OKRUCHY PAMIĘCI ( VIII )
opowiadania >



W pamięci utrwaliły mi się obrazy z przejścia frontu przez Chorzele. Jaki to był miesiąc? Późna jesień lub koniec zimy, bo śnieg leżał na polach porozrywany lejami po bombach. Jakiegoś tam dnia wieczorem, gdy słychać już było dalekie echa salw armatnich, zakwaterowali się w naszym domu esesmani w czarnych mundurach z trupimi główkami. Jakże wyraźnie pamiętam twarz jednego z nich! Widzę go w świetle lampy, stojącego przy stole, na którym leżą jakieś papiery, mapy. Wyrzucili naszych znajomych, którzy chcieli razem z nami przeczekać przejście frontu.


- Tu nie schron! Do domu!


Jeden z tych Niemców powiedział ojcu, żebyśmy nigdzie nie uciekali, tylko skryli się w wybudowanym w ogrodzie sąsiada - schronie. Na naszym podwórku stało działko przeciwlotnicze. Rodzice bali się tego sąsiedztwa. Nie wierzyli też Niemcowi, który, jak się później okazało, dobrze radził.


Rano Niemców już nie było. Strzelanina nasilała się. Rodzice postanowili skryć się w pobliskim lesie. Masa ludzi tam ciągnęła. Nie doszliśmy do lasu. Zaczęły padać bomby. Skryliśmy się w stojącym na polu brogu siana. W tym brogu było wiele osób, podobnie jak my zaskoczonych strzelaniną. Ojciec wyrwał w sianie dużą jamę, w której skryła się mama ze mną i siostrą Haliną. Tadek z ojcem stali pod brogiem. Myśmy nie widziały, co się działo na zewnątrz. Pamiętam tylko swoje przerażenie i okropny huk .spadających bomb. Myślałam, że wszystkie one spadają tuż, tuż. Mama śpiewała: „Kto się w opiekę ” i ta pieśń uspokajała nas, budziła wiarę w Bożą opatrzność. Ludzie nad nami myśleli, że mama zwariowała.


Wiara w cudowną moc tej pieśni została mi na zawsze. Będąc dzieckiem, okropnie bałam się burzy. Zamykałam oczy i prosiłam mamę, by śpiewała ze mną tę pieśń. Strach i burza - mijały szybko. Burzy przestałam się bać dopiero, gdy musiałam nie okazywać lęku przed własnymi synami.


Gdy ustała strzelanina, wyszliśmy z tego siana. Jak się kazało „ schroniliśmy się” niedaleko linii frontu. Na szczęście nikomu nic poważnego się nie stało. Bratanek ojca został lekko ranny odłamkiem w twarz.


Nie mogliśmy wrócić do swojego domu, bo jego róg został rozwalony przez czołg. Pewnie nie wyszedł mu zakręt. Ocalałą część zajęli Rosjanie. Zamieszkaliśmy u chrzestnej mamy - pani Ladzińskiej. Wtedy poznałam „kulturę” sowieckich sołdatów. Zakwaterowany w przepełnionym domu - żołnierz, pijany, zaczął się bawić karabinem. Prośby, by przestał, bo stanie się nieszczęście - nie skutkowały. Dopiero interwencja u oficera - poskutkowała. Do dziś pamiętam sylwetkę tego oficera, jego śniadą, o szlachetnym wyrazie twarz, czarne włosy, kulturalny sposób bycia. Był potomkiem jakiejś arystokratycznej, gruzińskiej rodziny. Przeprosił nas i tłumaczył, że na front wypuszczeni zostali wszyscy kryminaliści. Nie wiadomo więc na kogo można trafić.


„ Odwiedzili” nas też dwaj odrażający sołdaci. Zażądali „wodki i sała”. Dano im jedzenie. –„ Wodki - powiedział ojciec - u nas niet. (Rodzice znali rosyjski, bo chodzili jeszcze do carskiej szkoły i dlatego nie mogli znieść, że ich dzieci- od piątej klasy- muszą się uczyć tego języka). Sołdaci, wychodząc, zabrali budzik i ręcznik kąpielowy. i


- Wziałeś moj ucieralnik? - pyta jeden drugiego.


- Kakij wasz? - mówi zdenerwowana mama.- Eto nasz, nie wasz.


- Zdzieś wsio nasze – odrzekł. – Ponimajesz?


Już wtedy wiedzieli, że tu wszystko ich. Polacy mieli jeszcze złudzenia, nadzieję na prawdziwą wolność.


W jakiś czas po przejściu frontu zamieszania narobił jeden niemiecki czołg, który ostrzelał Chorzele. Rosjanie myśleli, że front się cofa. Wysadzono most na Orzycu.


Tyle obrazów utkwiło w dziecięcej pamięci. I jeszcze – wszy. Przerażającej ilości i wielkości. Przynieśli je sołdaci. Były wszędzie: w obiciach mebli, w ubraniach, we włosach. To było niewiarygodne! Gdy tylko Rosjanie opuścili Chorzele, mama i pani Ladzińska wzięły się za odwszawianie. Prały, prasowały, wyparzały meble. W końcu dały radę. W naprawionym naszym domu mama musiała stoczyć jeszcze wojnę z pluskwami. W końcu przeprowadziliśmy się, po jakimś czasie, do pożydowskiego domu (też na Królewskiej ulicy, nr 8). Wcześniej kwaterowali tam żołnierze. To był właściwie chlew. Na podłodze słoma, a w niej nawet odchody. Wiele pracy musiała włożyć mama, by doprowadzić go do porządku. Tam już mieszkaliśmy do końca..


Nie ma już w Chorzelach tego domu, pobudował ktoś nowy, murowany. Znikają ślady mojej bytności tam. Gdy zobaczyłam puste miejsce (dom postawiono na miejscu ogrodu), coś ścisnęło mnie w gardle, miałam uczucie, jakoby mnie wyrwano stamtąd z korzeniami.


- [1] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
oleczka31 Linia koment
Dodany:2013-02-02 23:18:59, Ocena: 6.0
Takich wspomnień nie da się zapomnieć... O zachowaniu ruskich opowiadała mi teściowa, babcia i matka chrzestna...

Ocenił/a na: 6
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów