WSTYD
Potężny bąk bowiem nadchodził – skaziciel czystego powietrza – gotowy zmusić współuczestników mszy do ucieczki. Egzekucja była nieunikniona.
Ministrant zadzwonił na najświętszy moment liturgii, aby lud uklęknął, bowiem przyszedł czas epiklezy i konsekracji. Uznałem, że czas wykorzystać fortel obmyślony parę sekund wcześniej. Zniżyłem się tak, że usiadłem sobie na pięcie buta, wciskając ją dość mocno w dupsko. W ten sposób chciałem stworzyć swoisty tłumik – pierdnięcie miało utkwić na obuwiu, bez fonii.
Ostatnie, co usłyszałem, to:
TO JEST CIAŁO TWOJEGO I MOJEGO PRZYMIERZA, KTÓRE ZA WAS I ZA WIELU BĘDZIE WYDANE, TAK CZYŃCIE NA MOJĄ PAMIĄTKĘ.
Pewny siebie uznałem, że dokładnie zatkane ujście nie może w żaden sposób mnie oszukać. Niestety, obuwie tylko podkręciło dźwięk i donośne pierdnięcie rozniosło się chyba po wszystkich wioskach. Kumpel zaczął się głośno śmiać, drugi patrzył przerażony wokół, szukając źródła odgłosu. Jakaś babcia nieopodal, pełna wzburzenia, syknęła, że jesteśmy W DOMU BOŻYM!
Ja – oprócz poczucia nagłej ulgi w jelitach, jakbym zrzucił z siebie jarzmo najcięższego grzechu – spąsowiałem i miałem świadomość, że prawda niebawem wyjdzie na jaw.
Szybkim krokiem wybiegłem z kościoła, nawet się nie pożegnawszy i nie przeżegnawszy. Gnałem do domu, bo fekalna rewolucja dopiero się zaczynała.
Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?
