Śmierć nadejdzie nocą...

Autor: rafal_sulikovski
Czy podobał Ci się to opowiadanie? 0

***

Wstał, jak zawsze wcześniej niż inni. Ludzie dookoła, zamieszkujący razem nowoczesny apartamentowiec na przedmieściach wielkiego miasta, spali zwykle do ósmej, potem wstawali z trudem, często po zarwanej nocy i wychodzili do pracy na dziewiątą. On nie, on wolał pójść wcześniej spać i wstać koło czwartej. Wstawało mu się lekko, rześko, radośnie, z nadzieją, że nowy dzień przyniesie wreszcie odmianę losu, że słońce nie wybuchnie ze złości, że deszcze nie będą zbyt mokre, a ludzie zbyt nienawistni. Tego dnia wstał też koło czwartej, bez budzika, obudzony jedynie kończącymi się snami dzieciństwa, jakże szczęśliwego i wewnętrznym zegarem, który miał sprawny mimo przekroczonej czterdziestki. Po wstaniu wykonał poranne rytuały, jak mycie, ubieranie, śniadanie (kawa, bułki kupione wieczorem, kefir naturalny z Kościana, paluszki rybne), wiecznie miętowy papieros i sprawdzenie poczty elektronicznej. Był uzależniony od sieci, jak większość rodaków. W mieście popołudnia nie tętniły dzieciakami uganiającymi się po podwórkach z kluczem na szyi, pustoszały place, wszyscy szybko, gnani jakimś przymusem, jakąś straszną siłą, wracali czym prędzej do domu, by wejść na “fejsa”, pooglądać młode pupy na “instagramach”, poplotkować na “pudelku”, poczatować na forach, wpisać jakieś rzygi w komentach i ogólnie zapomnieć o realnym świecie tuż za parapetem. 


Ten dzień zapowiadał się więc zwyczajnie, codziennie, rutynowo. Jako przedstawiciel wolnego zawodu był modnym teraz “samozatrudnionym”, nazywanym inaczej “wolnym strzelcem”, czyli frilanserem, co znaczyło wszystko i nic zarazem. Jednak w przeciwieństwie do wielu strzelców, którzy nigdy nie trafiali i nie potrafili złowić zwierzyny pośród gęstych borów litewskich, on trafiał grube ryby, łowił bez przynęty, naturalnie, lekko, świetnie i wybitnie. Po prostu etat nigdy go nie kręcił - “mam robić coś dla kogoś przez całe życie” - powiedział sobie przed lustrem i zaraz następnego dnia po trzydziestych urodzinach, wiele lat temu, złożył wypowiedzenie w jednej z wielkich agencji reklamowych, gdzie wymyślał chwytliwe kampanie reklamowe, nośne hasła, teksty, które widzowie i słuchacze zapamiętywali, rozmawiali nimi, śmiali i parafrazowali w kłótniach i awanturach rodzinnych. Potem niewiele myśląc został pisarzem. 

I wszystko byłoby fajnie i strasznie zwyczajnie, gdyby nie to, że już po tygodniu od rozpoczęcia nowego etapu napisał świetny tekst, który puściła mu największa gazeta w mieście. Był to wybitny esej, analizujący geopolitykę świata, z szerokimi horyzontami, podbudową filozoficzną, nieco naukowy - miał przecież do tego wszystkiego jeszcze tytuł doktorski - ale nie za bardzo, trochę ideowy, albo jak ktoś chce, ideologiczny, mocno spuentowany namalowaną pociągnięciem kilku rysów pióra wizją czekającej świat katastrofy nie tylko ekologicznej, ale i politycznej. Esej zdobył setki tysięcy czytelników, a wersja elektroniczna miliony odsłon, tysiące komentarzy, setki repostów i udostępnień, pochwały redaktora, mnóstwo listów na skrzynce, głównie od młodych lasek, bo zamieszczone koło tekstu zdjęcie ukazywało przystojnego czterdziestolatka o blond ciemnych włosach, szarych, niegdyś błękitnych oczach, o wysokiej posturze, chudego i z wysokim czołem z zarysowaną linią myśliciela. Bo istotnie bywał myślicielem, a jako absolwent kilku kierunków humanistycznych miał wszystkie dane po temu, aby osiągnąć w życiu niemały sukces. 


Po tym pierwszym z dawna szybkim jak efka w pełnym locie sukcesie nadeszły kolejne. Poszedł za ciosem, nie zwolnił, nie siedział na laurach w postaci wygodnej sofy z “IKEI”, nie powiedział sobie “dość, jadę na Seszele”, lecz dalej drążył, wiercił piórem w glebie rzeczywistości, chciał ją ogarnąć intelektualnie, spenetrować jak prawiczek dziewicę, posiąść, odznaczyć się i coś po sobie pozostawić. Teraz, w kolejnym dniu nie było już tego zapału, nie było już tego żaru, tego strzelającego pomysłami płomienia, a w święto ognia pozostał w ukryciu. Dziś miał pewien wyśniony pomysł - chciał mianowicie napisać najpiękniejszy wiersz wszechczasów. To, że taki wiersz gdzieś istniał w sferze potencji, by się wyrazić z deczka filozoficznie, było wiadomym wszem i wobec. Miał mnóstwo portali poetyckich, czytał wiersze na fejsie i ogarniał go niesmak, nienasycenie i niekiedy obrzydzenie zmieszane z zażenowaniem. Poziom wierszy był straszny. Oto jakieś niedoróbki, spisane w tramwaju na kolanie w drodze do strasznej, znienawidzonej pracy w jakiejś agencji reklamowej. Oto klasyczne pseudo-młodopolskie “szare godziny” i inne płody przeciętnych umysłów, zatrzymanych w rozwoju przez natrętną masturbację, palenie zioła i zmienianie co tydzień partnerek seksualnych, jakieś rzygowiny, między którymi trafiały się perły, ale cóż z tego, jak otoczone popiołami ze zgliszczy literatury polskiej, która wydała Norwida. Ale przecież i on nie napisał najlepszego wiersza na świecie. 

Najpopularniejsze opowiadania
Inne opowiadania tego autora

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Forum - opowiadania
O autorze
rafal_sulikovski
Użytkownik - rafal_sulikovski

O sobie samym:
Ostatnio widziany: 2019-08-25 18:25:16