OJCIEC
Przedział czasowy pozwalający na pobicie własnego ojca jest bardzo wąski. Najlepiej zaatakować między 18 a 22 rokiem życia. Próba wcześniejsza może zaowocować przegraną, solidnym wpierdolem i traumą na całe życie, bo czy można bardziej zbrukać męskość, ulegając w pięściarskim pojedynku swojemu stworzycielowi? Natomiast obicie staremu mordy później to upokarzające doświadczenie, wszak kto by chciał oklepać seniora, który ma już raczej bliżej niż dalej do mety? Wyrzuty sumienia zagryzłyby, niczym pitbull trenowany na wiszącej oponie.
Patrzyłem ci prosto w twarz i zastanawiałem się, czy może da się troszkę nagiąć widełki akceptowalnego manta, czy już wpadam w fazę haniebną. Ściskałem zęby z bezradności, a pięści z furii, bolała mnie żuchwa oraz wnętrza dłoni od wbijających się w skórę nieobciętych paznokci. Choć jestem postawnym chłopem o łapach jak bochny, to czułem, że ręce mam wewnątrz kruche jak wysuszona bułka, jakbym nie był w stanie ich unieść ku górze, jakby w każdej chwili mógł mnie podmuch słabego zefiru zmieść. Nie umiałem podjąć decyzji, ty zapewne byś potrafił, bo przecież nigdy się nie myliłeś, zawsze byłeś najmądrzejszy i wypominałeś mi każdy moment wahania.
Ileż to razy słyszałem, że jestem jak baba, ciągle zdanie zmieniam, na nic zdecydować się nie potrafię. Bo przecież facet to musi prosto — system binarny, zero–jeden, nic więcej. Zawsze nieomylny, nawet w kwestiach niedyskutowalnych, jak gusta. Nigdy nie zapomnę twojego darcia mordy, gdy włączyłem na boom-boxie głośno pierwszy album Korna. Wpadłeś wściekły do mojego pokoju, czerwony na ryju, jakby nadciśnienie miało za chwilę rozsadzić ci łeb, prawie parę z uszu widziałem. Darłeś mordę, abym tych wyjców wyłączył — co to w ogóle za muzyka, gdzie tu melodia, gdzie tu rytm, gdzie zabawa. Muzyka do tańczenia służy, a nie machania łbem z długimi kudłami, które po długiej walce kazałeś mi ściąć. Choć przecież sam mi sprzęt grający kupiłeś, cały szczęśliwy, bo wiedziałeś, że lubię...
Ale to nadal nie był czas na prawy prosty.
Rozwarłem palce, wziąłem głęboki oddech nosem, po czym wypuściłem powietrze ustami. Unosiłem ręce do głowy i przejechałem wierzchem dłoni po krótkiej szczecinie na glacy. Teraz nawet na złość nie zapuszczę włosów, bo już rosnąć nie chcą — wyliniałem zupełnie. Fryzury zatem już nie skrytykujesz, choć od kiedy tylko jestem świadomy istnienia, krytykowałeś wszystko, co robiłem. Szczególnie gdy wybrałem uniwersytet zamiast politechniki. Wygrażałeś, że przyjedziesz do McDonald’sa frytki ode mnie kupić. Bo w mentalnej izolatce, w której utknąłeś, szanowaną pracę może mieć jedynie inżynier, pan mecenas, ewentualnie lekarz. Reszta to plankton, pożywienie dla największych, do których przecież się zaliczałeś, ukończywszy budownictwo okrętowe. A syn zdradził ideały, wybierając jakąś babską psychologię. Bez żadnego wstydu ośmieliłeś się skomentować: „Co ty, synek, będziesz te łajzy z urojonych problemów leczył? Gnoje se teraz wymyślają, ja w ich wieku to na nic nie miałem…” — i tu zaczynało się ramolenie starego dziada. Choć przecież wcześniej wspominałeś, że nieważne, gdzie pójdę, to będziesz mnie wspierał...
Ale to jeszcze nie był moment na prawy sierpowy.
Skręciłem karkiem w prawo i w lewo, trzasnęło głośno, niczym niezrośnięte sęki w desce. Nie wierzę, że mogłem tyle czekać z tym zamiarem. Ty pewnie też nie wierzyłeś, bo właściwie w co ty wierzyłeś? W Boga? Nie bądźmy śmieszni — latałeś do kościółka, zmuszając całą rodzinę, bo tak cię wychowano. Coniedzielny rytuał, swoiste natręctwo. Przecież nawet zgodnie z zasadami religii nie żyłeś. A ile to duperek na boku obróciłeś przez te lata? Myślisz, że nie wiem? Te twoje ucieczki całonocne na kolejne wodowanie statku. Ile statków w ciągu miesiąca można zwodować? Ociekałeś hipokryzją — nie było ręcznika mogącego wytrzeć z ciebie te setki kłamstw. Promieniowałeś wiecznym łgarstwem, że aż oczy chowałem. Nie tyle od siły promieni, co od łez, bo jeszcze byś je zobaczył. Choć czasem dostrzegałem na twej facjacie niepokój, gdy uciekałem zamknąć się w łazience, bo tylko tam nie było słychać płaczu.
