Ciemna noc
Bywa, że milczenie chowa w sobie jakąś tajemnicę. Niekiedy zamknięcie oczu budzi najgorsze obrazy. Czasem trzaśnięcie drzwiami jest najlepszym wykrzyknikiem…
… Noc stawała się coraz głębsza. Nastąpiła najwyższa pora, aby zasnąć. Pomału wdrapał się po starych, skrzypiących schodach i wszedł do jednego z pokoi. Wszystko obite tu było drewnem. Ściany, schody, łóżko, obraz – miła faktura i wrażenie ciepła dodawały otuchy. Usiadł na łóżku i przeglądnął się w swoim odbiciu. Nawet duże lustro oprawione było w drewnianą ramę. Odprężył się tą przewidywalną jednostajnością. Właściwie powinien już iść spać. Rano czeka go przecież kolejny dzień pełen wrażeń. Zatem podszedł do ściany, dotknął wyłącznika światła i zrobił zwyczajne pstryk. I nagle zamarł. W mgnieniu oka otoczyła go czerń tak mocna i gęsta, że zdawało się, że niemal go pożarła i utknął gdzieś w jej żołądku. Oszołomiony spróbował na chwilę zamknąć oczy, by lepiej przystosować się do mroku. To jednak na nic się zdało. Po otwarciu oczu nie zanotował w swoim mózgu żadnej zmiany. A po kilku takich próbach, już sam nie był pewny, czy oczy ma otwarte, czy też zamknięte. Przerażała go ta ciemność. Owszem, nie był już dzieckiem i spędził samotnie niejedną noc. Jednak zwykle towarzyszył jej blask choćby nikłej latarni, albo refleks z okna sąsiada oglądającego telewizor, albo przynajmniej słabe migotanie gwiazd. Tutaj niczego takiego nie było. Dookoła nie stał żaden inny dom, ani latarnia uliczna, a niebo – jak na złość – zasłane było chmurami. Zmełł w ustach bezgłośne przekleństwo i pomału, niczym ślepiec dotarł do łóżka. Ba, to nie było już łóżko, lecz bardziej łódź ratunkowa, której istnienie dawało jedyne ukojenie i szansę ratunku. Zdjął dzienne ubranie, pozostając w samej bieliźnie i szczelnie zakrył się miękką pierzyną. Tak, to było najlepsze wyjście – zapomnieć o tej czerni i zwyczajnie zasnąć, albo choć przetrwać do rana pośród miękkiego pierza. Jak na złość właśnie załamała się pogoda. W okno starego domu waliły ogromne krople deszczu. Szumiał porywisty wiatr. To przełamywało nieznośną ciszę, ale nie dawało ukojenia. Jedynie jeszcze bardziej napełniało go niepokojem. Na przekór aurze i tak miał zamiar zapaść w błogi i głęboki sen. Właśnie miał zacząć liczyć barany, gdy usłyszał jakiś dźwięk. Zupełnie jakby ktoś wdrapywał się po schodach i powodował ich skrzypienie. Tylko, że nikt nie mógł się po nich wspinać. Zamarł z przerażenia. A skrzypienie cały czas rozbrzmiewało w najlepsze. Po chwili był pewien, że coś się zbliża. Tylko nie bardzo wiedział, czym jest owe COŚ. Na wszelki wypadek schował się za zasłoną jednego z okien. Po chwili drzwi istotnie skrzypnęły. Ktoś najwidoczniej je otworzył. Nie wiedział, czy może już odetchnąć, że to tylko ona przebudziła się i nie może spać, czy wpaść w panikę, że to jednak ktoś zupełnie inny. Nie odkrywał swego położenia próbując w czystej czerni cokolwiek dostrzec. I pewnie by mu się to nie udało, gdyby do okropnej pogody nie dołączyła jeszcze burza. Nagła błyskawica uderzająca gdzieś obok napełniła cały pokój mgnieniem światła. I właśnie wtedy dostrzegł nad swoim łóżkiem postać w kapturze i z kosą w dłoni. Gdyby miał starsze nieco serce, pewnie właśnie umarłby na jego zawał. Przerażenie sparaliżowało go kompletnie. Potworna postać po chwili weszła do drugiego, sąsiedniego pokoju. Zamknęła przy tym drzwi, przeraźliwie nimi skrzypiąc. Nie trzeba mu było dłużej powtarzać, że pokój jest pusty. Szybkim i sprawnym ruchem otworzył okno, przy którym stał. O dziwo, okiennica nawilgła deszczówką, nawet nie pisnęła. Rozchylił skrzydło okna tylko na tyle, by móc się wysunąć na zewnątrz, po czym niemal bezszelestnie zamknął za sobą wyjście. Pozostał na zewnętrznej stronie parapetu, nadal w całkowitej ciemności. Całą ścianę pokrywało rosnące tu od pokoleń winogrono. Nie zastanawiając się nad jego trwałością postanowił po nim zejść na dół. Nigdy nie b
