Wolny wybór
Wolny wybór
Trzy lata.
Trzy lata codziennego czuwania.
Mama – siwa, wychudzona, rak krwi.
Świadoma.
Ból złagodzony farmakologią.
Gosia – czterdzieści lat, córka, przy łóżku.
Grzegorz – pięćdziesiąt, zięć, w tle decyzji, w tle życia.
Nie tak dawno, przy oknie, gdy słońce spadało na białe prześcieradło, matka mówiła do córki:
– Córeczko… długo się wahałam, czy warto żyć, gdy nadziei nie ma.
Chwila milczenia.
– Ale wiesz… jest coś ważniejszego. To nasze trwanie przy sobie.
To, że jesteśmy razem.
– Mi wystarczy, że jesteśmy – szepnęła córka.
Przychodziła codziennie.
Trzymała jej dłoń.
Rozmawiały o niczym, o wiośnie, o zapachu kwiatów.
Nie liczyły dni, tygodni, statystyk.
Liczyła się obecność – cicha, wspólna, najprostsza.
Tego popołudnia do szpitala przyszła księgowa – księgowa Grzegorza dobra znajoma rodziny.
– U was ciężko, wiem – powiedziała, pochylając się nad łóżkiem. – Ale nie tylko tu.
W firmie Grzegorza zamieszanie: kontrola, blokada kont, coś z podatkami.
Pewnie burza minie, ale lepiej przygotować się na gorsze.
Uśmiechnęła się krótko.
– Może przesadzam. Będziemy ratować z Grzegorzem, co się da…
Drzwi zamknęły się cicho.
Matka patrzyła w sufit.
Zrozumiała, że czasem nawet najbliżsi nie mają już sił trwać.
Że miłość może istnieć tylko wtedy, gdy nie ciąży.
Tego samego dnia rano przyszła córka – pierwsza w tym dniu, pochylając się nad matką.
– Wiesz, rozmawiałam z Grzegorzem – powiedziała cicho. – Jest taka możliwość, eksperymentalna operacja.
Szanse rosną z 0,1 do 0,3 procenta.
Niewiele, ale jednak… życie.
Nawet te czterysta tysięcy za zabieg w Szwajcarii nie zrobiło na nas wrażenia.
Masz naprawdę szczęście, mamo.
Matka skinęła głową, powtarzając cicho:
– 0,3 zamiast 0,1…
– Później wrócę – dodała córka, z uśmiechem, lekko przymykając drzwi. – Przyniosę kwiaty… wiosnę…
Lekarz wszedł godzinę później.
Sprawdził parametry, poprawił rurkę od tlenu.
– Jak się pani dziś czuje? – zapytał łagodnie.
– Spokojnie – odpowiedziała. – Chcę odejść. Proszę odłączyć aparaturę.
Zatrzymał się na chwilę, szukając słów.
– Wiem, że córka wspominała o tej operacji.
To niewielka szansa, ale… zawsze szansa.
Wie pani, żeby to była wasza wspólna decyzja?
Uśmiechnęła się lekko, jak ktoś, kto już dawno podjął decyzję.
– Ale bez córki.
Ona jest taka delikatna.
Takie kochane światełko.
Ja gasnę, a jej tego nie zabierajmy.
Niech pamięta światło, nie cień.
Lekarz skinął głową.
Zrozumiał, choć nic nie powiedział.
Uśmiechnęła się blado:
– Rodzinna…
Słowo zawisło w powietrzu.
Lekarz nie dopytywał więcej.
Decyzja była już podjęta – nie w słowach, lecz w spojrzeniu, w oddechu, który stawał się coraz płytszy.
Na korytarzu Grzegorz zatrzymał lekarza.
– Panie doktorze… i co?
– Musimy przejść do gabinetu. Porozmawiać.
Drzwi zamknęły się cicho.
Z wnętrza dobiegały tylko urywki rozmowy:
– Tak, to przykre… ale chyba powinniśmy uszanować decyzję mamy.
Wieczorem córka wróciła, tym razem z kwiatami – maki i dorodny słonecznik.
Cicho nuciła:
„Radość o poranku…”
Pokój był pusty.
Aparatura milczała.
Córka podeszła bliżej, spojrzała na łóżko.
Matka nie żyła.
Bez bólu, bez powrotu.
W gardle córki utknęły słowa, które dopiero teraz nabrały ciężaru:
– Mamo… dlaczego mnie zdradziłaś?
Naszą ciszę… naszą tajemnicę trwania…
