Och, Karol!

Autor: Uriel
Czy podobał Ci się to opowiadanie? 0

         Kiedy masz 18 lat, to myślisz, że masz przed sobą całe życie (no, to akurat prawda), że świat stoi otworem i że możesz wszystko. W sumie to nie można powiedzieć, żeby to było kłamstwo, ale czas bezlitośnie weryfikuje. Masz mnóstwo energii, optymizmu, wiary w świat, w siebie, no i w ludzi. Niby zdajesz sobie sprawę z pewnych kwestii, ale w głębi duszy jesteś naiwny. Później dorastasz i te wszystkie przekonania, na ogół, gdzieś znikają, uciekają i wydają się totalnie bzdurne. Tylko dlaczego? Czy wystarczą rachunki do opłacenia i codzienna monotonia, aby zabić, w każdym z nas, ten młodzieńczy entuzjazm? Otwarty umysł jest wspaniały, ułatwia życie, sprawia, że jest ono lepsze! I to dostrzeganie pozytywów, umiejętność obrócenia porażki w coś dobrego, w fundament nowego pomysłu. Młodzieńcza naiwność nie zawsze wychodzi nam na dobre, czasami nawet stwarza zagrożeniem, ale gdyby ją okiełznać, to chyba lepsza niż starcza zgryzota.
Oliwia też była osobą z otwartym umysłem, wiarą w ludzi – aż za dużą, entuzjazmem i przy tym miała całkiem poukładane w głowie. Połączenie dość nieczęste.
Cieszyła się życiem, chociaż uważała, że wcale nie ma łatwo. Kiepskie kontakty z matką sprawiały, że w zasadzie prawie nie przebywała w domu. Pracowała, uczyła się i prowadziła dość bogate życie towarzyskie. Robiła to, co do niej należało. Wszędzie: w domu, w pracy i w szkole. I starała się to robić jak tylko potrafiła najlepiej. Podobało się jej to, że może bawić się, śmiać, tańczyć i czasami zarywać noce. Kochała swoich przyjaciół, ludzi w ogóle. Miała w sobie mnóstwo miłości i była niepoprawną romantyczką. Spaczona, nie bójmy się tego określenia, przez bajki Disney’a, czekała na swojego rycerza na białym koniu. Oczywiście nie dosłownie, ale i tak się nie pojawił. Nie wiedziała dlaczego. Przecież nie była ani głupia, ani brzydka, miała też poczucie humoru. Może tylko ta jej hardość sprawiała, że była raczej typem kumpelki, dziewczyny z sąsiedztwa, ale niekoniecznie obiektem, przez który chłopcy miewali mokre sny.
Sama postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i poszukać „drugiej połówki”. Co to w ogóle za sformułowanie? Przecież nikt z nas nie rodzi się tylko połówką człowieka. Może doprecyzuję: nikt z nas zdrowych. W każdym razie efekt był taki, że założyła profil na portalu randkowym. To był przypadkowy wybór. Infantylny nick również. I się zaczęło. Trochę zgłoszeń, więcej niż przypuszczała. Jednak w znacznej większości od starszych mężczyzn, takich, że każdy mógłby być jej ojcem i to dla niej było niesmaczne, ale faceci w wieku około trzydziestkowym byli już w porządku.
Całe mnóstwo maili od mężczyzn, którzy wcale nie kryli tego, że są żonaci. Co więcej, mówili o tym wprost, że szukają kochanki, że na pewno się nie rozwiodą, bo kochają swoją małżonkę. Zastanawiała się tylko czy czekają na jakieś słowa uznania, w związku z tym, że przynajmniej częściowo są uczciwi. W końcu nikomu nie obiecują gruszek na wierzbie, otwarcie mówią o rodzinie. Nie mieściło się jej to w głowie. Oliwia jednak miała inną definicję miłości. Jako osoba bardzo wrażliwa i empatyczna, współczuła tym kobietom i nigdy nie przyczyniła się do tego, aby pomóc mężczyźnie w byciu niewiernym. Sama też nigdy nie chciała być potraktowana w taki sposób.
Były wiadomości od panów, którzy chcieli „pomóc” młodej dziewczynie: opłacić mieszkanie, czesne, a ona „jedynie” miała być do dyspozycji, zawsze wtedy, gdyby takiego mężczyznę naszła tylko chęć na jej młody tyłeczek. Nie potępiała dziewczyn, które się na to godziły, ją samą też to kusiło, bo przecież taki łatwy zarobek. Jednak po pierwsze: wcale nie chciała tracić cnoty ze sponsorem, a po drugie: wcale nie była w takiej złej sytuacji, aby musiała się na to decydować.
Czytała dziesiątki wiadomości. Na niektóre w ogóle nie odpowiadała. Po kilku tygodniach korespondencji  wreszcie zdecydowała się na pierwsze spotkanie. Ów szczęśliwiec miał na imię Piotr. Wtedy miał 32 lata. Trudno powiedzieć dlaczego wolała starszych mężczyzn, zamiast rówieśników. Mieli w sobie coś, co ją przyciągało. I wcale nie chodzi tu o portfel, jego grubość czy zawartość. A ona miała w sobie coś, co przyciągało ich. Dla jednych był to bystry umysł, cięty język czy niesamowity uśmiech. Dla drugich były to naprawdę świetne cycki, zgrabny tyłek, ładna buźka czy młode i jędrne ciało.
Piotr lubił jej inteligencję. Według niego był to towar deficytowy, ale jego celem  było jednak coś innego. I nie był to też stały związek. Puścił jej bajeczkę, że jest po rozwodzie, że żona go zdradzała i walczy o córkę w sądzie. Nie widziała na palcu obrączki. Śladu po niej też nie.
Niedawno była mowa o tym,  że nigdy się nie przyczyniła do zdrady małżeńskiej. Otóż to nie do końca prawda. Należałoby doprecyzować: nigdy świadomie się do tego nie przyczyniła.
Spotkali się kilka razy. Zawsze było bardzo miło, mieli o czym rozmawiać, nie miał lepkich rączek i za każdym razem odwoził ją pod dom. Czasami odbierał z pracy. Była nim zauroczona. Po dwóch miesiącach takich spotkań, umówili się w jego mieszkaniu. Zaprosił ją na kolację. Było dobre jedzenie (nie wnikała w to czy sam gotował), świece, wino i nawet postarał się o romansidło. Wchodząc do mieszkania zwróciła uwagę na to, że jest czysto, że są zdjęcia jego córki, brak jego wspólnych z byłą żoną. Wystrój generalnie minimalistyczny.
W trakcie oglądania filmu zaczęło się robić coraz milej, na tyle miło, że chwilę później miała pod sobą łóżko w sypialni. Nie protestowała, gdy ją delikatnie i powoli rozbierał, umiejętnie pieścił. Poświęcał jej naprawdę mnóstwo uwagi. Musiała przyznać, że miał sprawny język palce. Sąsiedzi też to słyszeli. I tak właśnie przeżyła swój pierwszy orgazm z mężczyzną. Bardzo intensywny i bardzo długi oraz wyczerpujący. Niczego więcej nie chciała, nie była gotowa. W sumie, to tak jakby go wykorzystała. On się wściekł, ale jakoś to przyjął. Naiwnie założyła, że każdy mężczyzna, jak Piotr, uszanuje „nie”. W międzyczasie zadzwoniła jego komórka. Powiedział, że musi odebrać, bo to z pracy. Wyszedł z sypialni i poszedł rozmawiać do pokoju dziecięcego. A ona podsłuchała rozmowę:
- Tak Kochanie, wiem, że jest piątek, że miałem wrócić do osiemnastej, żebyśmy chociaż raz zjedli
  razem kolację i żeby się pobawić z Olą, ale musiałem dłużej zostać w pracy.
Słyszała, że po drugiej stronie słuchawki była jego żona, która wcale nie była byłą żoną, tylko jak najbardziej teraźniejszą i której się tłumaczył dlaczego jeszcze nie wrócił do domu.
Oczy się jej zaszkliły. Pomyślała o tym, że jest durną małolatą, która dała się nabrać na starą śpiewkę: „Jestem rozwodnikiem, jestem taki biedny, to była jej wina.” Czuła się winna. W końcu przyłożyła rękę do niewierności Piotra. Technicznie rzecz biorąc to on przyłożył rękę i język.
Nie ona pierwsza i nie ostatnia, ale marna to pociecha.
Ubrała się najciszej i najszybciej jak tylko potrafiła. Wyszła natychmiastowo. Nawet jakby ją zauważył, to co? Przecież podczas rozmowy z żoną by nie powiedział, żeby zaczekała, bo musi zatrzymać kochankę, która właśnie ucieka z jego garsoniery.
Może on pomyślał, że stchórzyła, ale to już nie miało znaczenia. Dzwonił. Raz nawet odebrała i wszystko mu wyrzuciła, po czym rozłączyła się. On chyba liczył na to, że ta znajomość będzie miała ciąg dalszy, bo wydzwaniał dalej. Po miesiącu ignorowania dał za wygraną.
Później był Maciej. Rówieśnik Piotra. Również rozwodnik. I cóż za zaskoczenie: to też była jej wina. Byłej żony, rzecz jasna, nie Oliwii. Zanim zaprosił ją do siebie, spotykali się kilka tygodni. Do tej pory zachowywał się nienagannie. Oczywiście kolacja, film. Jak zawsze dużo rozmawiali. Jednak tego dnia źle się przy nim czuła. Nie potrafiła sprecyzować o co dokładnie chodzi. Usiedli na kanapie, aby oglądać komedię. Objął ją i to było ok. Jednak kiedy jego dłonie zaczęły wędrować na jej biust, wyraziła sprzeciw. Na chwilę odpuścił. Jednak tylko na chwilę. Zrobił się natarczywy, nieprzyjemny i nic sobie nie robił z tego, co do niego mówiła. Widziała, że ma wzwód. Zdała sobie sprawę z tego, co się zaraz, najprawdopodobniej, stanie. Była sama, przerażona. Nie do końca wiedziała gdzie jest. Szybko zlokalizowała swoje rzeczy i drzwi. Zdążył rozerwać jej koszulę. Przygniótł ją sobą i zdarł spodnie. Zaczął dobierać się do majtek i w międzyczasie rozpinać swój rozporek. Okropnie dyszał, ten obłędny wzrok i takie zezwierzęcenie wywoływały jej obrzydzenie. To były ułamki sekund. Wiedziała, że jest zdana tylko na siebie. Jej mózg pracował szybko. Kopnęła go kolanem w krocze. Nie wiedziała na ile go to zabolało i na ile zatrzyma. Spowolniło go chociaż na tyle, że zdążyła wstać, zebrać ciuchy ręką. Kiedy sięgała po buty i torebkę, to złapał ją za rękę. Obróciła się z taką wścieklizną w oczach, że aż się nieco zawahał. Ale nie dał za wygraną. Serce biło jej jak oszalałe i pompowało adrenalinę. Na całe szczęście miała długie paznokcie. Podrapała go gdzie tylko mogła, na oślep, ale w tym po twarzy. Połamała część i miała pod spodem dużo krwi, jego. Mocno ugryzła go w rękę. I rzuciła się do drzwi. Zamknięte. Swymi mackami dotykała ją panika. Gdyby się jej poddała, zgubiłoby to ją. Ale kolejny skurczy serca dopompował adrenalinę. Drzwi były zamknięte tylko na patent. Wybiegła na chodnik. Na szczęście przed domem nie było ogrodzenia. Znalazła się na śniegu, z gołym tyłkiem, bo trudno go przykryć stringami, w rozerwanej koszuli. Było minus 10 stopni, nie do końca wiedziała gdzie jest. Prócz tego, że na Podolanach. Środek nocy. Ubrała się i płakała. Nie wybiegł za nią, tylko wołał, żeby wróciła, bo się zaziębi i że jest nienormalna, bo go, nie wiedzieć czemu, podrapała, przecież jest jego kobietą i mu się należy. Powiedziała, że jeśli się do niej zbliży, to zacznie się drzeć tak, że wszyscy będą wiedzieć, że jest gwałcicielem i jeśli mu mało to go może bardziej rozorać paznokciami. Płakała, ale cieszyła się, że jej nie pobił, że mu się nie udało i że żyje. Do domu wróciła 3 godziny później. Nikomu nic nie powiedziała. Dopiero po jakimś czasie przyjaciółce Lenie. Nie zgłosiła tego na policję. Przecież z własnej woli znalazła się w jego domu. Czuła się winna i odpowiedzialna za całe zdarzenie. Po latach zrozumiała, że to nie była jej wina i żałowała, że nie zgłosiła tego na policję, bo jakaś dziewczyna mogła nie mieć tylko szczęścia co ona.
Pięć lat później zobaczyła go w Centrum, na Św. Marcinie. Miał tam swój sklep albo serwis komputerowy, prowadzili go razem z bratem. W środku zaczęła cała dygotać. Podeszła do niego i drżącym głosem zawołała:
- Maciej! – obrócił się do niej.
W tej chwili dostał lewego sierpowego. Dla Oliwii było to trudne, ponieważ była niska i chyba nie miała zbyt dużo siły. Miała nadzieję, że chociaż trochę go to zabolało, rozcięła mu wargę pierścionkiem.
- Ty mała kurwo! Co odpierdalasz?!
- Mogę poprawić. To za noc 5 lat temu, zimową, gdy latałam z gołą dupą na ulicy. Skoro nie pamiętasz, to aż strach pomyśleć ile musiało nas być.
Z satysfakcją zauważyła, że miał bliznę przy lewym oku, po jej paznokciach.
Po tym wszystkim po prostu poszła sobie.

Najpopularniejsze opowiadania

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Forum - opowiadania
Reklamy
O autorze
Uriel
Użytkownik - Uriel

O sobie samym:
Ostatnio widziany: 2018-12-09 09:30:41