Zemsta Esmeraldy
Za siedmioma górami, za siedmioma lasami i za siedmioma rzekami… w czasach, gdy stosowanie magii i czarów było tak powszechne jak dzisiaj tabletka antykoncepcyjna, był sobie gród Krokunus. W Krokunusie tym żyło wiele wróżek i czarownic, a najsilniejsza z nich miała na imię Esmeralda. Wiedźma ta była nie tylko wprawiona w cudowne i nie do końca dla pospólstwa zrozumiałe rzemiosło magiczne. Oprócz tego stanowiła też całkowite przeciwieństwo dzisiejszego rozumienia wiedźmy. Kobieta ta obdarzona była niespotykaną urodą. Miała bujne włosy, czarne kontury oczu i zalotnie skręcone rzęsy. Inne kobiety zazdrościły jej piękności. Wreszcie niejaka Marcelina Złośliwa postanowiła oszpecić ją za pomocą czarów. W magicznej księdze znalazła zaklęcie dzięki któremu mogła zamienić się z nią urodą. Właściwie wszystko było już gotowe, tylko brakowało jej jednego składnika. Można nawet powiedzieć, że malusieńkiego składniczka. Rzecz praktycznie bez znaczenia...
Ot zwyczajny, drobny, zupełnie niezauważalny włos Esmeraldy.
Marcelina potrzebowała go do ukończenia swojej mikstury, ale nie martwiła się trudnościami z jego zdobyciem. Oprócz umiejętności magicznych była bowiem niezwykle zawzięta i uparta. Przeważnie osiągała swe cele przez swój męcząco-dręczący charakter. I tym razem postanowiła nie poddawać się.
„Tylko co zrobić, żeby zdobyć ten włos?” – Zastanawiała się przez wiele godzin. Nie była wulkanem inteligencji, więc rozmyślania te przeważnie nie przynosiły zadawalającego rezultatu. Jednak nawet jej w końcu udało się odnieść jakiś rezultat myślowy.
„Pójdę do niej, niby po magiczny eliksir, a przy okazji zdobędę włos” – Ucieszyła się czarownica i postanowiła tak właśnie uczynić.
Nazajutrz już stała przy chatce Esmeraldy. Był to budynek stary, ale dziwnie świeży. Niby pokryty mchem i porośnięty starą winoroślą, ale jednak prześwitujące miejscami drewno nie było w najmniejszym stopniu nadgryzione zębem czasu. Przeciwnie nawet – grube, ciężkie bale jeszcze pachniały żywicą. Miejscami zdawało się nawet jakby wypuszczały nowe listki. Marcelinę nie zastanawiały takie głupoty. Nie po to przychodziła tutaj z niecnym planem, aby teraz knocić go z powodu głupiego budynku. Po prawdzie, to bała się, że zapomni co ma zrobić i coś pójdzie nie tak. Plan miała dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Zamierzała przywitać się wylewnie, urwać włos, poprosić o niedorzeczną miksturę i wyjść zostawiając nieświadomą niczego Esmeraldę w jej głupim domku. Marcelina ucieszona intrygą przypomniała sobie kolejny raz swój plan (bo bała się, że o czymś zapomni) i zastukała w drzwi przymocowaną do nich kołatką. Pierwsze dwa głuche dźwięki nie przyniosły pożądanego rozwarcia wrót. Jednak po trzecim stukocie drzwi rzeczywiście się uchyliły. Marcelina miała nadzieję ujrzeć w nich wiedźmę i witając się z nią wylewnie niespostrzeżenie wyrwać włos. Jednak tak się nie stało. Otóż drzwi uchyliły się same. Przerażona czarownica cudem powstrzymała odruch ucieczki i niepewnym krokiem weszła do środka.
- Zapraszam w moje skromne progi – Usłyszała głos, który wydobywał się nie wiadomo skąd. To ją całkowicie wytrąciło z równowagi. W tym właśnie momencie cały plan diabli wzięli. Nie było wylewnego przywitania, więc nie było możliwości oskubać przy tej okazji Esmaraldę. Podłamana na duchu Marcelina weszła jednak dalej. Gdy tylko przeszła przez ogromny korytarz zobaczyła, że kończy się on trzema drzwiami. Teraz to już całkiem pewność siebie ją opuściła. Nie miała zielonego pojęcia, które z nich powinna wybrać. Na szczęście jedne z drzwi znowu same się otworzyły. Tym razem nie była na to przygotowana, więc podskoczyła jak oparzona. Za drzwiami ujrzała komnatę pełną szaf i regałów. A w środku, przy wielkim dębowym stole siedziała Esmeralda i śmiała się radośnie.
- Widzę, że bardzo wystraszyłaś się moich samootwierających się drzwi. – Powiedziała nie przestając się śmiać. Jej śmiech był tak serdeczny i zaraźliwy, że Marcelina też poczuła nieznaną sobie do tej pory wesołość. Jednak powstrzymała tą ogarniającą ją niszczącą siłę i pozostała chmurna i posępna. Plan nie wypalił. Nie udało się jej zbliżyć do Esmeraldy na tyle, by zdobyć jej włos. Zatem pozostawało udawać, że wszystko jest w porządku, aby tylko się nie zorientowała. Wszak w każdej chwili mogła przemienić ją w ropuchę, albo w coś jeszcze gorszego. Wstrząsnęła się na samą tylko myśl o tym i czym prędzej powróciła do swej roli. Zrobiła znękaną minę i powiedziała niepewnie:
- Witam Esmeraldo. Potrzebuję twojej pomocy. – Zabrzmiała najsmutniej jak tylko umiała.
- Co się stało Marcelino? – Zapytała z nieukrywaną ciekawością wiedźma. Na dźwięk swego imienia Marcelina aż się wzdrygnęła. Była pewna, że jej nie zna, że nie kojarzy nawet. Tymczasem okazało się, ze jest zupełnie inaczej. Strapiona Marcelina, chcąc nie chcą musiała brnąć dalej przez to przedstawienie.
- Widzisz, mam pewien problem, ale trochę mi wstyd o tym mówić. – Powiedziała tylko. Miała zamiar wymyśleć jakiś problem z uczuleniem na dłoni, albo alergią na osy, ale teraz pomysły te wydawały się słabe. „Skoro ona wie jak mam na imię, to znaczy, że wie też kim jestem i że również zajmuję się magią. Zatem prosić ją o coś takiego, to byłoby niedorzecznością, bo każda czarownica umie sobie radzić z takimi drobiazgami.” – Pomyślała Marcelina i na tym jej pomysłowość się zakończyła. Wiedziała, że jej plan całkowicie spalił na panewce, więc nie miała zamiaru brnąć w niego dalej.
- Nie przejmuj się. Jeśli tylko będę mogła, to spróbuję ci pomóc. Jednak żeby ci pomóc muszę wiedzieć co to za sprawa. – Odparła ciepło Esmeralda. Marcelina załamała się. Co niby miała wymyśleć? Jakiej to magicznej rzeczy nie mogłaby dokonać samodzielnie? Nie wiedziała. I nie chciała wymyślać na poczekaniu, bo myślenie nigdy nie było jej dobrą stroną. Dlatego, słusznie zresztą, bała się, że może coś niewłaściwego powiedzieć.
„Zaraz się domyśli, zezłości i mnie zaczaruje. Albo umieści w jakimś mokrym, ciemnym lochu i pozwoli, żebym tam zgniła za życia” – Biadoliła w myślach Marcelina. W końcu nie wiedząc co ze sobą zrobić, a jednocześnie czując, że najgorsze zbliża się nieuchronnie rozpłakała się.
Esmeralda natychmiast podeszła do niej, objęła ją ramieniem i rzekła ciepło:
- Nie płacz, moja droga. Czasem tak jest, że problemy nas przygniatają. Jednak pamiętaj, że zawsze można coś z nimi zrobić. Trzeba tylko tego chcieć i być mocno do tego zdeterminowanym. Może nie umiesz o tym jeszcze mówić, ale jak chcesz pomocy, musisz się i tego nauczyć.
Marcelinę załamały te słowa. Tak – była nieszczęśliwa i owszem – nie czuła się na siłach by o tym mówić. Kiedy płakała, gospodyni podsunęła jej krzesło, aby usiadła. Ponieważ nadal nie była w stanie niczego powiedzieć, wiedźma zaproponowała oprowadzenie jej po swoim domku. Z braku lepszego pomysłu czarownica przystała na to. Dlatego już po chwili wędrowały zakamarkami dziwnej chatki i oglądały kolejne pomieszczenia.
- To jest miejsce, w którym trenuję swoje ciało. Widzisz nie tylko umysł jest ważny, ale też jego opakowanie. – Powiedziała Esmeralda mrugając do niej porozumiewawczo. Właśnie stały w progu pomieszczenia, w którym znajdowały się dziwne machiny, które Marcelinie najbardziej przypominały narzędzia tortur. Wtedy olśniło ją, że kiedyś jedną z takich dziwnych maszyn miała mieć. Dlatego odezwała się od razu:
- Mój Antek miał za darmo przynieść takie urządzenie, bo znajomy chciał się pozbyć, ale potem się rozmyślił. – Nie dodała niczego więcej, a Esmeralda widząc jej wciąż lekko drżącą brodę, nie drążyła tematu i nie dopytywała kto się rozmyślił, czy Antek, czy znajomy.
Gdy weszły do kuchni ich oczom ukazała się tłokarnia owoców. Marcelina nie wierzyła własnym oczom. Oto oglądała najprawdziwszą maszynę do otrzymywania tego niebiańskiego nektaru. Wiele o jego cudownych właściwościach słyszała, ale tylko raz miała okazję spróbować tej ambrozji w czystej postaci.
- Dużo kosztowała? – Nie umiała się powstrzymać od zadania tego pytania. Dopiero gdy je wypowiedziała, zrozumiała, że nie powinna, ale było już za późno.
- Nie, dużo. Tylko trzysta dukatów. – Odparła Esmeralda udając, że nie dostrzega jej zażenowania.
- Też moglibyśmy taką mieć, gdyby nie… - Marcelina nie dokończyła zamykając swoje usta żalem.
Wiedźma znowu nie dopytywała się, aby nie wprowadzać swojego gościa w zakłopotanie.
W kuchni zastały też dwa świeżo upieczone bochenki chleba. Pachniały miło, domowo. Marcelina zachłysnęła się przyjemnym zapachem.
- Sama je upiekłaś? – Nie umiała ukryć podziwu. Esmeralda dostrzegła go i odparła nie bez dumy:
- Tak. I to na własnoręcznie zrobionym zakwasie. Jak chcesz to dam ci go i oczywiście przepis.
- Super! – Odrzekła z entuzjazmem czarownica.
Potem ruszyły też do garderoby, łaźni, oraz pomieszczenia na eksperymenty. Zwiedzając to wszystko Marcelina miała nieodparte wrażenie, że jej chatka jest jednak większa. Była prostą czarownicą i nieznane jej były meandry dyplomacji, więc nie omieszkała się tego wypowiedzieć na głos:
- Nie chciałabym mieszkać w takim małym domku.
- Dla mnie jest w sam raz. – Odparła Esmeralda z dobrze ukrytą urazą.
- Co ty mówisz? W życiu bym nie chciała się tak gnieździć. Może i ładnie. Jednak ja wolę mieszkać nie w swoim, a w większym. Nigdy nie przyzwyczaiłabym się do czegoś tak małego. – Kontynuowała Marcelina nie dostrzegając zdenerwowania gospodyni.
- Jak to nie jest twoje? To niby czyje?
- Jak to czyje? Kuśmierza. On ma więcej chat niż żon, więc część odstępuje za niewielkie pieniądze. – Rzekła z radością czarownica.
- Czyli mieszkasz w domu, który nie jest twój i z którego w każdej chwili możesz być wyrzucona? – Zapytała Esmeralda spodziewając się, że w którymś miejscu źle zrozumiała. Na widok skwapliwego i zdecydowanie nierozumnego przytakiwania swojej rozmówczyni nie dodawała już nic więcej. Pomyślała tylko: „I mimo to masz czelność wyśmiewać się z wielkości mojego domu…”. Nie myślała dłużej nad tym tematem, bo oburzenie zmieszało się u niej z falą współczucia dla głupoty ludzkiej i sama już nie wiedziała co jest w niej silniejsze.
Rozmowa nadal zbyt się nie kleiła. Marcelina w końcu postanowiła sobie pójść. Na drogę otrzymała zakwas i przepis na chleb. Dodatkowo została zaproszona na następny dzień na herbatkę. Zakwas i przepis od razu wyrzuciła.
„W sumie mogłoby mi się nie udać, to straciłabym niepotrzebnie mąkę” – Pomyślała z dumą i ciesząc się z zaoszczędzonego dukata nie spróbowała nawet upiec własnego chleba.
Wróciła do domu zła z nieodpowiedniego obrotu sprawy. Nie o to chodziło. Nie tak miał wyglądać ten dzień. Była zła, że nic nie udało się jej uzyskać, a jeszcze straciła sporo czasu na oglądanie jakiegoś grajdoła. Była bardzo wzburzona, ale nie zamierzała się poddawać. Może brakowało jej elokwencji, wyczucia, delikatności, ale przynajmniej w uporze nikt nie mógł jej dorównać. Dlatego też następnego dnia znowu pojawiła się przed drzwiami chatki wiedźmy.
- Witaj Marcelino i wejdź w moje skromne progi – Odezwał się głos gdy tylko zakołatała w drzwi. Znowu ją to zdziwiło, ale nie zamierzała pokazywać po sobie jak bardzo. Weszła zatem do środka. Tam już czekała na nią Esmeralda. Siedziała przy stoliczku, na którym spoczywały malusieńkie filiżaneczki i niewiele od nich większy imbryczek. Przywitała się i usiadła na wolnym krzesełku. Tym razem rozmowa lepiej się układała. Marcelina udawała miłą i choć nie zawsze jej to wychodziło, wiedźma udawała, że tego nie dostrzega.
- Wiesz mam teraz zupełnie nową szczotkę do włosów. – Oświadczyła z dumą Esmeralda. Marcelina bezmyślnie rzekła:
- Super.
- Chcesz zobaczyć?
- Tak. – Odrzekła znowu bez entuzjazmu. Esmeralda pobiegła do łaźni, aby przynieść rzeczony przedmiot. Po chwili wróciła już niosąc małą, złotą szczotkę. Marcelina spojrzała na nią i wiedziała, że jest cudowna. W życiu czegoś tak pięknego nie widziała. Wprost urzekła ją uroda tego przedmiotu.
- Jest niesamowita. – Wypowiedziała jak urzeczona wpatrując się w przedmiot.
- Też możesz sobie taką sprawić. Nie jest bardzo droga, a z pewnością warto. – Pocieszyła ją Esmeralda, widząc jej niekłamany zachwyt.
- Może, ale nie wiem czy warto. Ze szczotkami u mnie jest tak, że zwykle wplątują mi się we włosy, targają mi je, albo zwyczajnie się łamią. – Wyznała z żalem czarownica. Wiedźma spojrzała na jej marne włosy i zrobiło się jej żal. Po krótkiej chwili wahania zaproponowała:
- Jak chcesz ją wypróbować, to mogę ci ją pożyczyć. Jutro mi ją oddasz i już będziesz wiedzieć czy się nadaje dla ciebie czy nie.
Marcelina przystała na to. Była tak zauroczona przedmiotem, że cały czas myślała tylko o nim.
Kiedy wróciła do domu znalazła na szczotce jeden włos Esmeraldy. Wtedy przypomniała sobie o swoim planie i ucieszyła się, że zdobyła włos. Co prawda nie myślała o nim, gdy pożyczała przedmiot, ale w swej głębokiej ignorancji nie zamierzała przyznawać przez sobą, że stało się to przypadkiem. Wolała się cieszyć swoim „chytrym charakterem” i „przebiegłością lisa”.
Dumna i zadowolona z siebie zabrała się za przygotowywanie magicznego eliksiru. Następnego dnia nie miała czasu odwiedzić Esmeraldy. Zresztą zależało jej na tym, żeby ona zbrzydła, a nie udawała jej przyjaciółkę. Kolejnego dnia spotkała Esmeraldę na targu. Próbowała udawać, że jej nie widzi, ale wiedźma ją dostrzegła. Od razu do niej podeszła i się odezwała:
- Witaj Marcelino! Dlaczego wczoraj nie oddałaś mi szczotki?
- Witaj! Jutro ci oddam. – Wykrztusiła z siebie i udając pośpiech zniknęła w tłumie. Esmeralda patrzyła za nią zdziwiona. Nie rozumiała czemu czarownica unika jej.
Przez kolejnych kilka dni Marcelina zmagała się z przygotowywaniem eliksiru. To pochłonęło ją tak bardzo, że prawie nie zwracała uwagi na Antka. Mąż jak zwykle przetracił wszystkie dukaty na miód i oburzał się o wszystko. A to nie podobały mu się zasłonki, a to zapach z paleniska był zbyt intensywny, to znów zupa była za słona. Czarownica była tak zajęta swoją misją, że wyjątkowo nie przejmowała się problemami męża.
Kiedy szła rano do strumienia po świeżą wodę znowu spotkała Esmeraldę.
- Czemu nie oddajesz mi złotej szczotki? Miałaś mi ją już dwa razy przynieść.
- Nie miałam czasu na głupoty. Zresztą nie musiałaś tak przy wszystkich mówić mi o tej szczotce. To nasza prywatna sprawa, a nie innych! – Marcelina była w bojowym humorze.
- Jednak obiecałaś, że ją oddasz, a nie zrobiłaś tego. – Wiedźma nie dawała za wygraną.
- Mam poważniejsze zmartwienia. Esmeraldo wydoroślej wreszcie! – To mówiąc skończyła rozmowę i odeszła od strumienia. Esmeralda zrozumiała, że swojej ulubionej szczotki nie odzyska.
Dlatego właśnie postanowiła się zemścić. Nie wiedziała jeszcz jak, ale czuła, że z pewnością wymyśli coś wyjątkowo wrednego. W domu przewertowała całą „Księgę najgorszych zaklęć” aż znalazła to o co jej chodziło.
- I bardzo dobrze Marcelinko! – Zasyczała pod nosem i zaśmiała się okrutnym: „Ha! Ha! Ha!”. Odnalezione zaklęcie miało sprawić, że na czole Marceliny pojawi się niezmywalny napis: „Marcelina to złodziejka”. Wiedźma wiedziała, że to bardzo poruszy czarownicę, bo zauważyła, że ta przykłada dużą wagę do tego jak postrzegają ją inni.
- Będzie bolało, bo ma boleć! – Dodała na głos nadal ciesząc się ze swojego niecnego pomysłu. Czar miała rzucić od razu, ale już dawno miała zaplanowany wyjazd. Dlatego postanowiła to odłożyć. A póki co odkurzyła swoją miotłę, ubrała stary płaszcz i poleciała.
W tym czasie Marcelina ukończyła eliksir oszpecający wiedźmę. Pozostawało go jeszcze wylać w możliwie bliskim jej otoczeniu. Czarownica postanowiła to zrobić w pobliżu jej domu. Aby mieć pewność, że Esmeralda jest w środku wybrała późny wieczór, kiedy to dla lepszej widoczności trzeba zapalić świece.
- W ten sposób wystarczy, że spojrzę w jej okno i już będę wiedzieć, czy jest w domu, czy nie. – Marcelina w pomysłowości przechodziła samą siebie. Właściwie to nie uczyniła tak ogromnego wysiłku myślowego od bardzo dawna. Tym postępem była bardzo z siebie dumna. Najwidoczniej niecne plany pobudzały ją do działania.
…
Przez kolejne dwa tygodnie Marcelina przychodziła codziennie pod dom Esmeraldy i co dzień stwierdzała, że nikogo tam nie ma.
…
W dzień powrotu Esmeralda odwiedziła targ. Kupiła zapas owoców i warzyw. Przy okazji spotkała kilka znajomych wiedźm, z którymi umówiła się na pogaduchy. Spotkała też Antka. Był całkowicie odurzony miodem i prosił ją o dwa dukaty. Nie dała mu ich. Odeszła bez słowa. Dopiero wtedy zrozumiała nieszczęście Marceliny i zrobiło się jej żal tej czarownicy. Jednocześnie zrezygnowała z zemsty. Teraz wydawała się jej zupełnie niepotrzebna. Machnęła zatem ręką, zupełnie jakby odgarniała natrętną muchę i wróciła do swojego domku.
…
Tego wieczora stojąca pod domem czarownica wreszcie zobaczyła światło w okienku. Niezwłocznie wylała przygotowany eliksir wypowiadając przy tym odpowiednie zaklęcie. Marcelina cieszyła się, że Esmeralda niedługo stanie się brzydka. Z tą myślą, pełna spokoju i radości odeszła do domu.
W tym czasie Esmeralda siedziała właśnie przed lustrem i pozbywała się upiększenia. Zmyła czarne mazidło z oczu, odkleiła końskie włosie z powiek i zdjęła perukę. Tak przygotowana mogła wreszcie położyć się spać. Te sztuczki w dodawaniu sobie piękności podpatrzyła w dalekich krajach u egzotycznych księżniczek. Dzięki nim nikt tak naprawdę nie wiedział jak wygląda i wszyscy zachwycali się jej urodą.
Bardzo się zdziwiła, ale też ucieszyła, gdy rano zauważyła, że włosy powróciły na jej głowę. Co prawda podbródek miała nieco bardziej wystający, ale Esmeralda nie przejmowała się tym:
„Cóż, nie można przecież mieć wszystkiego” – Rzekła do siebie i zatańczyła radośnie na środku pokoju.
Marcelina szła spać z myślą, że rano obudzi się zupełnie inną, o wiele piękniejszą kobietą. Jej krzywy nos, nierówne brwi i wystający podbródek nigdy nie wzbudzał niczyjego zachwytu. Nawet Antek nie był nią zbyt oczarowany.
