Torebka pani Ziemniakowej

Autor: klaudiuszlabaj
Czy podobał Ci się to opowiadanie? 0

 

W najciemniejszym kącie świnka skarbonka rozsiadła się przed laptopem i przeglądała internetowe notowania giełdowe, czyli coś czego nikt nie rozumiał poza mugolami i samą skarbonką. W półmroku tylko jej różową twarz było widać w sztucznym świetle bijącym z monitora. Była skupiona i baaardzo poważna. Nagle coś wyskoczyło zza sterty komiksów i stanęło sztywno przed wystraszona świnka.

 

- Zobacz! Jestem Picasso! - Pan Ziemniak wyskoczył zza pudełka i wystraszył skarbonkę

- O la boga! Zwariowałeś? Mało co zawału nie dostałem. Jak ty wyglądasz? Kim jesteś? Picasso?!
Pan Ziemniak usta włożył sobie w miejsce oka, oko w miejsce ust, zamiast ucha miał kapelusz, zamiast kapelusza na głowie miał pantofel. Skakał na jednej nodze, bo zamiast drugiej miał rękę trzymającą torebkę pani Ziemniakowej. Tylko jedna ręka i jedno oko były tam gdzie być powinny. Na miejscu.
- No nie wiesz kto to Picasso? To był człowiek malujący dziwne obrazy. Tworzył właśnie takie twarze. Zupełnie inne tak jak teraz moja. To się nazywa sztuka.
Dodał dumnie na końcu mówiąc ustami znajdującymi się nad nosem i łypiąc okiem znad brody na przerażoną skarbonkę.
- Sztuka! - oburzona świnka obróciła się, zaczęła pchać laptopa na drugą stronę dziecinnego pokoju. Odszedł narzekając. - Sztuka to nie jest uczciwa metoda zarabiania pieniędzy.
W tej chwili zza łóżka przybiegł Dino przewracając stertę klocków, ciężko stąpając po ziemi swymi ogromnymi nogami i wymachując szybko malutkimi łapkami jakby chciał ugasić palące się paluszki do chęci zadania pytania. Spojrzał zdziwiony na przemienionego pana Ziemniaka i otworzył szeroko swoją paszczę tyranozaura w dziecinnie ciekawskim pytaniu.
- Sztuka? A co to takiego sztuka? - Zapytał dinozaur tym swoim piskliwym głosikiem w ogóle nie pasującym do swego ogromnego tułowia, tylnich łap i ogona. Tylko jego krótkie przednie łapki i małe, słodkie oczka mówiły, że to nie jest żaden groźny potwór tylko ciekawy świata chłopiec.
- Mnie nie pytaj - krzyknęła z daleka skarbonka - Ja jestem finansistą i rzeczy niematerialne mnie nie interesują.
- Wcale - pan ziemniak zaczął doprowadzać się do ładu, wyciągnął usta sprawną ręką i przytrzymał je wysoko aby odchodząca skarbonka usłyszała go z daleka. - A wiesz ile kosztuje obraz takiego Picasso? Sztuka to jest coś czego wy materialiści nie rozumieją!
- Ja wiem co to jest sztuka! - Dumny głos dobiegł z najwyższej półki z zabawkami. - Sztuka to jest umiejętne władanie swym ciałem w celu pokonania przeciwnika! Ha!
Buzz Astral rozkładając swoje rakietowe skrzydła zeskoczył w dół, odbił się od leżącej na ziemi piłki, wykonał w powietrzu salto i wylądował w szerokim rozkroku pomiędzy Dinem i Panem Ziemniakiem wymachując dłońmi we wszystkie kierunki i świecąc swym laserem po oczach obecnych.
- Hu! Ha! Widzicie te kocie ruchy? Zaskoczenie, atak, kontratak i powalenie. To jest trudna sztuka do opanowania ale bardzo korzystna kiedy przeciwnik ma przewagę liczebną i ma potencjalnie większą siłę fizyczną bądź lepsze uzbrojenie. Siła leżąca w umyśle to jest największy dar mężczyzny.
Kosmonauta skończył pokaz, stanął dumnie jakby pozował do zdjęcia lub miał zostać trwale utrwalony jako pomnik bohatera broniącego planetę przed najeźdźcą z kosmosu. Dino spoglądał na niego jak na pierwszą gwiazdkę świecącą jasno w bożonarodzeniowy wieczór z szerokim uśmiechem zawartym w jednym wielkim WOW!
Buzz trwał tak w świetle chwały, póki nie dało się usłyszeć z drugiego końca dziecinnego pokoju stukot kopyt i kowbojskie okrzyki, które sprowokowały „posąg” do zwrócenia zazdrosnego wzroku w kierunku źródła hałasu odwracającego uwagę od kosmicznego bohatera.
Chudy przygalopował na swym rumaku w pełnym biegu i zahamował mocno aż koń stanął dęba. Jedną ręką podniósł swój kapelusz i zaczął nim wymachiwać przy głośnym okrzyku pasterzy bydła.
- Iiiiihaaa!
Zeskoczył z siodła ze szczęknięciem ostróg o posadzkę i podszedł do gromadki wysoko dźwigając swoje buty aby brzęczały jak najmocniej przy każdym kroku.
- Co tam koledzy? Czemu skarbonka siedzi w kącie taka nadęta? Pokłóciliście się czy co?
- Obraził się bo nie lubi mojej sztuki.
Pan Ziemniak poskładał kawałki swojego ciała do kupy i stanął naburmuszony przed przyjaciółmi czekając aby wsparli jego sprawę. Dino znów zaczął machać krótkimi łapkami w dręczącym go pytaniu.
- Jak to twojej sztuki? Przecież Buzz powiedział, że sztuka to umiejętność...
- To umiejętność osaczenia przeciwnika – dokończył mechanicznie Chudy klepiąc Dinozaura po plecach i dotykając dłonią swego czoła aby ukryć zażenowanie. - Dino! Uwielbiam cię ale do bystrych to ty nie należysz więc ci wytłumaczę. Dla każdego sztuka to co innego. Dla mnie na przykład to rzucanie lassem i jazda konno. Buzz już ci tłumaczył co on lubi. To coś czego nie da się opisać prostymi sprawami, ale ogólnie to coś co wyraża ciebie. Nie wiem co miał pan Ziemniak na myśli ale widocznie miał w tym jakiś cel.
- Pewnie, że miałem. To przez Ziemniakową! Strasznie zrzędzi ostatnio. Mówi, że jestem do niczego, nic nie potrafię, dziwi się jak ona ze mną wytrzymuje ten cały czas. Twierdzi, że nie mam osobowości a nasz związek nie ma sensu bo nie mamy prawdziwej rodziny. I rzuciła we mnie swoją torebką!
- Ooo! To mam spory problem panie Ziemniaku. - Chudy złożył ręce zza plecami i zaczął chodzić tam i z powrotem jak profesor na wykładach w wyższej uczelni mówiący o czymś bardzo ważnym. - Pani Ziemniakowa ma kryzys tożsamości.
- Kryzys? Tożsamość? A ja dalej nie rozumiem o co chodzi z tą sztuką? Czy nikt nie może mi tego normalnie wytłumaczyć? Jak zabawka zabawce? - Dinie wyszły z orbit jego małe oczka na ogromnej głowie z ogromną paszczą. Był bardzo niezadowolony jak na dinozaura przystało.
- Pan Ziemniak chciał pewnie swej małżonce zaimponować! A przecież najlepszy jest pokaz siły i chęci aby wzbudzić zachwyt wśród fanów! Atakować! Atakować! ATAKOWAĆ! - Buzz uniósł się podniecony własną energią. Ścisnął pięści i głośno dopingował pana Ziemniaka do działania.
- A czy znana jest pozycja wroga admirale?
Wzburzony głos dobiegł ich spod biurka i cała gromadka przyjaciół poczuła na sobie wzrok setki mniejszych od siebie ale bardzo wojowniczych i odważnych plastykowych postaci.
- Eee... - Buzz nie wiedział co powiedzieć - no... Kobiety?
- Ach tu się ukrywasz! Znudziła ci się zabawa w małpę to ucinasz sobie pogawędkę z kolegami a o mnie zapomniałeś ty kosmonauto z tekturową rakietą! - Jessy wkroczyła między chłopaków z groźniejszą miną od całej setki żołnierzy.
- Wojsko! - huknął głosem kapitan. - Obezwładnić i do niewoli!
- Stać! - Zaprotestował Buzz - To pomyłka. Ja nie chcę jej nic zrobić. Ten atak to tylko przenośnia.
- Myślisz, że sobie nie poradzę z tą bandą oszołomów? Wątpisz w moją kobiecą waleczność? - Jessy była coraz bardziej wściekła.
- Jak ona nas nazwała? - Kapitan był niepocieszony. Jego rozmiar nie był adekwatny do tego co miał w swoim małym plastykowym żołnierskim sercu. - Admirale! Czy mamy interweniować?
- Inter... Co?! - wtrącił Dino, który miał już dość bycia przez wszystkich ignorowanym.
- Całość spocznij! - Przekrzyczał wszystkich Chudy. - Słyszycie? Ktoś idzie po schodach! To pewnie babcia! Zgasić światło! Na stanowiska! I to szybko.
Rzeczywiście z dołu ktoś wchodził po schodach bardzo powoli. Zabawki miały na tyle czasu aby schować się tam skąd wyszły i doprowadzić pokój do takiego stanu jaki zostawił chłopiec przed wyjazdem.
Drzwi otworzyły się szeroko wpuszczając do środka sztuczne jasne światło i ogromny krągły cień, który pojawił się w świecie zabawek jak jakaś istota z innego świata.
- A cóż to tak hałasuje? Radio włączone czy cóś? - Głos był jednak bardzo ciepły i miły. Pod łóżkiem nie jedno szmaciane, drewniane, bądź blaszane serduszko zabiło o wiele łagodniej. Już się nie bało.
- Ależ tu duszno! Chłopak chyba nigdy tu nie wietrzył. Otworzę na noc okno, jak jutro rano wróci z rodzicami to będzie miał raźnie i świeżo w swym pokoju.
Mówiła głośno do siebie a jednak każda zabawka przyznała jej rację jakby babcia faktycznie prosiła je o pozwolenie. Weszła do środka, zbliżyła się do okna i otworzyła. Potknęła się o coś zawracając. Z trudem zginając stare kości podniosła z podłogi dwie zabawki jakie potrąciła swoim miękkim kapciem.
- Co to? - Podniosła pana Ziemniaka i Dino. - Ten zielony jest bardzo słodki ale ten gruby coś ma nie tak z twarzą. Tak ma być specjalnie? Hmmm... Że też ten chłopak trzyma jeszcze na wierzchu te stare zabawki, schowałby je na strych albo oddał do przedszkola. Widocznie czułe ma serce i przywiązuje się do wspomnień. Ach! Dobry z niego dzieciak!
Postawiła zabawki na biurku pod oknem i wyszła cicho przymykając drzwi jakby wiedziała, że ktoś jest w pokoju. Dwie zabawki ożyły tylko kiedy zamknęły się drzwi.
- Słyszałeś? Jestem słodki! - Zachwycony Dino złączył swoje króciutkie rączki i przytulił je do swego policzka na ogromnym pysku z wielgachnymi zębami.
- No świetnie! Taka wiekowa a nie wie kto to picasso! Nie zna się na sztuce ale przynajmniej szanuje zabawki. Dino, pomóż mi. Nie potrafię sobie wyciągnąć ręki z torebką od Ziemniakowej. Zaklinowała się.
- A jak udało ci się ją samemu wsadzić? 
- Bez problemów. Ale teraz chcę ją wyciągnąć i nie potrafię. Pomóż mi!
Dino rzadko używał swoje krótkie łapki więc chwycił torebkę w swoją ogromną paszczę, zaparł się ogromnymi stopami i pociągnął z całej siły. Pan Ziemniak poleciał do tyłu, Dino w przeciwną stronę a torebka wyleciała daleko w powietrze wprost za otwarte okno i znikła w ciemności za kurtyną cicho padającego śniegu.
- No i po torebce. - posmutniał Dino siedzący na brzegu biurka a jego malutkie oczka zalśniły.
- Bez przesady. Nie z takimi problemami dawaliśmy sobie rady. Chudy i Buzz nam pomogą oni są najlepsi w wypady do świata ludzi.
Pan Ziemniak nie okazał przerażenia jakie zagościło w jego sercu. Pozbierał się szybko. Odwrócili się do tyłu i z biurka spojrzeli zaskoczeni w dół, na scenkę kłótni rzadko mającej miejsce w świecie zabawek pozbawionych broni zagłady. No, nie licząc śmiercionośnego lasera na ręce Buza, który był bardzo uciążliwy jeżeli poświecić nim człowiekowi po oczach, gorszy od upartej muchy siadającej na ulubionym deserze, czy budzącego ze snu w środku nocy brzęczącego komara. Właśnie za rękę z tym laserem, Jessy ciągnęła Buzza i wykrzykując coś pokazywała radio w jednym rogu pokoju. Chudy ciągnął Buzza za drugie ramię w przeciwnym kierunku tam gdzie chłopcy urządzali sobie męskie rozrywki. Wszystkim dopingowali głośnym krzykiem żołnierze zwartym kręgiem otoczywszy walczącą kowbojkę i kowboja o jedynego kosmonautę w ich małym uniwersum.
- Ale oni są chyba strasznie zajęci. - Jęknął Dino
- Rzeczywiście. A śnieg zaraz może przysypać torebkę i znajdziemy ją dopiero wiosną. Ta opcja nie wchodzi w grę. Ziemniakowa mnie nie będzie chciała widzieć. Sam to muszę załatwić jestem na tyle doświadczony aby sobie dać radę w tym dzikim świecie.
- Zaczekaj! Pójdę z tobą! Przecież to ja ją wyrzuciłem.
- Ale to ja poprosiłem cię o pomoc. Ja wygłupiłem się z tą sztuką a la picasso. Ja chciałem zaimponować małżonce. To ja dostałem torebką po głowie bo jestem niepotrzebną, starą i nudną zabawką.
- Ale... Ja chcę ci pomóc i wcale nie jesteś niepotrzebny. Przecież ja cię bardzo lubię. Jesteś najcieplejszy ze wszystkich zabawek jakie znam.
- Co? O czym ty mówisz? Ja najcieplejszy? Przecież jestem z plastyku tak jak ty! No może ty jesteś twardszy, bo jesteś dla starszych chłopców ja dla dzieci do lat pięciu to mam miękkie, duże i zaokrąglone krawędzie aby dzieciaki przypadkiem nie zrobiły sobie krzywdy. Ale żebym był cieplejszy?
- No sam nie wiem. Tak mi się powiedziało bo tak czuję. Nie miałem innego słowa bo nie jestem mądry jak ty. Powiedziałem to... No... Bo...
- Powiedziałeś to spontanicznie i użyłeś metafory.
- Nie wiem co mówisz ale zapewne masz rację. Przecież jesteś mądrzejszy niż ja.
- Być może ale to nie znaczy, że jestem tak dobry jak ty. To co chcesz iść ze mną?
- A co z nimi? Buzowi chyba zaraz wyrwą rękę. - dino z troską wskazał palcem rozrywanego przez przyjaciół kosmonautę na drugim końcu pokoju
- Jego kobieta, jego przyjaciel, jego problem. Mój problem to torebka mojej kobiety. Skaczemy?
- A nie lepiej zejść schodami i wyjść przez drzwi? Babcia nie będzie problemem. Chodzi bardzo powoli i źle słyszy. A nawet jeżeli nas zauważy to powiemy jej, że zasnęła i śni o zabawkach, które ożyły i same chodzą tam gdzie im się podoba
- Nie. Za dużo fatygi. Skaczemy. Będzie szybciej a śnieg zamortyzuje upadek. Będzie dobrze! No pierwsze koty za płoty.
I skoczył zostawiając Dino samego na parapecie jak spogląda w dół i wskazuje palcem coś w powietrzu, jakby zdanie które nie zdążył wypowiedzieć.
- He? Na dole czekają na nas koty? Przecież nasz dom nie ma płotu! Muszę je koniecznie poszukać. Jeszcze zmarzną przez noc. Pewnie są bezdomne i dawno nie piły ciepłego mleczka! Biedaczyska.
I znikł z parapetu bez okrzyku i bez jakiegokolwiek znaku strachu, jakby była to dla nich codzienność: skoki z dużej wysokości w przestrzeń gdzie nic nie widać i nic nie można przewidzieć. Widocznie zabawki nie mają serc i nie mają gdzie odczuwać strachu. Cały czas się uśmiechają.
Dino wpadł w gęsty puch i wbił się swymi wielkimi stopami aż po same łapki, nad powierzchnię wystawała tylko jego długa szyja i z głową, pod śniegiem znikł też jego gruby ogon. Właściwie to ogon spowodował, że zielony potworek nie wpadł głębiej.
Rozejrzał się na boki. Pusto i cicho. Śnieg przykrył wszystko, każdy krzak, skrzynkę na listy, słupek, hydrant, krasnala ogrodowego sąsiadów i ich cały dom. Bo dalej nic nie było widać tylko świecące okna w ciemności i płatki śniegu.
- Ładnie! Ale gdzie jest pan Ziemniak - pomyślał głośno Dino.
- Hm he hm emm!
- Co?!
Rozejrzał się jeszcze raz wokół i jedyne co zauważył to dziurę tuż obok miejsca własnego upadku a z niej dobiegł go stłumiony głos krzyku:
- Wygoge me!
- Wyciągnąć cię? - zapytał po bardzo długim zastanowieniu.
- No!
Skrył swój łeb w dziurze, kłapnął zębiskami i pociągnął pana Ziemniaka do góry za nogę, bo ona była zakopana najpłycej. Pan Ziemniak zawisnął nad śniegiem w paszczy uśmiechniętego Dina.
- Spadłem głową w dół. Możesz mnie puścić. Nieswojo się czuję trzymany za nogę przez mięsożercę. Oczywiście tylko z założenia, bo przecież moja noga nie jest mięśniem a ty nic nie musisz jeść.
Dino upuścił Ziemniaki na miękki śnieg. Tym razem nie wbił się tak głęboko. Stanął na swych krótkich nóżkach otrzepał się ze śniegu jaki przykleił mu się do wąsów, uszu i melonika.
- I co teraz? - Zapytał Dino wygrzebując się z dziury jaką wybił tuż pod ścianą ich domu.
- No... Szukamy torebki! Trzeba odgarnąć ten śnieg. Musiała upaść gdzieś tu niedaleko.
- Odgarnąć TEN śnieg!?
Dino wskazał przestrzeń przed sobą gdzie nie było właściwie nic poza śniegiem gdzie okiem nie sięgnąć.
- No mówiłem ci, że nie musisz iść ze mną. Jak chcesz to wracaj. Ja nie mogę. Muszę znaleźć tą torebkę bo moja żona będzie zła do końca świata.
Pan Ziemniak ściągnął swój melonik, pochylił się z wielkim trudem bo przeszkadzał mu jego pulchny brzuszek i bardzo szybko zaczął przerzucać śnieg swym malutkim nakryciem głowy. Jego towarzysz przyjrzał słodkimi oczkami jak pan Ziemniak pracuje tym małym melonikiem i na ilość śniegu jaka czekała do odgarnięcia. Jago duża głowa zaczęła intensywnie pracować i z ust wypadła mu bardzo cicha ale bardzo mądra odpowiedź.
- On chyba sam nie da rady. Nawet do wiosny!
Dino obrócił swą ogromną głowę i spojrzał na swój duży zielony ogon, machnął nim kilka razy i drugi raz spojrzał na pana ziemniaka, który znikł już pod warstwą śniegu w małym krótkim rowie jaki sam wykopał i kierował się powoli w stronę ulicy.
Zielony potworek pochylił się do przodu, ogon opadł niziutko, aż dotknął warstwy śniegu i zaczął szybko wyginać się z lewa na prawo w bardzo szybkim tempie. Ogon opadł jeszcze niżej i zaczął przerzucać śnieg. Dino ruszył do przodu sprintem i okrzykiem.
- Z drogi panie Ziemniaku! Ja to załatwię! 
Rozpędził się jak latem ojciec chłopaka z kosiarką szczyrzący trawnik. Przy czym teraz nie było trawy bo była zasypana, jedyno co było zielone to właśnie Dino biegający daleko, aż do granicy posesji, gdzie kończył się teren domu a zaczynała ulica i wracał ale już inną ścieżką obok wydeptanej przez ogromne stopy tyranozaura.
Odrzucany śnieg układał się w wysoką zaspę na bokach ogromnego prostopadłościanu jaki po kilkunastu minutach biegania wygrzebał spod śniegu Dino. Pod śniegiem leżała jeszcze bardzo dobrze zachowana zielona, krótko ścięta trawa, taka jaką zostawił jesienią ojciec chłopca kiedy przyszły pierwsze przymrozki i zamroziły zielony dywan nie przykryty ochronną warstwą opadłych z drzew liści. No tak! Tata bardzo dbał o wygląd domu na zewnątrz. Musiał być czysty, żeby wszyscy dobrze widzieli jaki gospodarz jest schludny.
Ziemniak i Dino stanęli na środku swego boiska i rozglądali się z nadzieją na boki.
- Muszę ci powiedzieć, że wykonałeś kawał solidnej roboty Dino! Nie spodziewałbym się tego po tobie.
- Hi, hi. Ma się ten ogon!
- Ale torebki i tak nie widzę. - Dodał smutno - Pewnie jest w której z tych zasp. Uf... Zaraz noc się skończy, trzeba wrócić i się przyznać. Oj, będzie niezadowolona pani Ziemniakowa.
- A dlaczego jest taka zła? Dlaczego rzuciła w ciebie torebką? Co ci powiedziała? Boli ją coś? Zapytałeś? A jeżeli jeszcze nie pytałeś to dlaczego?
- Nie za dużo pytań na raz? Dziecinny jesteś Dino!
Jak ci to wytłumaczyć? Pani Ziemniakowa miała zły humor po świętach. No wiesz cała ta rodzinna atmosfera. Niby MY jesteśmy dla siebie stworzeni, bo kupiło się nas już w zestawie, podobni jesteśmy jak mąż i żona tylko, że nie mamy własnych dzieci. I to jej chyba przeszkadza. Ja to wiem. Rozumiem ją przecież widzę co się z nią dzieje. Ale co mam zrobić? Próbowałem różnych rzeczy ale wychodzę tylko na idiotę. Zresztą powiedziała, że do niczego się nie nadaję i chyba ma rację!
- Hee? - Dino poruszył się po usłyszeniu ostatniego zdania. - Ty na idiotę? Przecież jesteś najmądrzejszy z nasz wszystkich! Pani Ziemniakowa chyba nie wie co mówi! Może jest chora? A ma gorączkę? Sprawdzałeś? Dotykałeś jej czoła powierzchnią dłoni? Mama od Mateusza zawsze tak robi kiedy nie chce wstać z łóżka.
- Dino? Jesteśmy zabawkami! Ludzie chorują a nie my! Jest zimno a my stoimy na mrozie od godziny i nie zmarzliśmy.
- Ale rozmawiamy jak ludzie! Chodzimy jak ludzie! Bawimy się! Smucimy! Cieszymy i... Na kometę niosącą zagładę dla gadów! Co to jest!
Dino nagle się przeraził, skrył za plecami pana Ziemniaka, mimo iż przerastał go o głowę. Skulił się i wystawił powoli łeb znad pleców kolegi spoglądając w drugi róg boiska jakie utworzyli odgarniając śnieg z trawnika. A tam, w drugim rogu wylądował mały ptaszek i zaczął skubać zamarznięte źdźbła trawy.
- No i niektórzy z nas panikują z byle powodu - po cichu dokończył wypowiedź pan Ziemniak. - Dino nie bój się! To tylko wróbel! Głodny jest! Odgarnąłeś spod śniegu kawał ziemi, której on by tymi swoimi malutkimi pazurkami nie odgrzebał. Widzisz? On tylko dzióbie sobie w ziemi! Zupełnie nie jest dla nas groźny.
Wróbel skakał tu i tam skubiąc trawę, czasami rozgrzebał trochę ziemi i wyciągnął jakiegoś zlodowaciałego robaka i szybko połykał. Dino wychylił się zza pleców przyjaciela i wskazał palcem ptaszka.
- Tylko dzióbie? Moim zdaniem źle mu z oczu patrzy. Zobacz jakie wielki ma ten dziób. Na pewno bardzo ostry. Ach! Dziabnął jakąś glizdę i zjadł na surowo. On jest POTWOREM!
- Przecież on jest mniejszy nawet ode mnie. A ty jesteś większy od niego co najmniej trzy razy.
Pan Ziemniak powiedział to bardzo spokojnie ale był już znudzony i zawiedziony. Marzył o powrocie na piętro, do ciepłego dziecinnego pokoju gdzie czekała na niego jego kochana, chociaż wściekła żona.
- Co z tego, że jest mały? Spójrz na te małe czarne oczka! Są jak studnia bez dna! Istne źródło szaleństwa!
- Ćwir! Ćwir!
Wróbelek zaspokoił pierwszy głód i zaczął z ciekawością przyglądać się swoim sąsiadom. Zaświergotał, przekręcił łepek na lewo i na prawo i znowu zaświergotał.
- Co on tam wygaduje? Świruje? Na pewno świruje! Chce nas zadźgać dziobem i pożreć!
- Tak. Twój ogon na pewno wydaje mu się apetyczny! Przypomina mu ogromną, świeżutką i soczystą dżownicę. Szkoda tylko, że jest większa od niego. Pewnie się zastanawia jak ją połknąć!  
- Zaraz! - Dino zapomniał o strachu i zaczął się przyglądać podejrzliwie wróbelkowi. - On coś trzyma w tym swoim dziobie. To torebka pani Ziemniakowej! Oddawaj potworze!
Wyszedł zza pleców pana Ziemniaka i zrobił niepewny krok w kierunku ptaka. Wróbel trzymając torebkę w dziobie, o dziwo skoczył kilka razy do przodu, bliżej zielonego dinozaura i łypnął na niego kilka razy jednym okiem. Małym, czarnym i bardzo głębokim! Nagle ni z tego ni az owego, machnął skrzydełkami, podskoczył w górę i dziobnął Dina prosto w czoło. Odskoczył do tyłu, jakby zrobił to z ciekawości i chciał zobaczyć co się stanie z wielką zieloną glizdą.
- Dziabnął mnie! Dziabnął! Aaaa...
Dino zapłakał, chwycił się za głowę i zaczął się zataczać jak ciężko ranny żołnierz, oślepiony i przerażony. Zupełnie zapomniał o istnieniu ptaka, który wciąż stał obok i przyglądał się z ciekawością na tańczącego dinozaura.
- Nie! Nie! Nie! Co ja teraz zrobię? Mam tak mało rozumu a teraz mam jeszcze dziurę w głowie i wszystko mi z niej wyleci, nic nie zostanie. Dziura! Jedna wielka dziura. Nic mi nie zostanie bo ten mały dziobem dziurę mi w głowie zrobił. Za co? Tatusiu! Aaaa!
Przystanął, oparł się o pana Ziemniaka i zaczął płakać jak kilkuletnie dziecko lejąc łzy na wszystkie strony i wywołując wokół panikę, strach i śmiech gdyby obserwowali go ludzie a nie wróbel i zdziwiony pan Ziemniak.
- Jak mnie nazwałeś? - Po raz kolejny powiedział coś po cichu, jakby tylko do siebie, zastanowił się chwilę i oprzytomniał jakby doszedł do wniosku że się pomylił lub coś źle usłyszał.
- Dino! Głupstwa wygadujesz! On ci żadnej dziury nie zrobił tylko puknął cię lekko w czoło. Jak się w tej chwili, nie opanujesz to ja cię zaraz też puknę, ale tak, że do wiosny będziesz gwiazdkę widział na swoją wielgachną i pustą głową! Zrozumiałeś?
Dino przestał krzyczeć i płakać, spojrzał na pana Ziemniaka z poważną miną, wyprostował się i wypowiedział zdanie jak dorosły dinozaur a nie taki, który dopiero co wykluł się z jajka. 
- Mówisz zupełnie jak tatuś tego chłopca z naprzeciwka co chciał Buzza wysadzić rakietą w powietrze! Niedobry tatuś.
- Patrz! Wypuścił torebkę z dzioba.
Rzeczywiście, wróbel wypuścił torebkę na ziemię i nadal stał w miejscu obserwując z ciekawością rozmawiające zabawki. Zieloną glizdę i okrągłą bulwę.
- Ja to załatwię! - Dino pewny siebie zrobił krok do przodu, zrobił słodkie oczka i powoli opuścił swój łeb w dół, do poziomu wróbla.
- Dobry wściekły wróbelku! Oddasz torebkę po dobroci?
Zachęcił ptaszka ale chyba nie był pewny siebie, bo wróbel przeskoczył leżącą na ziemi torebkę i zbliżył się niebezpiecznie do Dina.
- Ćwir! Ćwir!
Tym razem to nie brzmiało jak wcześniejsze ''ćwir, ćwir'' oznaczające chyba ''dzień dobry''. Teraz to było ''ćwir, ćwir'' brzmiące jak ''odejdź! to moje!''.
- Mam tego dość. Oddawaj! To nasza torebka!
Zrobił kolejny agresywny krok w kierunku wróbla a ten jak nie zacznie świergotać z całej siły na wszystkie strony, skakać wokół torebki na lewo i na prawo i trzepotać przy tym skrzydełkami jakby się cały zapalił od złości. Wreszcie stanął w miejscu z jedną łapką położoną na torebce.
- Ćwir! Ćwir! ĆWIR ! - w tłumaczeniu na język zabawkowy brzmiało to jak ''Nie ma mowy! Nigdy!''   
I na dowód prawdziwości tego świergotu w pobliskich krzakach coś się zawierciło, zatrzepotało, zaćwierkało i jakiś cień zerwał się spod śniegu jaki przykrył śpiące zimą rośliny i na boisku wylądowali kolejni zawodnicy meczu gdzie po jednej stronie stał Dino i pan Ziemniak a po przeciwnej stronie wylądował gang głodnych wrażeń wróbli. Pomiędzy nimi leżała torebka pani Ziemniakowej, która nikomu z tej grupy tak naprawdę się nie podobała bo miała żółty kolor i była tylko dekoracją, więc chłopcom i mężczyznom nie potrzebna a jednak wojna o ten przedmiot się rozpoczęła.  
- Niedobrze. - Pan Ziemniak jako najrozważniejszy chciał się wycofać. - Mały sprowadził kolegów. Dino wycofujemy się! Oni mają przewagę liczebną. Ta walka nie jest tego warta. Wolę już słuchać kazania żony niż być dziobany przez tych uparciuchów. Spadamy!
- Nie! Mam dość pomiatania. Nie damy się bandzie oszołomów siedzących bezczynnie w krzakach i czekających aż im ktoś jedzenie spod śniegu wygrzebie.  - Dino nagle nabrał siły i odwagi - Oddajcie torebkę!
Ruszył do przodu drąc się jak wtedy kiedy dostał w czoło tylko tym razem nie uciekał od przeciwnika tylko biegł wprost na niego. Bandę wściekłych wróbli.
Zielona duża glizda znikła pod podskakującymi i drapiącymi pazurkami, trzepoczącymi skrzydłami i unosząco się wokół walczących chmurą śniegu zmieszanego z piórami. Ziemniak stał i przyglądał się osłupiały jak Dino dzielnie walczy i kiedy znikł mu z oczu zorientował się, że nie może tak bezczynnie stać. Rozpędził swoje pucowate ciało i machając na boki szerokimi dłoniami wskoczył od tyłu na pochylone nad dinozaurem wróble.
- A sio bando wandali! Wynocha do swoich gniazd i pilnujcie swoich spraw a nie pchajcie się na czyjeś podwórko kurduple!
Wróble wystraszyły się grubego głosu pana ziemniaka wydobywającego się spod sumiastego wąsa. Tak naprawdę to chyba przeszkadzał im piskliwy głosik Dino, który nijak miał się do jego wielkości. Za to pan Ziemniak mimo iż mniejszy od Dino miał głos jak dorosły człowiek więc odlecieli natychmiast zostawiając na trawie leżącego Dina.
- Dino! Co z tobą?
- Aj... - Uniósł łapkę trzymającą żółtą torebkę - mam ją!
- Ale nic ci nie jest?
- Nie. Właściwie to czuję się tylko jakoś taki... Jakbym się najadł i nie chciało mi się wstać z łóżka. Zadziobany. Tak, to pasujące słowo. 
- Jesteś pewny, że wszytko w porządku? - Pomógł podnieść się Dinowi z ziemi.
- Właściwie to czuje się wyśmienicie! - Odpowiedział po krótkim zastanowieniu się i uśmiechnął się szeroko swą ogromną paszczą.
- To dobrze! Wracajmy.
- Aha. Tak sobie myślałem zanim skoczyliśmy z okna na podwórko czy nie powinniśmy komuś powiedzieć, że wychodzimy na bo jak teraz mamy wrócić?
Pan ziemniak otworzył szeroko usta i wydobył z siebie długie, nieśmiałe ''e''.
- No nie wiem. Nie pomyślałem. Chyba zbyt szybko działałem a mało myślałem.
- Nie szkodzi. Wrócimy na hardcora!
- Że jak? Hard... Co?
- No nie wiesz! Na bezczela! Ostro i brutalnie! Jak prawdziwe dinozaury. Siła i masą!
- Dino... chyba nie chcesz użyć zębów?
- Nie... Dlaczego? Może i mam wielką ochotę coś ugryźć ale wydaje mi się, że największa siła płynie z głowy a nie z wielkości. Sam mi to pokazałeś. No i jestem pewien, że nam się uda bo to bardzo prosty, chociaż szalony pomysł! Będziemy rzucać śnieżkami.

Najpopularniejsze opowiadania
Inne opowiadania tego autora

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy
O autorze
klaudiuszlabaj
Użytkownik - klaudiuszlabaj

O sobie samym: Kim jestem? Ojcem pięcioletniej Weroniki, pisarzem, robotnikiem, kucharzem, melomanem, kinomanem, samotnikiem, rowerzystą, pasażerem autobusu 672 Wesoła-Katowice. W skrócie ale prawdziwie.
Ostatnio widziany: 2013-06-19 08:52:35