Tajemnica
opowiadania >



Postronnemu obserwatorowi mogłoby się wydawać, że klęczący przy mogile matki Daniel Lyon zanosi się rozpaczliwym szlochem. W rzeczywistości zanurzył ramię aż po łokieć w miękkiej ziemi, próbując odnaleźć
sygnet, który, pod wpływem wywołanej wzruszeniem słabości rzucił na wieko trumny na sekundę przed tym, jak zaczęto zasypywać ją ziemią. W tym sentymentalnym geście nie było niczego niestosownego, ale Daniel szybko doszedł do wniosku, że byłoby lepiej, gdyby posłużył się czymś, co stanowiłoby jego własność i nie było obdarzone takimi nadzwyczajnymi właściwościami. Mimo desperackich wysiłków ciągle nie udawało mu się sięgnąć wystarczająco głęboko. Płaszcz i spodnie szybko pokryły się rdzawymi plamami błota, a jakby tego było
mało zaczął mżyć zimny deszcz.


„Cholera, trzeba było wziąć chociaż saperkę z samochodu – zaklął w myślach Daniel – bez łopaty nie dam rady”.


Zrezygnowany podniósł się z kolan i ruszył w stronę parkingu. Zaczynało coraz bardziej padać i zerwał się przenikliwy wiatr, strącający resztki liści z suchych gałęzi cmentarnych drzew. Aura świetnie współgrała ze stanem ducha Lyona.


„Jeszcze chwila i chyba zamarznę – pomyślał – pogoda zupełnie jak wtedy... Ile to już minęło? Dzisiaj jest piątek, a z matką rozmawiałem... no tak. W poniedziałek.”


Aż przystanął zaskoczony odkryciem, że minęły tylko cztery dni.


„Cztery dni, a wydaje się jakby to było tak dawno. Co robiłem wczoraj? W środę? Pamięć zupełnie mnie zawodzi, ale poniedziałek pamiętam, o tak. Pamiętam.”


W poniedziałek, 20 listopada, Daniel jak co dzień wszedł w sterylne korytarze oddziału onkologicznego. Jego matka chorowała już długo i ze względu na wiek i stopień zaawansowania raka lekarze nie dawali jej żadnych szans na
wyzdrowienie. Lyon o tym wiedział i tym bardziej chciał ukraść jak najwięcej czasu. Skierował się pewnie do pokoju 125, po drodze nakładając na twarz ochronną maseczkę. Gdy tylko otworzył drzwi przywitał go znajomy widok
kroplówki i kilku innych rurek przedłużających życie pani Lyon.


- Dzień dobry mamo – przywitał się i pocałował ją przez maseczkę - Jak się dzisiaj czujesz?


Pytanie było retoryczne. Na pierwszy rzut oka widział, że nastąpiło pogorszenie.


- Nawet nie pytaj. Lekarz pojawia się coraz rzadziej, a wiesz co to oznacza. Zresztą sama wiem, że to już niedługo.


- Mamo, nie mów tak. Chcesz napić się soku? Przyniosłem twój ulubiony.


- Zostaw ten sok i posłuchaj mnie. Mam ci coś bardzo ważnego do powiedzenia - ton głosu matki przeraził Daniela – usiądź, to będzie dłuższa opowieść.


Kiedy to zrobił, pani Lyon sięgnęła po łańcuszek na swojej szyi i wysupłała wiszący na nim sygnet.


- Widzisz ten pierścień? Skup się teraz i zapamiętaj każde moje słowo.


- Ale ma...


- Nie przerywaj tylko słuchaj! Ten zupełnie zwykły na pierwszy rzut oka sygnet nie jest tak bezwartościowy jak się wydaje. Został on zrabowany wśród innych kosztowności przez Krzyżowców w czasie plądrowania Jerozolimy, ale jego dzieje sięgają znacznie dalej. Tak jak Święty Graal, przez zebranie w nim krwi ukrzyżowanego Chrystusa, zyskał moc dawania wiecznej młodości, tak to świecidełko posiadło siłę, ale przy innym wydarzeniu. Sygnet, który teraz trzymam w ręku, miał na palcu Judasz, kiedy powiesił się po zdradzeniu Jezusa.


Gdyby nie stan matki Daniel wybuchnąłby śmiechem, ale w tej sytuacji naprawdę przestraszył się, że jest z nią już bardzo źle.


- Mamo, może się prześpisz, a jutro wieczorem dokończysz opowieść –
zaproponował najdelikatniej jak umiał.


- Nie traktuj mnie jak wariatki do cholery! Wiedziałam, że tak będzie, ale i tak opowiem do końca. Od momentu śmierci Judasza, kiedy ktoś założy ten pierścień i żarliwie się pomodli, pozna największą tajemnicę świata, ale
zapłaci za nią tyle ile jest warta. Czy to zemsta Boga, czy nagroda za skruchę? Niezbadane są Jego wyroki. To koniec historii, myśl co chcesz, ja proszę cię o jedno, zachowaj sygnet po mojej śmierci, chroń go i uważaj, bo są ludzie, którzy go poszukują. Zmęczyłam się tym gadaniem, idź już, ale obiecaj to, o co cię prosiłam.


- Obiecuję.


Deszcz stukał o parapet, zegar miarowo odmierzał kolejną minutę, pielęgniarka cicho przemknęła korytarzem. Nic się nie zmieniło, świat nieświadomie kręcił się dalej, ale Daniel czuł jakby stanął w miejscu. Wychodząc ze szpitala miał zupełny mętlik w głowie, sam nie wiedział co o tym wszystkim myśleć, nawet nie zwrócił uwagi kiedy dojechał do domu, dopiero znajome drzewo przypomniało mu o celu jazdy. Kiedy otworzył drzwi poczuł wszechogarniające zmęczenie, pracą, samotnością, dziwną rozmową z matką. Zajrzał do lodówki, ale po namyśle zrezygnował z kolacji, nie zdejmując ubrania rzucił się na łóżko i po chwili zasnął.


We śnie znalazł się u stóp wzgórza, na którym stało samotne drzewo. To właśnie ono przykuło uwagę Daniela, kiedy przyjrzał mu się lepiej, dostrzegł sylwetkę wisielca na jednym z konarów. Zaczął się ku niemu wspinać i po chwili stanął na szczycie. Człowiek na sznurze miał nienaturalnie opuchniętą twarz i można się było zorientować, że nie żył od dawna. Nagle otworzył oczy i spojrzał na Lyona, wyciągnął ku niemu dłoń, na której zalśnił sygnet i ledwie słyszalnie wyszeptał


- Załóż go... poznasz tajemnicę... ja już ją znam... załóż...


Przerażenie Daniela osiągnęło zenit, ale nie mógł się ruszyć nawet na krok, czuł jakby jego nogi przytrzymywała wysoka trawa rosnąca na wzgórzu. Wtedy zza drzewa wyłoniła się jego matka i ostrym tonem zapytała


- Obiecujesz? Obiecaj!


Ze snu wyrwał Lyona ostry dźwięk telefonu, spojrzał na zegarek, była ósma rano.


- Daniel Lyon, słucham.


- Dzień dobry panie Lyon, mówi doktor Willis.


Cisza.


- Opiekuję się pańską matką.


- Tak, wiem – teraz słowa wydawały się ciężkie jak ołów.


- Proszę przyjechać do szpitala, musimy porozmawiać.


- Czy mama...


- Panie Lyon, to nie jest rozmowa na telefon, proszę przyjechać.


Stuknięcie słuchawki. Połączenie przerwane.


Padało tak jak teraz, kiedy idzie przez zimny cmentarz do samochodu. Wtorek, środa i czwartek po śmierci matki zlały się w jedno, przerywane nocami, w których wisielec niezmiennie proponował Lyonowi sygnet. Z tego co pamiętał we wtorek odebrał ze szpitala jej rzeczy, pielęgniarka powiedziała wtedy


„Zdjęliśmy sygnet z palca pana mamy i jest oczywiście z jej pozostałą biżuterią. Podejrzewam, że jest dla pana bardzo ważny jako pamiątka rodzinna?”


Nic nie odpowiedział, w głowie odbijały się echem słowa „...z palca ...z palca ...z palca”. W piątek rano, na pogrzebie, nim się zastanowił, rzucił sygnet na trumnę, później przyszła refleksja. Teraz chciał tylko pozbyć się koszmarów i nie dających spokoju myśli, przekonując się czy historia matki jest prawdziwa.


"Chociaż wiem, że nie jest” –

- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
amalka Linia koment
Dodany:2013-01-17 18:51:06, Ocena: 6.0
Napisz co myślisz o tym tekście...

Ocenił/a na: 6
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów