Ciemna noc
ył fanem wspinaczek, ale obraz postaci z kosą wciąż stał mu przed oczami. Nie zamierzał czekać na jej powrót. Może nie należał do najszczęśliwszych ludzi pod Słońcem i może wiele razy miał tego wszystkiego serdecznie dość, ale nie chciał dawać za wygraną w taki sposób. „A co, ja jakaś ofiara jestem, czy jak?” – Pytał sam siebie ściskając w dłoniach życiodajną roślinę. Czuł, że ręce ma już poranione, od chropowatych gałęzi, ale nie zamierzał teraz tym się przejmować. Po dłuższym czasie udało mu się wreszcie ześlizgnąć na ziemię. Uradowany poczuł, że zaraz zamarznie. „Faktycznie, przecież nie zdążyłem się ubrać!” – Zakrzyknął do siebie w myślach. Wcześniej adrenalina nie dopuszczała do niego uczucia chłodu. Teraz cały ziąb dotarł do niego ze zdwojoną siłą. Był niemal nagi, mokry i całkowicie wychłodzony. Tylko jedno miejsce mogło dać mu przetrwanie. „Muszę iść do stodoły, tam przecież jest siano!” – Powiedział do siebie w myślach i tam też się skierował. Kilkoma susami pokonał dystans dzielący go do starego budynku. Wrota były bez kilku desek, więc mógł wejść do środka nie wydając przy tym zbyt wiele hałasu. Pełno tu było siana, myszy i nietoperzy. Jednak on nigdy nie bał się zwierząt. Zakopał się sianie i zaczął przeklinać na kujące go drobinki. Czym prędzej wyskoczył więc, owinął się w jakąś płachtę leżącą obok i dopiero w niej przemieścił się pod siano. Owszem ogrzał się, a nawet wysuszył. Tylko miejsce musiał zmieniać kilka razy, bo w dachu było kilka dziur, które przeciekały. Tak dotrwał do rana. Sam nawet nie wiedział kiedy zasnął. Obudziło go pianie koguta. Spojrzał na zegarek, dochodziła piąta. Pospiesznie wyplątał się z płachty i siana i pobiegł do winogrona. Nie uśmiechało mu się powtarzać wczorajsze kaskaderskie wyczyny, ale nie miał siły tłumaczyć jej dlaczego jest w samych majtkach na polu. Z dwojga złego wolał już się pomęczyć i wejść na piętro z pomocą krzewu. Wspiął się dość szybko, choć woda tkwiąca w liściach sprawiła, że na powrót był cały mokry. Otworzył okno i wślizgnął się do środka. Na szczęście miał ze sobą paczkę chusteczek. Wytarł w nie nogi. Reszcie ciała pozwolił wyschnąć. Gdy uznał, że nie zaszkodzi to ubraniom, nałożył je na siebie. Próbował przekonać siebie, że to co wczoraj zobaczył było zwykłą marą. I pewnie by mu się to udało, gdyby nie jedno podłużne przecięcie poduszki wzdłuż całej szerokości. Zamarł z przerażenia. Całkowicie ubrany usiadł na łóżku i wpatrzył się w swoje blade, przerażone odbicie. Usłyszał skrzypienie schodów. Już nie miał sił się chować. Resztka adrenaliny kazała mu wejść za drzwi. Po chwili usłyszał pukanie.
- Proszę. – Powiedział matowym głosem. W tym momencie drewniane skrzydło drzwi uchyliło się i pojawiła się w nich ona. Była wesoła, wyspana i jak zwykle pełna energii.
- A ty co tak stoisz, jakbyś ducha zobaczył? – Zapytała na przywitanie.
- Nie, tak tylko. Chciałem cię przestraszyć. – Wymyślił na poczekaniu. Więcej nie odważył się jej wyznać, bo bał się, że mógłby w jej oczach wyjść na kompletnego wariata…
W tej chwili uzmysłowił sobie, że człowiek zawsze pozostaje sam. Choćby miał tysiąc ludzi obok siebie, choćby kilku z nich nawet nazywał przyjaciółmi, a kogoś – ukochaną i tak nikt go całkowicie nie zrozumie. To takie proste, że aż mniej boli. Dopóki człowiek ma własne i tylko własne myśli, dopóki kieruje się swoim całkowicie indywidualnym doświadczeniem i uczuciem, dopóty druga osoba nie może go zrozumieć. Można chcieć to zmienić, można bardzo się starać. Częściowo nawet może się to udać. Jednak zawsze pozostanie sfera, jakiś zakątek naszego JA, w którym pozostaniemy na zawsze sami, którego nikt nie zrozumie, który oddzieli nas od innych w chwilach, gdy trzeba pogrzebać się we własnej jaskini. To miecz obosieczny, daje nie tylko pustkę, opuszczenie, ale też satysfakcję z bycia sobą. Gdybyśmy jednak umieli powszechnie porozumiewać się za pomocą telepatii, wszystk
