Król życia, niebezpieczna miłość i niezrozumiała sztuka – Oscar Wilde

Autor: MojeBestsellery
Okładka publicystyki dla Król życia, niebezpieczna miłość i niezrozumiała sztuka – Oscar Wilde  z kategorii Brak kategorii

Wielcy twórcy z reguły okryci są pewną aurą tajemniczości, egzotyczności i chwały. Na cześć wielkich uczonych, poetów, pisarzy czy malarzy wznoszone są pomniki – w sferze fizycznej i niematerialnej. To zresztą chyba jedna z naszych ludzkich przywar, że o zmarłych, a w szczególności zasłużonych, mówimy wyłącznie dobrze – i stawiamy go na piedestale. W naszym przypadku tak jest między innymi wobec Mickiewicza, o którego burzliwych relacjach intymnych z kobietami niewiele osób wie i chce się dowiedzieć. Oscar Wilde – jeden z najpopularniejszych brytyjskich twórców epoki wiktoriańskiej od zawsze wzbudzał jednak sensację. I jest to jeden z niewielu humanistów, którego pomnik nie trzeba odbrązawiać.

Wilde, którego „Portret Doriana Graya” nie trzeba nikomu przedstawiać. Wilde, który szalał z miłości. Wilde, który ufał, zmieniał się, tworzył. Wilde, który wylądował w więzieniu. Wilde, który był artystą.

Wzorowa rodzina

Oscar Wilde urodził się 16 października 1854 roku w Irlandii. Jego narodziny przypadały na okres panowania królowej Wiktorii Hanowerskiej.

Ojciec Oscara – sir William Wilde – był znanym dublińskim lekarzem. Jak na tamte czasy, William był dość popularnym specjalistą chorób oczu i uszu. Jego kariera była dość burzliwa – jednak nie tak skandaliczna, jak późniejsze ekscesy młodszego syna. Doktor pracował w swoim gabinecie w domu przy Merrion Square, tam przyjmował pacjentów, ale także pisał artykuły specjalistyczne dla czasopism. Dzięki pracy nad „Dublin Quarterly Journal of Science”, stary Wilde uznawany był za „ojca nowoczesnej otologii”.

Jane Wilde – pochodząca z szanowanego arystokratycznego rodu Elgee, zajmowała się w głównej mierze prowadzeniem domu. W przeciwieństwie do męża, nie była umysłem ścisłym. W obłoku marzeń, poetycznych uniesień i aforyzmów, lady White spędzała popołudnia, nierzadko tłumacząc powieści z francuskiego i niemieckiego, tym samym pomagając mężowi w budowie dobrego wizerunku.

W domu, w którym panował ład, urodziła się dwójka chłopców. Starszy – Willy, był prawdopodobnie ucieleśnieniem wszystkich męskich stereotypów. Nie wydaje mi się także, by miał ambicje wyższe niż zaspokajanie podstawowych potrzeb – co zresztą widoczne było w późniejszej historii życia Oscara: gdy ten po wyjściu z Reading trafia do domu matki, nadal mieszka tam Willy. Zresztą – był on dość przywiązanym do tradycyjnych wartości Irlandczykiem, czego nie można powiedzieć o Oscarze.

Najmłodszy z rodziny Wilde’ów, Oscar, urodził się 16 października 1854 roku. Był to drugi chłopak (zarazem ostatnie dziecko małżeństwa Jane i Williama) w tej rodzinie; co ciekawe, lady Wilde miała raczej nadzieje na urodzenie córki, a nie kolejnego męskiego potomka. Dlatego też w młodszych latach ubierano go w dziewczęce ubranka i zwracano się do niego żeńskim zaimkiem osobowym.

Oscar wychowywał się w dusznej, dublińskiej atmosferze. W późniejszych latach do domu doktora lady Wilde zapraszała swoje towarzystwo i przy zasłoniętych oknach oraz przytłumionym świetle, kontemplowała literaturę, a William wracał do domu nocami, przesiąknięty papierosowym dymem i wydychający alkoholowe obłoki pary. W parze, wraz ze sławą i popularnością, nierzadko idą jednak pomówienia i plotki. Dlatego w ostatnich latach działalności zawodowej, wobec Wilde’a powstały zarzuty o gwałt wobec jednej z pacjentek. Po oskarżeniach, doktorowi nigdy nie udało się w pełni zrehabilitować. Mężczyzna zmarł niedługo później – w 1876 roku.

Dusza stworzona do niezwykłych celów

Oscar był przeciwieństwem tego, czego po synu mógł oczekiwać ojciec. Chłopak kompletnie nie odnajdywał się w świecie, do którego żyć niejako zmuszał go jego tata. Po wojażach z głową rodziny, młody Wilde wracał z przeziębieniem i wdzięcznością, że wreszcie może skryć się w swojej izbie.

Można powiedzieć, że chłopak bardziej wdał się w matkę-poetkę. Czuł w sobie potrzebę tworzenia, nie patrzył na świat poprzez z góry narzucone wzorce i szablony. Był wolną duszą, nie zamierzał podporządkowywać się i szufladkować – co osiągnęło apogeum w przełomowym momencie jego życia.

W wieku dziesięciu lat wylądował w szkole męskiej – Portora School. Jednak nie był wcale tak dobry, jak można byłoby się tego spodziewać po twórcy takich sztuk jak „Salome”. Oscar, zamiast chodzić na zajęcia o poranku, wolał spać dłużej, a potem przyglądać się naturze i oceniać jej piękno. Czytał romanse, buntował się wobec wszelkich aktywności sportowych i wysiłku fizycznego.

Można nazwać go marzycielem, który nie przejmował się tym, że żyje w odosobnieniu swoich myśli, zdań, filozofii. Nie miał kolegów, z którymi mógłby podzielić się swoimi opiniami na temat przeczytanych dzieł. Był za to obiektem kpin, jak to zwykle bywa, gdy odmienność jest nieakceptowana i dziwna. On zaś – jakby nie zważając na to – pochłaniał grekę z namiętnością.

Kiedy skończył szkołę i wracał do domu, pożegnać miała go jedna osoba, pocałunkiem w usta i łzami na policzku. Blondyn o inicjałach H.O.

W roku 1871, siedemnastoletni Oscar został stypendystą Trinity College, gdzie spędził trzy następne lata. Podobnie jak w Portora School, tak i w nowym miejscu, Wilde nie znalazł odpowiednich towarzyszy do dyskusji i rozmowy. Poświęcił się nauce, co dało efekt – złoty medal i stypendium w Oxfordzie.

Do założonej w 1458 roku Magdalen College w Oxfordzie, Oscar Wilde przyjechał 17 października 1874 roku. Oscar zauważył, że nieco odstaje od reszty – mimo przypisanego ojcu tytułu szlacheckiego, nie mógł pochwalić się zasobnym portfelem czy niezwykle wpływowym nazwiskiem.

Radził sobie nieźle, a nawet wpasował się w środowisko. Ubierał się zgodnie z ówczesnymi standardami, jak mówił w swojej książce Parandowski, „można go było wziąć za żywą ilustrację wyobrażenia o Anglikach”. Był jednak ostrożny i pomimo łagodności i duszy estety, potrafił się bronić.

Już we wczesnych latach życia twórcy, widoczny był wielki wpływ mężczyzn na postrzeganie przez Wilde’a świata go otaczającego i samej sztuki. Wówczas, podczas studiów w Magdalen College, Wilde’a inspirował szczególnie jeden z wykładowców – niejaki John Ruskin. Jednak nie tylko Oscar miał zostać zauroczony wiedzą i sposobem jej przekazywania przez mężczyznę, sale wykładowe miały bowiem pękać w szwach. Oscar jednak nie traktował jego poglądów jako prawdę objawioną. Miał własne opinie i tylko częściowo zgadzał się ze zdaniem swojego nauczyciela.

Wyjechał do Włoch, gdzie poszerzał swoją wiedzę i miał zajrzeć do każdego możliwego muzeum. Prawdopodobnie wyjechał z przyjacielem – jednak informacje na ten temat są wyjątkowo skąpe. Wilde zadbał, by fakty, związane z eskapadą do bardziej słonecznej części Europy, zostały tajemnicą.

W Oxfordzie poznawał także kolejne osoby, których rozumiał i był rozumiany. Jedną z nich był Walter Pater – persona przewijająca się przez niektóre momenty w jego życiu, zwłaszcza w sferze zawodowej. Pater, autor „Renesansu: rozważań o sztuce i poezji”, świetnie odnajdywał się w towarzystwie młodego poety. Razem zajmowali się greką, wspólnie pracowali, dawali sobie coś nieuchwytnego. Spędzali godziny na analizie tekstów, spierając się co do ich interpretacji. Byli przyjaciółmi. Wątpliwe jest zaś, by poza relacjami koleżeńskimi, Waltera i Oscara łączyło coś więcej, jednak z pewnością ich relacja naprawdę wiele znaczyła dla Wilde’a.

Wilde naukę w Oxfordzie zakończył w 1878 roku, wydał poemat „Ravenna”, który zdobył nagrodę Newdigate Prize. Swój wiersz odczytał w teatrze oksfordzkim, a ze sceny zszedł przy nieprawdopodobnym aplauzie publiczności.

Dandys Oscar Wilde

Na początku nie było łatwo. Pomimo świetnych wyników w oksfordzkiej szkole, Oscar musiał łapać się chałtur, a właściwie artykułów na zlecenie, które pozyskiwał tylko dzięki temu, że w redakcjach gazet pracował braciszek Willy. Wilde pragnął, by nie postrzegano go jako nic nieznaczącego studenta, chciał sprawiać aurę tajemniczości i nieprzeciętności. Co więc to oznaczało? Nieustanne życie ponad stan.

Prawdopodobnie osiągnął swój cel: rozgłos. Nazywał samego siebie „profesorem estetyki”, co wówczas wśród Anglików miało mieć pejoratywny, nieco niemoralny wydźwięk. Tym samym karykatury Wilde zaczęły pojawiać się w dziennikach, a wokół młodego mężczyzny – wianuszek wielbicieli. Nie był nudny i statyczny – wręcz przeciwnie, zadziwiał swoimi uwagami, refleksjami i humorem.

Wilde zadziwiał też swoim wyglądem – wysoki młodzieniec, o długich włosach i niebieskich oczach. I tym ekstrawaganckim strojem – w spencerku z aksamitu, koszuli, długim krawacie, krótkich spodenkach, pończochach i ze słonecznikiem w ręku, zadziwiał ówczesne społeczeństwo. Wśród jego słuchaczy, wygląd robił uderzające wrażenie; Wilde stał się wyznacznikiem stylu, a zarazem idealną definicją dandyzmu.

Kiedy dziś śmiejemy się z autorów wydających w trybie vanity, trzeba pamiętać, że zjawisko znane jest już od dawna. I udowadnia to Oscar Wilde, który wydruk swoich wierszy – „Poezje” – wydanych przez firmę Dawid Bogue, w pełni sfinansował. Było to w 1881 roku; wydanie miało zaś być na naprawdę wysokim poziomie. Nikt jednak nie spodziewał się takiego sukcesu,  a w ciągu kilku tygodni sprzedano wiele egzemplarzy (rozszedł się nakład aż czterech wydań) – pomimo niepochlebnych recenzji „Poezji” w prasie.

Wydaje się, że Oscar, w tym momencie swojego życia – pomimo ciągłego niedoboru gotówki, był szczęśliwy. Choć połowicznie osiągnął swoje założenia, zaczął „coś znaczyć” i spotykać się z ówczesną bohemą. Widywano go z twórcami, malarzami. Spotykał się z nimi w restauracjach na oczach Anglików, ale przy zamkniętych drzwiach domów.

Niebawem Oscar, jakby żyjąc w idyllicznej bańce mydlanej, wyjechał na swoje  tournée po Ameryce. Tam spotkał się z życzliwością wobec swojej twórczości i osoby – nie ukrywajmy, dość kontrowersyjnej. W przeciwieństwie do tradycyjnych Brytyjczyków, Amerykanie byli zupełnie innym narodem, którego energia dała szansę Wilde’owi do rozwoju. Na jednym ze spotkań pojawiła się nawet grupa studentów we frakach i krótkich spodenkach, na wzór mody Irlandczyka. Wilde oczywiście nie przepuścił okazji i skomentował ich wygląd. W Ameryce popełnił także parę gaf, a raczej tak zwanych faux pas. Przekonał się, że nawet w tak „liberalnym” (jak na tamte czasy) społeczeństwie, musi zważać na słowa. Nadal jednak trwał w przekonaniu, że jego mydlana bańka nigdy nie pęknie. Był przecież natchnionym twórcą.

Artysta i głowa rodziny

Po przyjeździe do kraju, Wilde nadal pracował. Jednak obok tego, znalazł czas na zabawę. Co oczywiste, Oscar nigdy nie stronił od przyjęć i stosownego popijaniu koniaku (czy też w gorszych momentach – absyntu). Wkrótce poznał jednak młodszą od siebie o pięć lat Konstancję Lloyd. Kobieta była zakochana w Oscarze, wydawało się zresztą, że ze wzajemnością. Wszak oboje byli wprost dla siebie stworzeni – Konstancja Lloyd za rodziców miała szanowanych prawników. Interesowała się zaś sztuką i literaturą estetyzmu. Mieli być więc idealną parą.

W 1883 roku para zaręczyła się. Rok później, pod koniec maja 1884 roku, para mogła występować już pod wspólnym nazwiskiem: Wilde. Małżeństwo było udane, przynajmniej na początku. Sam pan młody miał być szczęśliwy z powodu związku z Irlandką, jednak nie można przemilczeć faktu, że dla artysty rola głowy rodziny była nieco kłopotliwa.

Podobnie zresztą jak u Mickiewicza, Wilde nie mógł zapewnić swojej rodzinie stałych, stabilnych dochodów. Lady Wilde pisywała więc stale m.in. dla Woman’s World. Owocem ich związku była dwójka dzieci, a właściwie dwójka chłopców (podobnie jak u Williama i Jane Wilde'ów; sic!). Starszy z chłopców, Cyril, urodził się rok po ślubie pary, natomiast Vyvyan przyszedł na świat w 1886 roku.

O ile Wilde nigdy nie był wzorem, nie można było zarzucić mu braku czułości czy uczucia wobec swojej rodziny. Swoich synów bardzo kochał, co zresztą widać było w późniejszych jego listach z więzienia. Tęsknota ojca jest wręcz bolesna dla współczesnych czytelników, a wtedy – dla jego najbliższych.

Spokój w rodzinie trwał mniej więcej do 1891 roku, kiedy to Oscar Wilde spotkał lorda Alfreda Douglasa. Znajomość z Bosiem, jak nazywał go Wilde, przyczyniała się do katastrofy w życiu prywatnym i zawodowym twórcy.

Żona wraz z dziećmi wyjechała z kraju i zmieniła nazwisko na Konstancję Holland. Bywała m.in. w Szwajcarii. Cyril Holland nie potrafił wybaczyć ojcu, był pogrążony w nienawiści. Vyvyan zaś – w całkowitej niewiedzy.

My own darling boy

Oscar Wilde od młodości otaczał się mężczyznami o silnej osobowości. Sam twórcza – cechował się przekorą i uporem, jednak nie potrafił odmówić, zwłaszcza mężczyznom o magnetycznej osobowości, których obecność sprawiała Wilde’owi nieskrywaną przyjemność.

Był to wspaniały dla Oscara okres, w 1890 opublikował bowiem słynny „Portret Doriana Graya”, który swoją niemoralnością oburzył rzeszę Anglików i przy kolejnych wydaniach był systematycznie cięty, to znaczy, cenzurowany. „Dorian Gray” nadal pozostaje zresztą flagowym utworem twórcy, o niezwykłych bohaterach i kontrowersyjnym temacie. Daje on także przyczynek do rozważań, że już wtedy Oscar wiedział, że miłość to nie jest jedynie fizyczne uczucie pomiędzy kobietą a mężczyzną, za to harmonią dwóch takich samych dusz.

Jest to niezwykle smutny etap w życiu Wilde’a, który jest zarówno tragiczną częścią jego egzystencji, jak i tą najciekawszą – przynajmniej dla dzisiejszych badaczy kultury i biografów.

W 1891 roku, trzydziestosiedmioletni wówczas Oscar, poznał młodszego od siebie o szesnaście lat lorda Alfreda Douglasa. Chłopak był synem Johna Douglasa, markiza Queensberry. Alfred studiował na tej samej uczelni co Oscar, pragnął być poetą. Miał niesamowite mniemanie o sobie, myślał o sobie jak o wielkim twórcy, nie licząc się przy tym z innymi. A jednak – miał w sobie coś, dzięki czemu zaprzyjaźnił się z Oscarem Wilde'em. I z tej koleżeńskiej relacji rozwinęło się zdecydowanie głębsze uczucie.

Oscar Wild był człowiekiem, który kochał mocno, całym sercem. Jego miłość była oszalała i niepowtarzalna, przy czym jednocześnie, w tym wielkim uczuciu, Wilde’a można było oszukać, zranić i wykorzystać. Wyczerpać jego zasoby do cna, pozbawiać wszystkiego, nawet życia.

Wilde poznał Bosiego dzięki wspólnym znajomym. Oboje spotykali się jako przyjaciele, chłopak był wówczas zaledwie studentem, nikim więcej. Wilde jednak traktował go przynajmniej po królewsku – nie tylko udzielając cennych wskazówek, uznając za wybitne pierwsze wiersze, które gdyby były wyszły spod ręki innego człowieka, Oscar zwyczajnie by wyśmiał, ale przede wszystkim oddawał mu cząstkę siebie. Co jednak było dla Bosiego bardziej intratne, poeta był hojny, nie żałował na drogich podarunkach, które to młody lord z chęcią przyjmował. A czasem wręcz ich żądał.

Wilde wiedział, że relacja z Bosiem – choć niezwykła, niespotykana – była dla niego niebezpieczna. Jednak nie mogło powstrzymać go to przed jej kontynuowaniem. Wówczas Oscar Wilde był szanowanym twórcą, na deskach teatru pojawiały się jego dzieła, a zamówienia na kolejne – przychodziły w zastraszającym tempie. Oscar nie zawsze miał jednak możliwość napisania sztuki w terminie. Rozpraszał go Bosie i jego problemy: sercowe, uczuciowe, związane z poezją i ciągle uprzykrzającym życie ojcem.  

Według skarg Bosiego, markiz Queensberry, pijak i awanturnik, a jednocześnie jego ojciec, był skazą na dobrym wizerunku rodu. Dlatego najważniejsze dla Douglasa była zemsta na ojcu, zemsta za wszystkie lata, podczas których zachcianki młodego lorda nie mogły zostać spełnione.

Związek Bosiego i Wilde’a nie długo pozostawał tajemnicą. Wiedziała o nich nie tylko lokalna społeczność artystyczna, ale wkrótce także Konstancja, Sibyl Montgomery (pierwsza żona Douglasa) oraz markiz Queensberry. Obie panie zwiastowały kłopoty z relacji, jakie ich mężowie utrzymywali między sobą. Można powiedzieć, że Konstancja wręcz błagała, by Oscar w porę się opamiętał; by zakończył to, co było pomiędzy nim a jego „przyjacielem”. Markiz Queensberry był zaś bardziej kategoryczny, po pijaku wszczynał burdy, groził śmiercią Wilde’owi, uprzykrzał życie jemu i swojemu synowi na wszelkie możliwe sposoby.

Wkrótce do sądu trafiła sprawa z powództwa Oscara Wilde’a, w więziennej klatce pojawił się markiz Queensberry. Dlaczego sam Wilde wystawiał się na ostrzał opinii publicznej, ramię w ramię ze swoim kochankiem? Wytoczył markizowi proces o zniesławienie, oczywiście, za namową drogiego Bosiego, który to miał w całości opłacić koszty sądowe (czego ostatecznie nie zrobił). Bosie nie kierował się jednak miłosnymi pobudkami; była to wyrachowana gra przeciw swojemu ojcu, prywatna zemsta, kosztem niewinnego, ale bardzo naiwnego poety.

Wilde niewątpliwie został zmanipulowany. To smutne, jak wiele błędnych decyzji może podjąć człowiek zakochany. Pozwanie markiza było jedną z nich, 6 kwietnia 1895 roku Wilde został aresztowany pod zarzutem czynów niemoralnych. Tym razem role się odwróciły i poeta trafił na salę rozpraw jako oskarżony.

Skazany z miłości

Cały czas należy pamiętać, że wówczas w Anglii homoseksualizm uznawany był za wybryk niemoralny i nieobyczajny, a za takie związki trafiało się za kraty – maksymalnie na karę dwóch lat więzienia i ciężkich robót. Sprawa Oscara Wilde’a była zaś sprawą naprawdę medialną i trudno było nie przewidzieć wyroku sądu.

Wilde’a broniło trzech adwokatów. Chociaż sam poeta dał do zrozumienia, że gentlemani nie poświęcili mu wystarczającej uwagi, on sam może mieć sobie wiele do zarzucenia. Po pierwsze – miał możliwość ucieczki do ukochanej Francji, w której nic by mu nie groziło. Mógł także bronić się na sali sądowej bardziej zapalczywie, niż odpowiadać na pytania oskarżenia w sposób wyniosły i pogardliwy. Oscar pokazał się jako twórca – niezrozumiany, niedoceniony. Twórca, który jest w sądzie karnym tylko dlatego, że nie może kochać miłością pełną artyzmu, której nie zrozumie „zwykły człowiek”.

„Miłość, która nie śmie wyjawić swej nazwy, rozumie się w naszym wieku, bom wiek nasz nie może czy nie chce jej pojąc, jest to uczucie głębokie starszego mężczyzny do młodszego, Dawida dla Jonatana, uczucie, które jest podstawą filozofii platońskiej, które odnajduje się w sonetach Michała Anioła i Szekspira. Jest to głębokie uczucie duchowe, równie czyste, jak doskonałe, które rodzi wielkie dzieła sztuki, takie właśnie, jak Michała Anioła i Szekspira, a te dwa wiersze [listy pomiędzy kochankami – P. O.] to również dzieła sztuki, niezrozumiałe w naszych czasach, niezrozumiałe do tego stopnia, że oto stoję teraz przed sądem. To jest piękne uczucie, uczucie wzniosłe, najszlachetniejsze i nie ma w nim nic przeciwnego w naturze. […] Świat nie rozumie tego zniesławienia i stawia pod pręgierz niewinnych ludzi”

Oscar Wilde w sądzie karnym, fragment książki „Król Życia” Jana Parandowskiego, Czytelnik 1971 r.

Jak się więc spodziewano, nie przekonało to ławy przysięgłej. Wilde stopniowo tracił siły tym bardziej, że markiz Queensberry dworował na sądowej sali, przekupił świadków, ustalił jednolitą wersję, która stawiała twórcę w jak najmniej korzystnym świetle. Można powiedzieć, że Oscar Wilde sam poddał się karze. I chociaż wtedy nie było mowy jeszcze o pokorze, chciał odpokutować za grzechy – może nie ciała, które uważał za mniej nieważne, ale duszy.

Jaką podjęto decyzję wobec Wilde? Uznano go za winnego zarzucanych czynów, mimo braku przekonujących dowodów. Sędzia w uzasadnieniu wyroku miał powiedzieć takie słowa: „Oskar Wilde […] występek, któregoście się dopuścili, jest wstrętny. […] Nie ma wątpliwości, że wy, Wilde, byliście zarazą zepsucia najobrzydliwszego gatunku” (Jan Parandowski, „Król życia”).

Co jednak ważne – po wydaniu najsurowszego wyroku więzienia: 2 lat pozbawienia wolności oraz ciężkich robót na rzecz Korony, Oscar poprosił sędziego – w teorii bezstronnego – o zabranie głosu. Czy miał taką możliwość? Sędzia zamknął przewód sądowy, wyszedł z sali, pozostawiając Oscara bez możliwości wypowiedzenia jednego zdania, był winny – według sądu i społeczeństwa. I nie miał już prawa do własnego zdania.

Winny nie tylko Oscar

Podczas sprawy sądowej na światło dzienne wyszły nowe fakty. Oskarżenie sugerowało między innymi relację łączącą Oscara Wilda i Alfreda Taylora – również młodego mężczyznę, o zdecydowanie niższym statusie społecznym, który z Oscarem tworzyć miał „nieobyczajną” relację. Alfred skazany został na taką samą karę, co Oscar Wilde.

Nie można jednak zapomnieć, że najkorzystniej z całej sprawy wypadł ukochany Bosie. Został on ukazany przez oskarżenie jako uosobienie niewinnego, młodego cherubinka, którego w swoje sidła zwabił wyrachowany Wilde. Jak wiadomo, rzeczywistość wcale tak nie wyglądała, jednak Douglas nie poniósł żadnych konsekwencji prawnych. Co więcej, jeszcze litowano się nad nim, nieborakiem.

Nikogo nie obchodziło, że Bosie doprowadził swoim wyrachowaniem do skazania Wilde, do zadłużenia go. Oscar,  z powodu winnych wierzycielom pieniędzy na prezenty dla kochanka oraz kosztów rozprawy sądowej, zadłużył się do tego stopnia, że wylicytowano cały jego majątek. Dom, bezcenne dzieła, ubrania. Został mu surdut, w którym wystąpił w sądzie i przykra rzeczywistość.

Pokuta i zbawienie

Początkowo swoją karę odbywał w więzieniu w Wandsworth. Doznał tam pierwszych upokorzeń związanych z ówczesnym brytyjskim systemem penitencjarnym. Wilde, który żył, jak na artystę przystało, nie mógł przyzwyczaić się do więziennych warunków, braku nikotyny we krwi, jedzeniu o wyglądzie mułu. Kiedy jednak w miarę zaaklimatyzował się w nowym „domu”, został przeniesiony do więzienia w Reading.

Reading okazało się prawdziwą szkołą życia dla Wilde’a, a poprzednie więzienie – wręcz hotelem. W Reading więźniów traktowano z okropnym okrucieństwem, Oscar żył na skraju ubóstwa, dostawał racje żywieniowe najgorszej jakości, przez co każdy z więźniów cierpiał na biegunkę. Fekalia zaś przez całą noc musiały czekać w wiadrze, w zamkniętej celi o słabej wentylacji…

Skazańców zmuszano do okrutnej pracy fizycznej, przez co większość organizmów tych ludzi były naprawdę wycieńczone. Nie mieli oni kontaktu ze światem zewnętrznym, a za rozmowę ze współwięźniami groziły im kolejne sankcje.

Po paru miesiącach, Wilde otrzymał możliwość czytania książek z więziennej biblioteki. Jednak cały księgozbiór zatwierdzony był przez dyrektora więzienia, każda książka zaś – stanowiła religijną indoktrynację, przez co Wilde nie miał także dostępu do kultury.

Dopiero pod koniec odbywania swojej kary Oscar miał możliwość wysyłania listów. Pierwszy wysłał do Rossa, przyjaciela, z którym łączyła go wieloletnia przyjaźń (według niektórych, także nieco bardziej rozbudowana relacja, choć akurat w tej kwestii można się spierać). Niestety, po tym liście ponownie dostał zakaz na wysyłanie wiadomości – skarżył się w nim bowiem na warunki w więzieniu, co było „niedopuszczalne”.

Dopiero po zmianach we władzach więzienia, Wilde mógł nieco odetchnąć. Miał większą swobodę w wyrażaniu myśli, otrzymał papier i atrament, a nawet gazowy palnik, dzięki czemu nocami, przy drobnym świetle, mógł pisać.

Podczas tych bezsennych nocy, pod koniec odbywania kary w Reading, Oscar napisał słynne „De profundis”, list skierowany do Bosiego, podczas którego opisuje swoje życie i ich relację. „De profundis” jest utworem niezwykle intymnym, szczerym, a jednocześnie naprawdę mocnym.

„Doceń, bo Ci się nie należało. Dostałeś, bo miłość to nie jest coś za coś i nie szuka swego. Cieszy się, że może kochać, tak jak myślenie, kiedy może myśleć. Tyle chce miłość i niczego więcej. Byłeś moim nieszczęściem, najgorszym z możliwych. Dałem Ci wszystko, całe swoje życie, a Ty nie wziąłeś, nie doceniłeś, opętany Nienawiścią, Pychą i Złą wolą, wszystkim, co najniższe. Po trzech latach przy Tobie byłem już wrakiem. Jedyne, co mogłem, to dalej Cię kochać”

Oscar Wilde, „De Profundis”, tł. Maciej Stroiński, Wyd. Sic!

Ostatecznie, list nie został wysłany z więzienia w Reading. Zanim by to nastąpiło, Wilde skończył odbywać karę. Zabrał ze sobą swoje rzeczy, „De profundis” i pokorę, której nauczył się w tych ciężkich warunkach.

Zła sława

Bosie nie był osobą, która zajmowała się Oscarem po jego wyjściu z więzienia. To kuriozalne, przecież to właśnie z jego przyczyny poeta trafił w więzienne mury, to z jego przyczyny stracił wszystko. Tymczasem Bosie dbał o swoje interesy, wydawał wiersze, nie zważając na swojego dawnego kochanka.

Oscarem zajmował się Robert Ross – zresztą do końca mu oddany. Koledzy pomagali Oscarowi z powrotem wejść w świat żywych. Po dwóch latach oburzenie wobec jego miłości jednak się nie zatarło. Ludzie pamiętali, nie zmienili także swoich poglądów.

Oscar musiał uciekać, nie przyjęli go w hotelach, właściciele pensjonatów prosili o wymeldowanie w związku z oburzeniem innych gości.

Wkrótce Oscar wyjeżdża do Francji i Włoszech, gdzie ukryty pod fałszywym nazwiskiem, najpierw żyje w hotelach, następnie wynajmuje drobne lokum, by zamieszkać w małym domu i tworzyć. Pisuje dla magazynów, z których ma drobne dochody. Jednakże niebawem odzywa się przeszłość. A właściwie, to odzywa się dawna miłość – Bosie. I choć młody mężczyzna potraktował Wilde ostrze, bez serca, to uczucie do niego w Oscarze wcale nie zgasło. Choć w więzieniu Wilde starał się nie myśleć o kochanku, jego uczucie odżyło.

Wówczas Wilde miał jeszcze możliwość powrotu do żony – jeśliby tylko porzucił dawne „zwyczaje”, markiz Queensberry przysiągł natomiast, że gdy Oscar zbliży się do jego syna, to osobiście go zabije. Jednak nie powstrzymało to go przed spotkaniem z ukochanym.

Mężczyźni spotkali się we Włoszech pod przybranymi nazwiskami. Oboje cieszyli się ze spotkania: Oscar z możliwości ponownego kontaktu z ukochanym, Bosie zaś dlatego, że miał nadzieję na powrót do dawnych przyzwyczajeń i pożyczania gotówki bez potrzeby zwrotu…

Kiedy Bosie zachorował, Oscar porzucił wszelkie swoje zajęcia, by tylko być przy chorym. Usługiwał mu, przynosił napoje, wezwał lekarza, a nawet… sprowadził z Anglii winogrona, bo według Douglasa, tamtejsze były niejadalne. Choremu szybko się poprawiło, co niezmiernie ucieszyło Oscara. Wilde jednak podczas tych zajęć pielęgniarskich, sam zaraził się infekcją. Kiedy więc pisarz na piętrze, w swoim hotelowym pokoju, leżał w łóżku, niezdolny się poruszyć, ukochany Bosie wychodził na miasto załatwiać swoje sprawunki. Wracał wieczorem, pijany, i wybierał z portfela Oscara ostatnie banknoty.

Oscar sam zwlókł się na parter, po nocy, podczas której nikt nie podał mu nawet szklanki wody. Kiedy zaś poprosił o pomoc Bosiego, usłyszał najgorsze obelgi pod swoim adresem – o niewdzięczności, egoizmie, o tym, że Douglas nie ma nawet chwili dla siebie i wiecznie musi zajmować się nachalnym Wilde'em.

Douglas zostawił list z najbardziej obelżywymi słowami, których Wilde nigdy wcześniej nie słyszał pod swoim adresem. Zostawił mu też masę długów, przez które twórca musiał uciekać z Neapolu. Gdy wrócił do Anglii, Bosie zadzwonił tylko po to, by wykrzyczeć wulgarną treść listu do słuchawki.

To nic nie znaczy

Nic nie znaczy, że Wilde pisał świetnie. Jego nowa twórczość nie chciano wydawać, krytycy śmiali mu się w twarz. Oscar wówczas to persona non grata. Wilde wydaje więc „Balladę o więzieniu w Reading” pod pseudonimem, a właściwie pod swoim więziennym numerem.

Opisuje w nim trudne warunki, które są niegodne zwierzą, a co dopiero ludzi. Pokazuje przemoc, jaka panowała w placówce. Skrupulatnie opisuje, jak jeden ze strażników zostaje zwolniony za to, że konającemu z głodu dziecku podarował pozaregulaminowe jedzenie.

„Ballada” porusza społeczeństwo brytyjskie. Krytycy pieją z zachwytu, uważają dzieło za jedno z najwybitniejszych wszechczasów. Egzemplarze sprzedają się jak ciepłe bułeczki. Dopiero potem, gdy wszystkie pochlebne recenzje zostają opublikowane, okazuje się, że za utworem stoi ten sam Oscar Wilde, którego na łamach dzienników szkalowało się z takim uwielbieniem.

Poeta żył, nie dbając o przyszłość. Ramię w ramię z Bosiem, z którym pogodził się po śmierci markiza (sic!). Wilde otrzymać miał wówczas jakąś część sumy z majątku markiza, zgodnie z obietnicą Douglasa. Bosie jednak postanowił wydać wszystko sam, na niepotrzebne zachcianki. Nie zamierzał również oddać żadnych pieniędzy kochankowi, a gdy ten się o nie nieśmiało upomniał, nazwać miał go… „starą dziwką” i opuścił Oscara bezpowrotnie.

Oscar Wilde pisywał później jeszcze dla dzienników, miał drobne dochody. Nie były jednak one na tyle wystarczające, by prowadzić wystawne życie. Trudno rozpoznać było w nim już tego młodzieńca ze słonecznikiem w ręku. Zamiast tego, widoczny był poharatany przez życie, zmęczony mężczyzna, którego nic dobrego nie może już spotkać.

Ostatnie lata spędził w barach, gdzie mówił o dobrych czasach. O starych historiach, których słuchali jedynie studenci. Wtedy Oscar mógł poczuć jeszcze dawny poklask, aprobatę, dumę. Jednak poza tym – i absyntem – nie miał nic.

Podupadał na zdrowiu, a lekarz zalecił mu dietę i odstawienia alkoholu. Wilde czuł jednak, że jego życie powoli się kończy. Jego stan drastycznie się pogorszył 26 listopada 1900 roku. Na koniec swojego życia, nie potrafiąc już nawet utrzymać świecy i wydobyć głosu, przyjął religię katolicką.

Przy śmierci byli przy nim jedynie wierny Robert Ross i jego przyjaciel, Turner. Dwójka artystów pozostawała do samego końca z Oscarem, który zmarł 30 listopada 1900 roku. Organizacją pogrzebu zajął się Robert Ross, pochowano go na francuskim cmentarzu Cimetière de Bagneu 3 grudnia 1900 roku w dość dżdżysty, typowo angielski dzień. Na pogrzebie pojawiło się niewiele, kilkadziesiąt osób. Na uroczystość przyjechał także lord Alfred Douglas, który zmarł 45 lat później – nigdy nie oddając Oscarowi pożyczonych pieniędzy…

Konstatacja

Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że Oscar Wilde był postacią nieszablonową. Wspaniałą i niedocenianą jak na wiek, w którym przyszło mu żyć. Czasy wiktoriańskie były dla niego wyjątkowo okrutne, podobnie, jeżeli chodzi o publikę, której musiał się przypodobać.

Najgorsza była jednak relacja łącząca go z Bosiem – była ona bowiem zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Oscar w pełni świadomie zaangażował się w relację uczuciową z młodzieńcem, nie mógł jednak przewidzieć jej konsekwencji. Nie twierdzę, że Oscar nie pozostaje bez winy, jednak Alfred Douglas, można powiedzieć, że chytry narcyz, sprowadził poetę na dno. Bosie był dla Oscara wszystkim, dlatego ten związek musiał skończyć się tragicznie.

Życie Oscara Wilde’a to smutna historia o miłości, w której główną wartością są wyrzeczenia. Każdy potrzebuje drugiej osoby i każdemu należy życzyć, by znalazł taką drugą połówkę, która pokocha go i w pełni zaakceptuje – jak chociażby Robert Ross. Jednak przy tym wszystkim, przy obłędzie zakochania, trzeba ustalić granicę. Oscar tego nie zrobił, a nam pozostaje z paczką chusteczek płakać, czytając list z Reading.

Życie Oscara Wilde to historia, w której widać, jak barwną osobą był ten angielski poeta. Bo choć staramy się wszystkich artystów idealizować, każdy z nich był prawdziwym człowiekiem. Miał własne problemy i momenty, w których tryskał radością.

W końcu: tak jak Steppenwolf w swojej piosence śpiewali „born to be wild”, tak Oscar z pewnością w 1854 roku „born to be Wilde”. Nie powinniśmy ulegać konwenansom, szanować za to odmienność. A my, znając tę, nie ukrywajmy, nieco romantyczną historię życia Oscara Wilde’a, także powinniśmy czasem być trochę dzicy.

Bibliografia

Pomocą podczas pracy nad tym tesktem były dla mnie poniższe tytuły:

  • "De profundis" Oscara Wilde'a, przekład Macieja Stroińskiego, Wyd. Sic! 2017 r.
  • "Portert Doriana Graya" Oscara Wilde'a, przekład Marii Feldmanowej, Wyd. Siedmioróg 1991 r.
  • "Król Życia" Jana Parandowskiego, Wyd. Czytelnik 1971 r.
1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - katiewa92
katiewa92
Dodany: 2018-06-15 09:53:23
0 +-

Barwna postać ;)

Avatar użytkownika - violabu
violabu
Dodany: 2018-06-13 16:28:08
0 +-

@MojeBestsellery, co oznacza ,,śmiała teoria"? Jest po prostu rozsądna. Oscara Wilda nikt nie zmuszał do tego, by pozwalał się źle traktować. To on kochał, to on kierował się emocjami, to on nierozsądnie dawał się wykorzystywać, więc to była jego decyzja.

Można kochać szaleńczo, ale tak światły i inteligentny człowiek na pewno zdawał sobie sprawę z tego, jak wyniszcza go związek z człowiekiem o niedobrym sercu (o czym pisał w więzieniu), a do którego potem wrócił.

Do tego zranił bliskich.

Dlatego uważam, że nie można go idealizować.

Avatar użytkownika - MojeBestsellery
MojeBestsellery
Dodany: 2018-06-12 16:26:56
Edytowany: 2018-06-12 22:21:56
0 +-

@violabu  Czy na własne życzenie? To trochę śmiała teoria. Myślę, że raczej Oscar kochał miłością żarliwą i zaślepiony tym uczuciem nie zauważał tego, co oczywiste...

Avatar użytkownika - violabu
violabu
Dodany: 2018-06-12 11:17:30
0 +-

Ciekawy artykuł, choć zawiera literówki.

Szkoda, że nikt nie żałuje zdradzonej przez Oskara żony, która to zdrada była omawiana publicznie. Natomiast żałowany jest niewierny mąż, który na własne życzenie był źle traktowany przez swojego partnera.

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2018-06-11 18:29:00
0 +-

A zaczęło się tak niewinnie, od dziewczęcych ciuszków i żeńskiego zaimka osobowego...

Avatar użytkownika - monikap
monikap
Dodany: 2018-06-11 08:04:06
0 +-

Ależ barwna postać!

Avatar użytkownika - takahe
takahe
Dodany: 2018-06-11 08:02:31
0 +-

Prawdziwy król życia

Warto przeczytać

Reklamy