Pomarańczowe misterium
opowiadania >



- Nazwisko.


- Davidovitz.


- Imię.


- Jeschua.


- Z Nazaretu?


- ... - strachliwe przytaknięcie aresztanta.


- Więc to wy wkładacie kwiaty pomarańczy w lufy czołgów? Naszego żołnierza kazałbym rozstrzelać za zdradę. Rozśmieszyło nas, że tak się ciebie boją. Przepraszam. Co tam znowu?


- Piłat będzie za godzinę. - rzekł podwładny przerwawszy przesłuchanie.


- Dobra, doprowadź kompanię do porządku. - zaklął jeszcze po niemiecku i zbliżył się do przesłuchiwanego. - Założyli ci nawet podsłuch, wiesz? Ale nie nagrali nic, co mogłoby cię obciążyć. Ale to jeszcze nie czyni was niewiniątkiem. Zalegacie z zapłaceniem dwóch kolegiów za zakłócanie porządku. Będziemy chyba musieli trochę posiedzieć. Dziś pewnie napłyną kolejne oskarżenia, rozpatrzy je sam prokurator, przyjechał specjalnie do ciebie, jesteś gwiazdą. - poklepał go pocieszająco po ramieniu.


- Więc ludzie go raczej lubią? I nie jest dla nas groźny? Nie nawołuje do powstania? Więc nic nam nie zrobi, chyba, że przywoła bogów i ściągnie na nasze grzeszne głowy gromy z jasnego nieba albo potop. Nie buduje czasem łodzi na pustyni? Na pewno? - Piłat przemawiał pytająco wśród kiwania i kręcenia głową swego podwładnego. - Ale bruździ tym ze świątyni. Czemu go nie zlinczują? Oni się boją ludzi. Biedni kapłani. Będą musieli się długo płaszczyć, żebym im go ukrzyżował. - Piłat ucieszył się, że władze okupowanej prowincji tracą autorytet u tej bandy dzikusów, która nic by nie robiła oprócz oszukiwania fiskusa i wywoływania zamieszek, ale jego radość zachwiały wkrótce słowa, które padły podczas procesu:


- On powiedział, że władze Cesarstwa łamią prawa człowieka.


- Macie to na taśmie? - Piłat musiał mieć pewność, że kapłani nie blefują. - Dawajcie go tu. To twoje słowa? - spytał więźnia po odtworzeniu nagrania.


- Tak.


- Mogę cię wypuścić, ale cofnij, coś wyrzekł, powiedz, że to nie prawda, że spreparowano materiał dowodowy, wiem, jakie masz gadane, swobodnie możesz się bronić sam. - prokurator niemalże pluł do ucha Zbawiciela szeptanymi pośpiesznie słowami uniemożliwiając jednocześnie właściwy przepływ krwi w jego lewej ręce za sprawą żelaznego uścisku, który złożył na jej ramieniu.


- Jestem Prawdą.


- Prawdą, prawdą. Chcesz umrzeć?


- Jestem życiem.


- Przepraszam na chwilę. - kapłani poczuli się pewniej, widząc, że prokurator musi się naradzić. Wiedzieli, że z Piłatem można igrać tylko na drodze dyplomatycznej, zbrojne powstanie nie wchodziło w grę, na ich szczęście ten Jeschua nie przejawiał chęci do wszczęcia rebelii, ale i tak zagrażał ich wygodnej pozycji, przez obnażanie ich obłudy, bali się, że chce ich wygryźć ze świątyni. - A jeśli blefuje i tylko udaje idiotę? Jeśli potajemnie szykuje powstanie?


- To niemożliwe.


- Jesteś pewien, Judaszu? Będziemy musieli go ukarać. A ludzie? Nie będą protestować? Przecież jest popularny. - Piłat chciał jak najlepiej rozegrać potyczkę z kapłanami.


- Narodowcy się na nim zawiedli, a mający układy z świątynią nie zaryzykują ich utraty, zresztą w ostatnich dniach zaczął tracić na popularności.


- Przeklęci kapłani. Dać im palec, to chcą całą rękę. Trzeba było od razu zaprowadzić tu porządek. Trudno. Będziemy musieli zgładzić cudotwórcę. Zresztą jemu wszystko jedno. Zabić go. Nie mam czasu się z wami targować. Czemu się nie powiesił, jeśli koniecznie chciał umrzeć? Tylko napędził nam stracha. Ale już po kłopocie. Abenaderze, każ podwoić patrole i przedłuż dwukrotnie godzinę policyjną. Ja muszę odpocząć.


Tymczasem Nauczyciel wziął na ramiona swą tragiczną śmierć i ruszył w eskorcie strażników ku stadionowi, gdzie od dwóch lat nie rozgrywano meczów, za to regularnie odbywały się egzekucje. Kapłani wiedzieli, że nawet po śmierci włóczęgi z Nazaretu jego niezwykłość będzie nadal żywa w pamięci ludzi. Wiedząc, że głosił, iż Królestwo Boże mieszka w ludzkich sercach, postanowili sprzedawać jego krew, jako krople Nieba, które zstąpiło z jego osobą na Ziemię. Wprawdzie wszyscy widzieli jak prokurator umył ręce, ale fakt jest taki, że to on go skazał, a jeden z uczniów proroka był cesarskim agentem. Skazańca niewiele obchodziły plany kapłanów, bliższy jego rozmyślaniom był raczej plan Boży. Obawiał się, czy umierając rzeczywiście ocali ludzkość, skoro nie zdołał jej zbawić za życia. Gdy rozpięty na krzyżu czekał na przypieczętowanie przeznaczenia trzema gwoździami zobaczył wszystko jeszcze raz. Oczom jego nadziei ukazały się deski wypuszczające pąki w stolarni Józefa, ptaki dźwięcznie głoszące dobrą nowinę całej przyrodzie, wracały do niego wszystkie białe gołąbki słów wypuszczone ku ludzkim sercom, migoczące potoki żywej wody zmywającej z ciał wszelkie choroby, drzewka oliwne rozkwitające z miłości wszystkimi kolorami tęczy, pastwiska zdumione słowami, które głosił do rzesz ludzi zasiadających wśród traw. Gdy go podwyższano, przeszywający ból przypomniał mu, że stracił moc czynienia cudów, gdy zakochał się w kobiecie. Czy miał zatem moc, by zejść z krzyża? Nie uległ czarowi kobiecości, gdy Szatan zesłał mu na pustynię urodziwe kusicielki, by zrzekł się dla nich swej mocy i swego przeznaczenia, w swej świętości nie ugiął się pod ciężarem pożądania wtedy i nie dawał za wygraną również teraz. Ale bardziej niż delikatnej i pachnącej pokusy z każdym jego bolesnym oddechem rozkwitającej nowymi kolorami i opływającej coraz słodszym smakiem, bał się zwątpienia, zasianego w jego sercu przez ludzi, którzy patrzyli obojętnie zarówno na śmierć jego ciężarnej ukochanej, którą zmogła choroba, gdy trafiła do więzienia za nie zapłacenie komornego, jak i na niedolę jego, który w końcu stał się żebrakiem i nikt już nie pamiętał jego cudów. Teraz zawieszony na drewnianym słupie pozostał całkiem sam i tylko motyle wspomnień uśmiechały się do niego czule, kwiaty tęsknoty wyrastały z krzyża, serce wzbierało ziarnem miłości wzgardzonym przez jałową ziemię tego świata, miłości, dla której gotów był oddać swe ludzkie życie. Wzgardziwszy rozkoszami człowieczo zapałał najczystszym uczuciem, dla którego zabrakło miejsca na ziemi, a on był wobec tego bezsilny. Rozpłakał się z niemocy i z przerażeniem utwierdził się w obawie, że bez utraconej miłości jest mu wszystko jedno i życie, które poświęca mogło stracić swą zbawczą wartość. Wątpliwość w sens tej ofiary wycisnęła z niego ostatnie ludzkie tchnienie stawiając wielki znak zapytania przy losach ludzkości. Setki lat przed samolotami wynalazek ludzki w postaci włóczni z wyżłobioną wzdłuż rynienką sięgnął nieba. Krew mieszała się z wodą w podstawionej przez kapłanów czarce. Gdy naczynie i przeznaczenie się wypełniły, włócznię sterczącą w rudej ziemi Boskiego Jeruzalem przepełniała chęć, by stać się czarodziejskim kwiatem rozpieszczanym kolorami wiatru albo też drzewem, które będzie przystanią dla marzeń lub kosmicznych ptaków. Słońce przystanęło na chwilę w swej

- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów