Róże, czyli opowieść o malujących paznokcie.
opowiadania >




Ostatnio Kola z zapałem zakłada wnyki. Krzywię się trochę na ten pomysł, bo przypomina mi nieco zasady uboju rytualnego, ale przecież nie jestem nigdzie stowarzyszony. Do tego mamy przed zimą wysoką podaż zwierzęcego białka, więc niech tam, niech zakłada.


O! Właśnie wrócił. Oblizałem się na myśl o smakowitym zajączku (oczywiście w buraczkach) lub pieczystym z bażanta. Ślina z ust pociekła mi aż na stół, tak że musiałem szybko zasysać, żeby nie pokazać Koli, jak bardzo mi na tym zależało. Robi się wtedy taki ważny, zadziera nosa, słowem - nie pogadasz. Po zassaniu stwierdziłem, że stół w tym miejscu jest innej barwy, szybko więc przykryłem to miejsce starą gazetą i siedzę, jakby nigdy nic. I nagle… słyszę chichot. Co jest, myślę, chichrających zajęcy i to z pewnością nie ma, a bażantów tym bardziej. To wzmogło moją czujność. Czekałem więc w napięciu, bo trzeba wam wiedzieć, że nasza chatka jest bardzo obszerna. Tunel, czyli wyjście ewakuacyjne, zaczęliśmy kopać wczesną wiosną, a do tego doszły dwie komory magazynowe, oraz co prawda niezbyt duża ,ale jednak hala produkcyjna, gdzie umieściliśmy aparaturę destylacyjną i cały sprzęt grzewczy. Wszystko dobrze zamaskowane, przed złymi oczami straży leśnej i miejskiej, a także policji i innych odłamów faszystowskich bojówek, naszego pożal się Boże, państwa. No wreszcie otworzyły się drzwi do kochniosauny i co widzę? O zgrozo, zamiast bażantów lub zajączka, dwie dziewoje.


- Panie zawsze przodem - usłyszałem głos Koli.


Kiedy jego głos jest taki szarmancki, nawet w barwie i intonacji, wiem ,że idą niespodziewane kłopoty. Oczywiście, że tak było i tym razem. Najpierw zobaczyłem duże piersi w różowych koszulkach, a później przez drzwi, wlały się fale blond włosów z rdzawymi kosmkami, które niesfornie spadały na mocno przypudrowane nosy. Zamrugały fioletowymi oczami i dygnęły. Nawet uroczo. Na tych chyba dwudziesto centymetrowych obcasach wymagało to niezłej wprawy. Przemknęło mi też przez głowę, że musza być nie lada twardzielkami, że w ogóle tu na tym czymś, co mają na stopach, doszły do naszej chaty. Nie no, jest ścieżka, przecież nie uprawiamy codziennie survialu, tylko spokojnie tu żyjemy, ale pełno na niej gałęzi i korzeni…


- To zagubione grzybiarki - stwierdził z przekonaniem Kola i ku mojemu zdziwieniu dał im po łyku z bukłaczka. Te chichotały bez przerwy. Piły po pioniersku, czyli małymi łyczkami, a więc spoko. Znaczy się przynajmniej małolitrażówki. Przebieg jednak już miały spory sądząc po niewielkich, kurzych łapkach w kącikach oczu, sprytnie maskowanych podkładem.


- Znalazłem je zziębnięte przy drodze, jak szedłem sprawdzić wnyki. Dziś nie ma tam w ogóle ruchu, więc kto by je uratował? – jak zwykle retorycznie spytał kola.


Kiedy to mówił, zza jego pleców wyłoniła się dłoń, trzymająca trzy, dorodnie dyndające na szyjach bażanty. Ot, przekupić mnie chce, bo w oczach wyczytał niezadowolenie. Jednak będzie pieczyste, ale w takim układzie na cztery gęby. Ech, czasem on durak i nie rozpoznaje co zbiera w lesie. Tak jak z grzybami, które od pewnego czasu zawsze przed duszeniem przebieram. Inaczej, już dawno wylądowalibyśmy w kolejce oczekujących na przeszczep wątroby. No cóż, Kola zawsze jak coś robi, już myśli o czymś zupełnie innym.


- Prosto, poznakomicies – powiedział Kola, popychając dziewoje w moim kierunku. Wyciągnęły dłonie jak do pocałunku.


- Jestem Holy-Anna – chichocze się pierwsza.


- A ja, Blow –Joanna- wymamrotała, już bardziej wstawiona, druga.


Uścisnąłem im końcówki palców. A paznokcie!!! To miały jak pazury rysia, wierzcie ! Do tego pomalowane w kolorach tęczy!


- No widzisz, jakie krasawice. Jedna święta, a druga jak wiejący wiatr – stwierdził Kola.


Pomyślałem, z westchnieniem, że coś dzisiaj jest gadatliwy, i do tego opacznie tłumaczy. Zaraz jednak zrozumiałem to podejrzane zachowanie, kiedy Kola stwierdził;


- I kakije fantasticzeskije cigariety imiejut.Kagda zakurił, srazu wiesc mir krasnym sie stał.


- No pokażcie dziewczyny- rzekłem. Holy-Anna, ciągle chichocząc, sięgnęła do małego piterka i wyjęła papierosa własnej roboty, skręta znaczy się. Trochę się skrzywiłem, bo takie to palimy, jak już niczego nie mamy do palenia, a i bibuła była byle jaka. Z przyrodzonej delikatności, wziąłem jednak jednego i zapaliłem. Ku mojemu zdziwieniu, był wystarczająco mocny. Ba, bardzo mocny, aż mnie z początku zatchnęło w płucach. No nie dziwię się, że Kola od razu zagustował. Do tego, po paru buchnięciach, umysł mi się rozjaśnił, jakby po każdym, wbijano weń strumień z jakiegoś lasera, albo promień słońca, jak wolicie… Wszystko stawało się śmiesznie jasne, a dziewczyny też jakoś wyładniały. Dosłownie czułem, jak w ich wystających spod kusych spodniczek nogach, krąży gorąca krew. –Doooobre są- stwierdziłem. Nie będę tu mówił o starej prawdzie, że wszystkie kobiety są piękne, tylko czasem brak…bo mówiłem, przede wszystkim, o cigaretach.


Kola w międzyczasie, sposobem na gołębia, szybko sprawił bażanty i już smaży piersi, a także nalewa z bukłaczka po pełnej musztardówce, zacnego przecież i ekologicznego, potrójnie przepędzonego trunku. Chyba znów mamy święto, bo uszankę zamienił na pilotkę z żabiej skóry. Pięknie się mieni kolorami zgniłej zieleni i żółtymi plamami afrykańskiej, byczej żaby. Dla niewtajemniczonych podaję link, na którym mogą to niesamowite stworzenie zobaczyć http://youtu.be/zJdH9Ecf9OM . Podobno trująca, ale zjedliśmy jej, jak się okazało bardzo delikatne, mięso ze smakiem, popijając tamtejszym trunkiem z batatów. U Koli, jak zwykle, nic się nie marnuje i stąd jego dzisiaj modna, i znana już nawet w stolycy, pilotka.


Dialogów z dziewczynami było niewiele, bo jakoś małomówne były, tylko co chwila głośne: jou, jou i chichotałay. Jak robiły te swoje „jou, jou”, to się wyginały w różne strony, prezentując coraz bardziej powabne wdzięki. Mimo braku dialogów, impreza, dzięki dobrze przyrządzonym bażantom i ciągle uzupełnianym musztardówkom, miała jednak swój wykwintny smak i szyk. Paliliśmy także te ichnie skręty, od których, aż się w oczach mieniło. Słowem, melanż i jazda po bandzie razem wzięte. Nagle Kola wstaje i zaczyna coś mówić, że chce wiersz wyrecytować. Czasem tak robił, ale sam w lesie, kiedy myślał, że go nie widzę i nie słyszę. A tu masz – pierwsze, w pełni publiczne wystąpienie. Do tego kłania się nisko i …Niebywałe! Zdejmuje w uniesieniu pilotkę.


– Właśnie ułożyłem – mówi. – Dla was krasawice- nasze „róże”. Tu kieruje wzrok na dziewczyny, ale na chwilę, by znów ponieść głowę i patrzeć na upstrzony muszymi kupkami sufit, jakby tam zobaczył, jakieś własne sedno, credo, czy jak tam to zwą filozofowie.

- [1] [2] [3] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
kselope Linia koment
Dodany:2013-10-19 21:21:07, Ocena: 6.0
Ooo! Dobry, dobry tekciorek!

Ocenił/a na: 6
Barbarka Linia koment
Dodany:2013-10-19 22:30:08, Ocena: 6.0
fajne opowiadanko ..miło się czytało .. pozdrawiam :)
JKZ007 Linia koment
Dodany:2013-10-21 21:14:54, Ocena: 6.0
Napisz co myślisz o tym tekście...
JKZ007 Linia koment
Dodany:2013-10-21 21:15:24, Ocena: 6.0
cieszę się,że się podobało:)
Hardy Linia koment
Dodany:2014-12-16 20:40:39, Ocena: 6.0
Znowu dobry opowiadanie i... znowu błędy interpunkcyjne. Staram, się czytać samą treść, ale dobrze byłoby wyczyścić tekst. Moja rada - jeżeli wtrącasz rosyjskie słowa, to pojedyncze, nie całe akapity. Ja przeczytam i zrozumiem, ale ostatnio coraz więcej z czytelników jest "niepanimajuszczich" i może ich zniechęcić do czytania. A opowiadanka piszesz warte czytania. PS. Syberia... byłem tam kiedyś.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów