Historie cmentarne czyli z miłości do opery
opowiadania >



Tamtego dnia zasiedziałem się w Śląskiej wręcz nieprzyzwoicie. W efekcie dawno minęła już szósta, gdy zwrócono mi uwagę, że ten cudowny przybytek wiedzy wkrótce zostanie zamknięty i wypadałoby, żebym raczył go wcześniej opuścić. Chcąc nie chcąc, kazałem zostawić sobie do następnego dnia wszystkie książki i udałem się po torbę i kurtkę. Gdy drzwi biblioteki zamykały się za mną, strażnik obdarzył mnie jeszcze wrogim spojrzeniem. Pewnie liczył na to, że uda mu się wcześniej zablokować drzwi i obejrzeć jeszcze w telewizji końcówkę „Detektywów”. Chyba mu tego nie ułatwiłem.



Na zewnątrz panował przenikliwy ziąb, tak, że tylko mocniej owinąłem szyję szalikiem i wcisnąłem głowę w kołnierz. Spojrzałem jeszcze na zegarek i zorientowałem się, że jeśli chcę zdążyć na tramwaj, który ma szansę dowieźć mnie pod sam dom, muszę się pospieszyć. W końcu zdecydowałem się skrócić sobie drogę przez cmentarz przy Francuskiej.



O dziwo, nie był on zamknięty, jednak wtedy nie zwróciło to mojej uwagi. Odwróciłem się i spojrzałem jeszcze na budynek Śląskiej, nad którą jasno świecił księżyc. Co zaskakujące, mimo przenikliwego ziąbu, dokoła roztaczała się mgła. Bezlistne, powykrzywiane drzewa przypominały kalekich ludzi albo upiory, powyginane w piekielnych cierpieniach. Całość nieodmienne przywodziła na myśl jakiegoś drugorzędnego Turnera albo Friedricha. Ci pewnie nigdy by nie pomyśleli, że ich obrazy wkrótce staną się ulubioną inspiracją twórców amerykańskich horrorów.



Tymczasem, udało mi się minąć pole, na którym leżał Smoleń. Pomyślałem o nim ciepło, ale nie zatrzymałem się przy grobie. Pewnie zrobiłbym to, może nawet zapalił świeczkę, ale cóż – KZK GOP to nie taksówka. Zarówno jeśli chodzi o cenę, jak i jakość usług.



Szedłem dalej. Setki nagrobków, mniej lub bardziej zaniedbanych. Na większości paskudne, wyschnięte kwiaty, na kilku porozbijane szkło. Znicze albo stare naczynia, z których okoliczni pijacy raczyli się ulubionym trunkiem. W liceum moi koledzy często chodzili na cmentarze, kontemplując weltschmerze, czytając Blake’a i tłukąc się nawzajem tandetnymi bokkenami. Przy okazji straszyli starsze panie, odwiedzające zmarłych mężów lub grób księdza proboszcza. Dziwne, że jakoś nigdy ich radosnymi ekscesami nie zainteresowały się organy ścigania. Chociaż z drugiej strony to proste – nawet policyjne pałki nie mają szans w szermierczym starciu z drewnianym mieczem. Nawet, jeśli szermierz nie jest zbyt sprawny.



Szedłem dalej. W pewnym momencie spostrzegłem, że zrobiło się jakby ciemniej. Odwróciłem się i zobaczyłem, że księżyc świecił jakby zza mgły, która stale gęstniała. Zrobiło mi się nieswojo. Równocześnie zorientowałem się, że w krzakach rosnących wzdłuż jednego z ogrodzeń coś się poruszyło. Nic nie mówiąc, przyspieszyłem kroku. Mgła gęstniała z każdą chwilą. Teraz widziałem już tylko na mniej więcej metr do przodu, nie bardzo wiedząc, w którą stronę idę. Po pewnym czasie zorientowałem się, że straciłem wyczucie kierunku. Kompletnie nie wiedziałem, czy idę w dobrą stronę ani w którym punkcie cmentarza właściwie się znajduję. Co za ironia! Środek wielkiego miasta, malutki w gruncie rzeczy cmentarzyk, a ja zgubiłem drogę!



W końcu wpadłem na pewien pomysł. Zamknąłem oczy i spróbowałem wsłuchać się w dźwięk samochodów. Tam, gdzie byłby on najbardziej intensywny, powinna znajdować się ulica Francuska, a wraz z nią – wybawienie. Zresztą, było mi całkowicie obojętne, do której z ulic otaczających cmentarz dojdę, ważne, że mógłbym wówczas wzdłuż płotu dojść do któregoś wyjścia. Albo przesadzić ogrodzenie – w tej mgle i tak nikt nie mógłby mnie zauważyć.



Przez dłuższą chwilę stałem, nasłuchując z niepokojem odgłosów ulicy. Niestety – czy to mgła, tłumiąca wszelkie dźwięki, czy strach, spowodowany całym zajściem, sprawił, że dźwięki zdawały się dochodzić z bardzo wielkiej odległości, otaczając mnie w dodatku ze wszystkich stron. Otworzyłem oczy… i zamarłem. Przede mną stał diabeł.



Niby nie miał rogów, ogona, nie był cały ubrudzony sadzą, ale natychmiast zorientowałem się, że to on. Strój czarny, jedynie płaszcz od wewnętrznej strony w kolorze purpury. Elegancki, ironicznie uśmiechał się spod wąsa.



Odwróciłem się i już miałem uciekać, gdy nagle usłyszałem śpiew. Silny, mocny bas śpiewał doskonale mi znaną melodię. Tak doskonale znaną, że w żaden sposób nie potrafiłem przypomnieć sobie, gdzie właściwie i kiedy słyszałem ją po raz pierwszy. Aria rozwijała się, głos narastał i starał się coraz silniejszy. Spojrzałem przez ramię i zobaczyłem, że istota ta zbliża się do mnie, wyciągając rękę i wskazując jakiś kierunek. Ze zdumienia zamknąłem oczy, a kiedy je otworzyłem, zorientowałem się, że postać zniknęła. Tylko w oddali słychać jeszcze było ostatnie dźwięki arii Mefista z „Fausta” Gounoda. Spojrzałem na nagrobek, przy którym stałem i niewiele brakowało, a roześmiałbym się w głos.



Opuszczając cmentarz pomyślałem jeszcze: „Nigdy więcej Charlotte Bronte. Nigdy więcej Mary Shelley. Nigdy więcej Oscara Wilde’a”.



Ostatecznie, nigdy nie lubiłem powieści gotyckiej.
- [1] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów