrzę

mogłem jedynie mamie zdradzić cel mych potrzeb

po podkrążonych oczach widząc ślady nieszczęść

pociesza moje smutki – głowa w górę chłopcze

 

dziewczynę gdzieś poniosło korzysta z wakacji

więc muszę melancholię w ciszy medytować

biorąc na koc zbolały nieszczęsne manatki

bo z szalonej tęsknoty rozbolała głowa

 

26 czerwca 1966

w kościele bez efektów nie było jej na mszy

przeciw moim uczuciom wszystko się sprzysięgło

zastanawiam się w jaką dziurę mam się zaszyć

tak uległem w zwątpieniu romantycznym lękom

 

po południu wycieczka swoich myśli śladem

żeby złudną nadzieję z jej domem przywitać

z koleżanką jest w mieście więc ja też tam jadę

bowiem ciekawy pomysł w głowie mi zaświtał

 

Brzozów miasto niewielkie i radosne panny

namierzyłem na ławce w parku przydworcowym

jak włoskimi lodami lecząc swój romantyzm

gimnastykują szyje zachwycone głowy

 

wziąłem z kosza gazetę z tyłu zadek moszczę

udaję czytelnika by być niewidocznym

z daleka zalatuje cel dziewczęcych potrzeb

więc zza prasy cierpliwie wypatruję oczy

 

czy nie popełniasz błędu - myśl mi podpowiada

ciekawość zwyciężyła i zostałem czekać

bo dziewczyny skupiają swój wzrok na chłopakach

więc na pewno przyleci na zachcianki lekarz

 

widzę że się przysiada nawet dwóch doktorów

by damskie przypadłości na ławce wyleczyć

za chwileczkę w objęciach ramion bez oporu

zobaczyłem sens złudny w przysięgach dziewczęcych

 

bardzo dużo pomogły wcześniejsze trudności

byłem przygotowany nawet na najgorsze

łatwiej zdusiłem w sobie żal który roznosił

i walczyłem ze sobą podejść czy nie podejść

 

znów cierpliwość wybrałem by ból w sobie złamać

widząc urocze gesty na pół może pęknąć

serce łamie się w środku czując własny dramat

szukasz ulgi i dajesz upust cichym jękom

 

patrzyłem aż do końca na wszystkie czułości

wieńcząc tragedię własną urokiem pożegnań

przecież musiałem wiedzą miłość w domu olśnić

i dlatego rozsądek kazał mi zaczekać

 

razem z nimi wracałem niczym lis przezorny

wsiadłem w ostatniej chwili z uśmiechem na ustach

pobyt tłumacząc kłamstwem nie zdradziłem odkryć

choć w złości myślę o niej - erotyczny pustak

 

przy koleżance dąsów nie mogę wyciągać

w miłym sam na sam znajdę pole do popisu

po drodze od niechcenia do zwierzeń naciągam

szykując z obserwacji nieprzyjemny psikus

 

chce bym ją odprowadził więc ochoczo lecę

i nie mogę uwierzyć że prosi do domu

wchodzę z jedyną myślą – numer ci wykręcę

nie będzie w pojednaniu miłosnych roztopów

 

domagam się by mamie zrobiła herbatę

coś na ławce słyszałem i korzystam z tego

- czy mógłbym wpaść w niedzielę – dopytuję żartem

kątem oka dostrzegam w jej twarzy niepewność

 

podczas gdy ona w sobie walczy z decyzjami

ja z mamą w międzyczasie wymieniamy słowa

ona zwleka więc musi w sidłach zdać egzamin

pytam - udał się dzisiaj na ławeczce romans

 

purpura ją oblewa i z niedowierzaniem

wymownie na mnie patrząc prosi o milczenie

mówiąc że nie słyszała o żadnym romansie

- chcesz – proponuję szeptem – zaszczycę streszczeniem

 

- powinnaś chociaż ze mną na szczerość się zdobyć

kontynuuję wątek kryjąc tajemnicą

- wprawdzie bolesne fakty trudne do rozmowy

a ty zadając rany ukrywasz to milcząc

 

- pójdę już – wyszeptałem – ocierając oczy

pożegnałem się z mamą a jej cicho – bywaj

skinąłem gestem ręki głaszcząc włosów kosmyk

dodając czule łzawe – bądź z innym szczęśliwa

 

ckliwy teatr ją jednak swym smutkiem załamał

głowa spadła do kolan choć nie znam powodu

z jakiego w tym momencie mogła się rozpłakać

może to był na drogę pożegnalny odruch

 

jednak zgodnie z umową nie była w Brzozowie

choć bardzo załamany dokładnie sprawdziłem

długo walczyłem z sobą nie mogąc zapomnieć

nie szukałem bo uczuć nie wciśnie na siłę

 

powinna znane fakty próbować wyjaśnić

niekoniecznie tam w domu przecież po mszy można

bez próby słowa dwoje głuchy czas oddalił

choć mokre były za nią poduszki po nocach

cdn.

Najpopularniejsze wiersze
Inne wiersze tego autora

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

O autorze
EdwardSkwarcan
Użytkownik - EdwardSkwarcan

O sobie samym:
Ostatnio widziany: 2019-04-18 08:53:06