OJCIEC

Autor: Ryksza
Czy podobał Ci się to opowiadanie? 0

Ale to nie był czas na solidny podbródkowy.

A co do wiary, to w jednym byłeś doskonały — w braku tejże, gdy tylko wpadałem na jakikolwiek pomysł, jak wtedy, gdy wraz z kumplem otworzyłem sklep dla skejterów. Zainwestowaliśmy w ten interes spore pieniądze, latami odkładane. Pomieszczenie niewielkie, w centrum miasta; postaraliśmy się, aby przestrzeń była stylowa. Miejsce, gdzie można wypić kawę, zjeść coś. Niewielka rampa, aby wypróbować sprzęt oraz dział z odzieżą deskorolkową. W ciągu dwóch tygodni od otwarcia nie mieliśmy w co łapy włożyć. Zamówienia napływały z potęgą tsunami. Aż któregoś dnia przylazłeś popatrzeć, co tam synek za interes kręci. Wlazłeś do środka, skwaszoną miną obejrzałeś dokładnie cały sklep, kilka razy wydałeś kpiarskie prychanie, postukałeś dłonią w blaty, oceniłeś lampy i lakonicznie stwierdziłeś: to jebnie, synek, pół roku ci daję. Coraz głupsze te pomysły masz. Mama podeszła do mnie, gdy stary się oddalił i cicho dodała: nie martw się, Maciek, zazdrosny pewnie jest, ale wewnątrz czuje radość i na pewno wierzy w powodzenie tego sklepu. Mamę już dawno zahiponotyzował manipulacją, ale nie chciałem ściągać z niej uroku — było za późno. Co by to dało? Nawet jakbym zbudował sam statek i go zwodował, to znalazłby element, do przypierdolki. Wiara to była w tego starca na chmurce, rzekomo czekającego na nas po tym, gdy już zmienimy się w nawóz lub wkład do pieca krematoryjnego.

Wciąż jednak nie byłem gotowy wyprowadzić lewego prostego.

Wyciągnąłem z torby garść małych marchewek, opakowanych folią. Dręczące reminiscencje powoli się rozmywały. Na pewno byś nie odpuścił skomentowania tych marchewek. Co to za wegańskie gówno? Dekadencji wartości wśród młodych. W pedałów ich świat zamienia. Tak, te homofobiczne tyrady, nawet w kwestiach kulinarnych, były zarezerwowane dla mnie, gdy posiłek nie składał się z potężnej dawki tłuszczu zatykającego arterie. Pytałeś: Jaki chłop wpierdal trawy dla królików? Opuściłem gardę — nie było warto.

Siedziałem naprzeciwko łóżka szpitalnego sfrustrowany, bo umierałeś. Bo już minęły widełki, w których mogłem dokonać zemsty wykuwanej przez lata. Respirator wydawał rytmiczne dźwięki — szum lub syk — wtłaczał i wypuszczał powietrze. Wyglądałeś słabo, taki niepewny siebie. W końcu pękłeś jak balon, w końcu wyszło na moje, gdy ględziłem ci: żryj więcej warzyw, nie chlej tyle, ogranicz tłuszcze i mięsa. Lekarze dali 5% szans na przeżycie. Mimo to kusiło, aby w końcu ci przypierdolić. Ale jak to tak? Pobić staruszka za nic? Drżałem wściekły, bo zawsze miałem rację i nie zdążyłem ci tej racji udowodnić, wyciągnąć jej przed nos, pomachać nią jak jakimś kwitkiem, dowodem policyjnym. Słyszałem twoje błagające arterie: usuń ten cholesterol, proszę. Nie dałem rady — nie jestem lekarzem. WYBACZ, ŻE NIE ZOSTAŁEM. Zerknąłem na podłączony respirator. Dobra, w ryj nie dostałeś, ale może odłączę…

 

Najpopularniejsze opowiadania

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Forum - opowiadania
Reklamy
O autorze
Ryksza
Użytkownik - Ryksza

O sobie samym:
Ostatnio widziany: 2026-02-02 23:12:09